wtorek, 15 września 2026

WSPOMNIENIA Z MIAST , MIASTECZEK I WSI.

   Niewiele odwiedziłam miast i miasteczek w Polsce. Pierwsze 6 lat życia w większości spędziłam na wsi, w rodzinnym domu mojej matki. Były to najlepsze lata, bo żyła moja babcia Helena. Niestety zmarła przedwcześnie i miejsce to nie było już takie samo. Teraz w Kraszewicach na gospodarstwie rządzą moi kuzyni.
Wieś mojego dzieciństwa

   W swoim długim 71 letnim życiu bywałam z rodzicami jako dziecko w Karpaczu, mam jedno zdjęcie w zimowym krajobrazie. Podpisane przez ojca, a był to rok 1959. Z chwilą, gdy z siostrą poszłyśmy do szkół, rodzice brali wczasy nad morzem, gdyż tylko w wakacje mogliśmy wyjeżdżać całą rodziną. Siostra jako nastolatka wolała obozy harcerskie.

Sanatorium "Na Górce"

   Wypadałoby wspomnieć dwa uzdrowiska, Busko-Zdrój, gdzie przez parę lat dzieciństwa leczono mnie w sanatorium „Na Górce”. Odwiedziłam je później już jako osoba dorosła w lecie 1985 roku. 

 Drugim miasteczkiem był Lądek-Zdrój, do którego jeździłam będąc nastolatką, a ostatni pobyt, to wakacje 1974. W Krakowie byłam jako studentka pierwszego roku. Po nim odbyłam praktykę zawodową w Bibliotece Uniwersyteckiej w Toruniu. 

W późniejszych latach moja matka w jednym miesiącu wakacji fundowała wyjazdy mojemu synowi. Raz była w Jastrzębiej Górze, którą ja znałam z pobytu na studenckim obozie rehabilitacyjnym. Zazwyczaj jednak woziła wnuka do bliższej i dalszej rodziny. Obydwoje nie wracali z tych wyjazdów zachwyceni, matka zmęczona była odpowiedzialnością za moje dziecko, syn nie lubił wspominków, którym oddawała się babcia spotkawszy się po wielu latach z krewnymi. Zresztą mój chłopiec, odwrotnie niż moja matka nie miał duszy globtrotera. Pobyt na koloniach w Mszanie Dolnej, którego miło nie wspominał, wpłynął na Jego niechęć do podróżowania.

   Zawędrowałam dwa razy do Lublina, bo tam mieszkał mój narzeczony Jerzy. Po przeprowadzce do Warszawy w roku 1974, rodzinny Wrocław odwiedziłam tylko raz, gdy pojechałam na ślub koleżanki Grażyny. Spędziłam jeden samotny urlop w Augustowie, gdzie poznałam miłą bibliotekarkę pracującą w tamtejszym Wojskowym Ośrodku Wczasowym. Drugi urlop w pojedynkę spędziłam w Zakopanem, jesienią 1983 roku.

Na liście odwiedzanych miejsc znalazłoby się Unieście, gdzie pojechałam z 5 letnim synem do Wojskowego Ośrodka Wczasowego. W Trójmieście mieszkają kuzyni mojej matki, więc Gdynię, Gdańsk i Sopot mogłabym wyliczyć jako odwiedzane. Mój syn jako dorosły człowiek zabrał do Sopotu tylko raz swoją partnerkę, by zobaczyła morze, gdyż w dzieciństwie była wysyłana tylko w góry. Najczęściej jeździli nad Zalew Zegrzyński, bo blisko i tanio. Gdy moja siostra pracowała jako szefowa kuchni w ośrodku wczasowym, byłam także w Międzywodziu.

   Ostatni urlop w roku 1989 spędziłam z rodzicami oraz siostrą i Jej rodziną w Zalesiu Górnym. Tam w ośrodku wczasowym pracowały matka z siostrą, prowadząc dwa kioski- z goframi i ze słodyczami. Rodzinny pobyt zakończył się tragedią. Mój ojciec ujmując się za wędkarzem, który był zaczepiany przez podpitych mężczyzn, został przez nich dotkliwie pobity. Zmarł dwa tygodnie później nie odzyskawszy przytomności. 

   Mam kilka zdjęć z wakacji, ale nie są podpisane ani datowane, trudno przypomnieć sobie gdzie były robione. Nie zwiedzałam żadnego z wymienionych miast, bo niepełnosprawność była dużą przeszkodą w ich poznawaniu.

   Po przejściu na rentę, nie było mnie stać na wyjazdy do sanatorium czy na wczasy. Przez kilka lat tylko odwiedzaliśmy działkę siostry, która była w Załubicach. Gdy ją sprzedała i te wypady za miasto się skończyły. Od 10 lat, gdy siadłam na wózek nie tylko poznawanie innych miast jest problemem ale nawet zwykły spacer. Żeby go odbyć musiałabym zatrudnić siostrzenicę, by pomogła mi się ubrać, a jej męża i syna do zniesienia mnie wraz z wózkiem ze schodów, które prowadzą z parteru do wyjścia z bloku. Warszawa, w której mieszkam od 52 lat też jest mi nieznana. 

   Czytając opowieści blogerów o ich wędrówkach, trochę zazdroszczę tego, że mogą zobaczyć tak wiele pięknych krajów i miast, a w nich muzea i inne ciekawe miejsca. 

     Mecze siatkówki mężczyzn w ramach Mistrzostw Europy pokazywane są popołudniami, dlatego mogłam napisać te wspominki jeszcze przed nastaniem jesieni, żegnając w ten sposób lato.

   A wy jak je zakończycie?

36 komentarzy:

  1. Moje lato zakończyło się kompletną katastrofą, tj. rozpoczęciem nowego roku szkolnego. Od razu wpadłam w obłąkany kierat i nawet żyć nie mam kiedy, ale mniejsza o mnie. Twój post mnie zachwycił! Jest tak ciekawy, wspomniałaś o tylu miejscowościach, o których istnieniu nie miałam pojęcia, że czytałam z ogromną przyjemnością i - można powiedzieć - zachłannie. Będę go czytać jeszcze raz i może więcej razy... Tylko ta historia z Twoim ojcem jest naprawdę tragiczna i szokująca.
    Na przykład Kraszewice. Nigdy o nich nie słyszałam i dopiero teraz podglądam w Internecie, gdzie to w ogóle jest. Kolejne - Unieście, dokształcam się tak samo.
    Pozostałe miejscowości znam, niektóre osobiście. Na przykład nie byłam nigdy w Karpaczu, ale za to czytam serię kryminałów Sławka Gortycha, których akcja rozgrywa się w tym mieście, dzięki czemu stało mi się nieco bliższe.
    W Busku-Zdroju i Lądku-Zdroju byłam jako dziecko, w odwiedzinach u dziadka, który był tam w sanatoriach. Nie pamiętam w ząb nic.
    W Jastrzębiej Górze byłam z rodzicami na wczasach i to były oczywiście bycze wczasy, co roku jeździliśmy nad morze i było pięknie. Zresztą kocham Bałtyk od urodzenia niemal.
    W Lublinie byłam... na kolonii i też niewiele pamiętam, później jeszcze kilka razy Lublin był dla mnie stacją przesiadkową w drodze do Chełma i dalej na północ.
    We Wrocławiu zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Po raz pierwszy byłam tam niejako w podróży poślubnej, bo zaprosił nas do siebie wujek mojego męża. Złoty człowiek! Bardzo dużo nam pokazał i wprowadził nawet w nocne życie. W knajpce pod starą kamienicą piliśmy piwo Guinness sporo po północy. Później jeszcze bywałam, ale nie pamiętam, ile razy. Nie za wiele chyba.
    Nie dziwię się Twojemu synowi, że nie wspominał miło kolonii w Mszanie Dolnej. Przecież to góry!
    W Augustowie byłam raz, wieczorem i tranzytem, jadąc z Litwy. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, a w pobliskim Kauflandzie zrobiliśmy zakupy na następny dzień, bo lodówka w domu czekała pusta.
    Trójmiasto mam "ogarnięte", bo w Gdańsku mieszkał mój wujek ze strony taty, a teraz mieszkają jego dzieci, natomiast w Gdyni mam ciotkę - kuzynkę mamy. W Sopocie też bywałam. Zresztą, jeździliśmy na wczasy nad morze przez 14 lat rzędu i zawsze się ich odwiedzało, a zarazem zwiedzało miasta.
    Nie było mnie w Międzywodziu, za to spędzałam wakacje w pobliskim Dziwnowie. Raz nawet z narzeczonym, za którego potem nie wyszłam za mąż, choć liczyliśmy już gości, których trzeba zaprosić na wesele 😉. Dzisiaj trochę żałuję, że od niego odeszłam - gdybym została, byłabym urządzona do końca życia.
    Zalewu Zegrzyńskiego nigdy nie widziałam, choć taki znany. Podobnie z Zalesiem Górnym i Załubicami.
    Dla mnie lato nie kończy się we wrześniu, ale 20 sierpnia. Od tego czasu jesteśmy w dyspozycji szkoły, mamy posiedzenia rady pedagogicznej, egzaminy poprawkowe, poprawkowe matury, zebrania zespołów przedmiotowych. Biurokracja goni mnie i pogania batem, a ja wiję się jak piskorz.
    Nie lubię jesieni i boję się jej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytając Twój komentarz, przeżyłam szok. Mógłby z niego być post na Twoim blogu, dużo ciekawszy od mojego. Augustów kojarzył mi się z piosenką Marii Koterbskiej "Augustowskie noce". W Gdyni i Gdańsku Oliwie mieszkali kuzyni mojej matki. Słuchałam tak znanych organów. Wspomniany przez Ciebie Dziwnów przypomniał mi, że też tam byłam na wczasach z rodzicami. Przywiozłam stamtąd broszkę-bursztynową mewę, która była nagrodą w konkursie. Złośliwcy twierdzą, że nauczyciele mają dobrze, bo dwa miesiące wakacji. Nie wiedzą jednak, że jest to praca równie wykończająca jak praca górnika. Moja matka nauczycielka, nigdy nie pozwalała nam narzekać na nauczycieli, bo twierdziła, że najgorszym przekleństwem jest "obyś cudze dzieci uczył". Też nie lubię jesieni, bo działa na mnie dołująco. Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    2. Tak, znam i lubię "Augustowskie noce", lecz najbardziej kocham "Już nie ma dzikich plaż" Ireny Santor.
      Wyobraź sobie ten zbieg okoliczności: w tych dwóch miejscach także mieszkało (i mieszka) kuzynostwo moich rodziców. W Gdańsku Oliwie kuzyn taty (ich rodzice byli rodzeństwem), a w Gdyni kuzynka mamy (ich matki były siostrami). Koncertów wykonywanych na oliwskich organach nasłuchałam się сколько угодно. Mój brat, który chodził do szkoły muzycznej i studium organistowskiego, kocha organy i marzył od dziecka, żeby na nich kiedyś zagrać, ale to już się raczej nie wydarzy.
      Twoja mama miała rację. Zostałam przeklęta w liceum przez profesora od niemieckiego: "Obyś cudze dzieci uczyła!" I co? Klątwa spadła na mnie szybko i trzyma jak stal molibdenowa. Ech, życie!

      Usuń
    3. Za cóż tak srogo ukarał Cię germanista? Kuzynostwo z Wybrzeża i z Kaszub było ze strony matki, bo krewni ojca zostali przez Niego odnalezieni w stolicy już po przeprowadzce do Warszawy. Szkoda, że tak ciekawe przygotowanie zawodowe Twojego brata nie znalazło zastosowania. Przyjeżdża jednak do kraju, więc może jeszcze kiedyś spełni swoje marzenie(wszak nadal odbywa się Międzynarodowy Festiwal Muzyki Organowej, Chóralnej i Kameralnej w Gdańsku). Myśl o tym, że już niewiele lat zostało Ci do emerytury i wtedy Twoja klątwa przestanie działać.:))). Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    4. O coś (już nie pamiętam, o co) obraziłam się na profesora. Uważał mnie i moją przyjaciółkę za "towar eksportowy", bo byłyśmy najlepsze z niemieckiego. A ja, obraziwszy się, zrobiłam mu na złość i na maturę wybrałam rosyjski. Specjalnie. Był autentycznie rozczarowany i wtedy rzucił na mnie tę straszliwą klątwę 😂.
      w Polsce brat był niedzielnym organistą przez całe lata, grywał w różnych kościołach. Z tym, że to było raczej jego hobby, bo wykształcenie zdobywał na Politechnice. W październiku w końcu pobierają się z narzeczoną, która ostatecznie wyszła z choroby, choć to nie koniec leczenia, kontrolnych badań itd. Ale najgorsze trzy lata za nimi.
      Chyba nie pójdę na emeryturę od razu, pasowałoby mi jeszcze parę lat popracować - do nagrody za 40-lecie. W sumie więc jeszcze 6 lat z klątwą za pan brat. Nastawiam się na przeżycie 😉.

      Usuń
    5. Politechniczne wykształcenie brata mnie nie dziwi. Jednak wspomniałaś, że uczęszczał do szkoły muzycznej, stąd moje odniesienie. Moja Germanistka twierdziła, że gdybym zechciała uczyć się słówek, to nieźle bym "szprechała". Dzisiaj ani po niemiecku, ani po rosyjsku już nie potrafię się wysławiać, bo wszystko zapomniałam. Ż głębi serca życzę tej nagrody za 40-lecie. Bratu i Jego wybrance składam najszczersze gratulacje i mocno trzymam kciuki za pomyślne zakończenie leczenia. Uściski.

      Usuń
    6. Iwonko, dziękuję w imieniu nas wszystkich. Widziałam już zdjęcia obrączek, narzeczona ma na swojej wygrawerowane inicjały ich obojga połączone serduszkiem oraz datę ślubu - to od wewnętrznej strony. Na zewnątrz zaś serduszko, a w nim trzy małe brylanciki. Nie wiem, co ma mój brat, pewnie od wewnątrz to samo, a na zewnątrz nic.

      Usuń
    7. Czyli obrączka Panny Młodej łączy obrączkę z pierścionkiem. Bardzo ciekawe. A jeżeli przy ślubie jesteśmy, to zapomniałam zapytać wcześniej, dlaczego nie doszło do Twojego ślubu z tym, który urządziłby Was do końca życia? Zaćmienia jakiegoś doznałaś, czy co? Kłaniam się.

      Usuń
    8. Tak. Dostałam zaćmienia. Byłam młoda, jeszcze na studiach i sama go odepchnęłam, bo doszłam do wniosku, że go nie kocham. Denerwował mnie sposób, w jaki trzymał kanapkę i przekraczał kałużę, denerwował mnie zapach jego mydła... No, nie popisałam się i za głupotę zapłaciłam słono - małżeństwem. Miał rację mój tato, on był zakochany w tym, za którego nie wyszłam.

      Usuń
    9. To, co Cię drażniło w niedoszłym oblubieńcu, to niby drobiazgi, ale to z nich składa się życie, bo miłość szybko umiera. Ja zapłaciłabym słono, gdybym wyszła za ojca mojego syna, a K.J. płacił najwięcej, bo rówieśnicy się z Niego wyśmiewali, że nie ma ojca. Moja matka też była w niedoszłego zięcia wpatrzona jak w obraz. Zmieniła dopiero o nim zdanie, gdy po rozwodzie znalazł kolejną żonę. Nie wiedząc czemu liczyła, że wróci do nas. Rodzice też mogą się mylić, pomimo że mają dwa razy więcej doświadczenia. Uściski.

      Usuń
  2. Straszne jest to co spotkało Twego tatę. Czy ci co dopuścili się pobicia ze skutkiem śmiertelnym ponieśli przynajmniej karę?

    Przeczytałam komentarz FrauBe i uśmiechnęłam się na myśl o tym, że nie była w Karpaczu, ale zaraz w tej samej chwili pomyślałam o tym, że nie byłam nigdy w Krakowie czy Zakopanem, a w W-wie dwa razy - raz na wycieczce szkolnej w podstawówce i raz dosłownie przejazdem - taksówką z lotniska na dworzec główny 😁

    Może głupio to zabrzmi, ale czy nie ma opcji zamiany Twojego mieszkania na takie, gdzie winda zjeżdża na parter, bez schodów? 🤔
    Pozdrawiam 🌷🪻🌻 🙂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj rzadko bywająca wśród komentujących, ale zawsze mile widziana. Jeżeli 4 lata więzienia(z czego odsiedzieli rok) można uznać za karę za życie człowieka, to tak ponieśli ją. Losy każdego człowieka układają się inaczej i ja czy Frau Be nie byłyśmy w miejscach, które Ty znasz. Jeszcze za życia syna szukałam takiego mieszkania, ale nic z tego nie wyszło. Teraz zamiana mi się nie opłaca, bo mam rodzinę za ścianą, a przy zamianie musieliby do mnie dojeżdżać, co stanowiłoby duże utrudnienie. Dziękując za wizytę i komentarz, pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  3. Informacja o tragedii, jaka spotkała Twojego tatę bardzo mnie poruszyła! Ile zła jest na tym świecie!
    Z wymienionych miejsc znam tylko Toruń i trójmiasto.
    Gdybyś mieszkała bliżej mnie, zabrałabym Cię chętnie na spacery!
    Ja pewnie nie zobaczę wielu miejsc na świecie, bo kiedyś nie było nas stać, a teraz to wydają sie nieosiągalne z innych powodów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy zaczęłam prywatną korespondencję z Frau Be, też oferowała mi pomoc w różnych życiowych sprawach. Ostatnio była gotowa przyjechać do Warszawy, którą bardzo lubi, by umyć mi okna. Gdybym we wcześniejszych latach więcej uwagi poświęcała na gimnastykę, to może pomimo poruszania się na wózku, byłabym mniej niedołężna i sama dała radę pokonać te przeklęte schody. W porównaniu z innymi Polakami, prowadzicie bardzo aktywny tryb życia i wzbudzacie tym nie tylko mój podziw. Ostatnio chciałam żeby siostrzenica wyjechała na urlop zagranicę, ale powiedziała, że świat jest za mało stabilny, więc Wasze obawy mnie nie dziwią. Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  4. Iwonko byłaś jednak w wielu.miejscach ciekawych i pięknych miasteczkach i miejscowościach.
    Łaczą nas Zalubice do których kiedyś jeździłam z mężem I małymi synkami. Tam wybudował duży dom i pracownię rzeźbiarską mój ojciec. Niestety pozostało mi po niej tylko wspomnienie podobnie jak po tej pracowni w Warszawie.
    No i łączy nas Warszawa.
    Pozdrawiam Cię serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Siostra kupiła działkę pod lasem od chłopa, który nie mógł tej ziemi wykorzystać uprawnie. Przez wieś przejeżdżałam tylko samochodem i nie rozglądałam się jakie tam stoją domy. Po Twoim ojcu nie ostały się dom i pracownia, ale są jego prace, zatem Twoje rodowe nazwisko przetrwa. Niestety moje na mnie kończy "żywot", bo jestem ostatnią w rodzinie, która je nosi. Ty Warszawę znasz na wskroś, ja niestety tylko z nielicznych, choć ulubionych miejsc. Dziękując za wizytę i komentarz, pozdrawiam.

      Usuń
  5. Z wymienionych przez Ciebie miejsc, znam kilka : Warszawa, Wrocław, Karpacz, Sopot. Nigdy nie byłam w Busku-Zdroju, chociaz tak niedaleko Krakowa.
    Na pierwszym miejscu moich podrózy znajduje się Nowy Targ i Zakopane, co roku, albo dwa razy do roku od najwcześniejszego dzieciństwa, prawie do dzis. Tylkoże dzisiaj to już jest inne Zakopane, dawniej było punktem wyjścia w Tatry.
    Znam Warmię, Mazury, Suwalszczyznę, Gorce, Beskidy, dużo tego, trudno wymieniać wszystko.
    No i podróże po Europie, całej, oprócz Skandynawii. Taki ze mnie był niespokojny duch i chęć poznawania ciekawych miejsc.
    Dzisiaj chciałabym jeszcze raz pojechać do Nowego Targu i do Rzymu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pobyt w Zakopanem pamiętam tylko z dorosłego życia, ale rodzice tam bywali częściej, bo z jednego wyjazdu przywieźli nam ciupagi, a z innego dla mnie kierpce, uwielbiane pantofelki. Moja matka lubiła podróżować, ale jako żona wojskowego mogła za PRL-u wyjeżdżać tylko do państw Układu Warszawskiego. Mnie Skandynawia fascynuje, ale ponieważ boję się latać i promem płynąć też się lękam, to nigdy tam nie byłam. Zagraniczne wojaże nie były w moim zasięgu. Pozdrawiam serdecznie, życząc by Twoje pragnienie odnośnie Rzymu się spełniło, bo Nowy Targ jest łatwiejszy do ponownego odwiedzenia.

      Usuń
  6. Jak wiesz , stara jestem, bo urodziłam się jeszcze w czasach wojny, ale że nie było lekko to sporo "wydarzeń" z dzieciństwa pamiętam, choć wcale nie są to mile wspomnienia. Do dziś pamiętam parterową ulicę Marszałkowską.Pierwsze miłe wspomnienia to mam gdy już miałam 5 lat, to był pobyt w Oliwie ( u przyjaciółki mojej babci) i taplanie się w wodzie w....Jelitkowie. Potem regularnie rok w rok w każde wakacje bywałam w Gdyni, bo tam mieszkała siostra mego ojca i babcia zawsze mnie zabierała ze sobą- bo od 4 roku życia już nie mieszkałam z matką, tylko u rodziców mego ojca. I zawsze jeden miesiąc wakacji spędzałam w Gdyni, zwłaszcza od chwili gdy urodził się mój pierwszy brat cioteczny i babcia na całe wakacje "emigrowała" do Gdyni zabierając mnie wszak ze sobą.Gdynia była obecna w moim życiu przez wiele lat, potem regularnie w każde wakacje albo Jastarnia albo Jurata, czyli Półwysep Helski. Do dziś jestem zdania, że najpiękniejsze polskie plaże są właśnie tam. A za mąż wyszłam za taternika, więc w dorosłym życiu byłam ciągana po polskich Tatrach, czasem też i po Słowackiej ich stronie. Udało mi się też w dorosłym życiu zaliczyć Moskwę ( do dziś nie wiem co tak ludzi zachwycało w Arbacie), Drezno (dwa tygodnie mieszkałam pod Dreznem na wczasach), więc obowiązkowo bywaliśmy w Dreźnie. Kilka razy pławiłam się na urlopie w Bułgarii, było fajnie woda niemal ciepła, miłe towarzystwo, podobała mi się też Sofia, poznaliśmy tam kilka przemiłych osób i potem oni u byli w Warszawie. I mam jedno miejsce do którego chciałabym teraz, po latach polecieć- to Singapur.Byliśmy tam razem z wówczas nastoletnią córką. W Polsce to była wtedy akurat zima, luty, a tam 27 stopni w cieniu. Wiem- tam był pełny zamordyzm, ale dzięki temu można było spacerować bezpiecznie po Singapurze i o 2 w nocy. I było super czysto, niemal sterylnie mimo tych 30 stopni w cieniu i chciałabym tam jeszcze raz polecieć, z tym, że zapewne teraz już żadnego miejsca bym tam nie rozpoznała, bo przez te lata Singapur szalenie się zmienił. "Zaliczyłam " też jeden pobyt nad Morzem Sródziemnym .Turcję też zaliczyłam- 2 tygodniowe wczasy. A teraz od 2017 r mieszkam w Berlinie i.....lubię to miasto za.......jego wielokulturowość. Za to, że mieszkam w starej, dzielnicy zbudowanej w pierwszych latach dwudziestego wieku i codziennie widzę te piękne, zrewitalizowane kamienice. Każda jest inna i nie muszę liczyć nerwowo do której klatki schodowej mam wejść by trafić do swego mieszkania- tak miałam wiele lat mieszkając w blokowisku na warszawskich Stegnach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja matka w odróżnieniu od ojca uwielbiała podróżować. Jako żona wojskowego mogła wyjeżdżać tylko do krajów Układu Warszawskiego. Była w Bułgarii i na Węgrzech(wraz z moją siostrą). Jednak większość życia spędzała w polskich miasteczkach wczasowych, gdzie były ośrodki WOW. Twoje wnuki, to już duże chłopaki, mogłabyś z Nimi polecieć do Singapuru, by pokazać, co Cię tam urzekło. Tego z całego serca życzę, ponieważ ja nie miałam okazji wyjechać poza Polskę. Bardzo cieszy mnie, że siostrzenica i członkowie Jej rodziny zaliczyli Egipt, Turcję, Grecję i Maltę. We Wrocławiu mieszkałam w jednym z 5 jednakowych wieżowców, ale nie miałam problemu z odnalezieniem tego właściwego. W Warszawie mieszkam na Żoliborzu w bloku, który jest identyczny jak dwa stojące obok. Na Stegnach nigdy nie byłam, więc nie wiem jakie tam są budynki, może faktycznie jeden podobny do drugiego. Dziękuję za bardzo ciekawy komentarz i życzę by zdrowie dopisywało Ci, żebyś mogła odbyć jeszcze niejedną podróż. Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  7. Wystarczają mi spacery z psem i bliska okolica. Niewątpliwie jest mi łatwiej, bo nie przepadam za podróżami. Ale zdjęcia czy relacje chętnie obejrzę. W ramach czasu ,, dla innych,, :-) Czasem przyjdzie mi potem coś do głowy...
    Oglądam mecze, też...i dalej kibicuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja i ojciec nie należeliśmy do ludzi lubiących podróże(moja matka i siostra je uwielbiały). Ze względów zdrowotnych nie poznawałam nawet najbliższej okolicy miast, w których mieszkałam lub czasowo przebywałam. Dzisiaj mogę tylko przebywać w czterech ścianach, dlatego oglądanie telewizji jest jedną z niewielu rozrywek. Siatkówka jest teraz moim ulubionym sportem, bo nie mogę wstrzelić się w relacje z zawodów jazdy figurowej na lodzie, które w czasach PRL-u oglądałam obowiązkowo. Także nadal kibicuję siatkarzom, chociaż nie lubię meczów Włochów i Bułgarów, bo są dla mnie za bardzo zadufani w sobie. W pierwszej fazie rozgrywek zachwycili mnie Finowie. Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie, życząc wielu miłych chwil w czasie kibicowania.

      Usuń
    2. Gdy grają inne zespoły- kibicuję naprzemiennie przeciwnikom, bo mam nadzieję, że mecz będzie z dogrywką :-) zwłaszcza gdy gra jest na wysokim poziomie.

      Usuń
    3. Kiedy się mówi, że mecz jest między drużynami o różnym poziomie umiejętności siłą rzeczy kibicuję słabszym. Lubię kiedy są dłuższe akcje, a nie tylko zdobywanie punktów, choć to ich ilość decyduje o
      rezultacie. Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za kontynuowanie dialogu.

      Usuń
  8. Bardzo często wracam wspomnieniami do wakacyjnych miejsc. Zawsze wyjeżdżałam na wakacje - w dzieciństwie z rodzicami, jako nastolatka na obozy harcerskie a potem to już jak to w dorosłym życiu, towarzystwo było różne ale zawsze interesujące i miłe. Teraz z przykrością stwierdzam, że jeszcze wiele jest miejsc do odwiedzenia a czas ku temu kurczy się w zastraszającym tempie:)
    Nigdy nie byłam we Wrocławiu ani w Łodzi, Lublinie, Toruniu... Ach, potrzebne drugie życie aby zaległości nadrobić!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za dużo jest miejsc w kraju i na świecie, żeby można było je zobaczyć. Czasami na przeszkodzie stoją obowiązki, czasami brak środków finansowych lub powody zdrowotne. Uwielbiam wspomnienia i żałuję, że gdy żyła matka, nie słuchałam uważnie Jej opowieści z przeszłości. Moja siostra i Jej rodzina żyją dniem dzisiejszym, więc nie mogę liczyć na wsparcie, gdy chodzi o to co już było. Łódź odwiedziłam dwa razy, bo tam mieszkał stryj mojej matki, którego uwielbiałam, bo był doskonałym prawnikiem i bardzo elokwentnym człowiekiem. W harcerskim życiu uczestniczyłam tylko raz, gdy moja siostra zabrała mnie na wyjazd swojego zastępu. Bardzo zazdrościłam Jej przynależności do tej Organizacji. Dziękując za wizytę i komentarz , pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  9. Wczoraj zapakowałem żonę do samochodu i wyjechaliśmy na wycieczkę be określonego celu. Niestety ( albo i stety) nasz wewnętrzny imperatyw skierował nas w Gorce. Odwiedziliśmy znajomą w Szczawnicy, przejechaliśmy przez Krościenko nad Dunajcem. Potem wjechaliśmy do naszej gorczańskiej wsi, gdzie przez tyle lat spędzaliśmy każdą wolną chwilę. Udało mi się wyjechać aż na wzgórze nad wsią, bo żona chciała pobyć trochę w gorczańskim lesie. Potem osobiście przekonaliśmy się że mieszkańcy dalej zachowują nas w życzliwej pamięci. Wróciliśmy wieczorem. Żona zmęczona, ale mam nadzieję że zadowolona . Ja w myśl piosenki Zauchy zakończyłem dzień kieliszkiem czerwonego wina. Dzisiaj od rana nadrabiam wczorajsze lenistwo na w ogródku. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sobotę oglądałam dwa mecze siatkarskich ME i jestem w dobrym humorze. Polacy grali dobrze, co cieszy. Jednak byłam ciekawa meczu Bułgaria-Niemcy i mocno kibicowałam naszym zachodnim sąsiadom. Wygrali i to właśnie spowodowało mój dobry nastrój. Chałupa w Gorcach, to było ważne miejsce dla Waszej rodziny, dobrze że odbyliście z żoną taką podróż sentymentalną. Za pozdrowienia dziękuję i odwzajemniam.

      Usuń
  10. Wpis budzący dużo moich wspomnień (zupełnie przypadkowo) Mój tata miał ADHD (niezdiagnozowane, bo kogo to kiedyś obchodziło) i ciągał nas po Polsce. A że rodzice byli nauczycielami, to jeździliśmy z namiotem wzdłuż wybrzeża. A zimą na narty... Ale wiesz, to nie miejsca są zapamiętywane, tylko ludzie, z którymi się je odwiedza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam na blogu! Pisząc o miejscach, w których bywałam, wspominałam ludzi w nich poznanych. Z nikim nie utrzymuję już kontaktu, ale jestem ciekawa jak im się wiedzie. Nie mam konta na Facebooku, gdzie być może niektórych mogłabym znaleźć, więc nie zaspokoję ciekawości. Ciągoty Twojego Ojca, by zwiedzać Polskę, z pewnością w jakiś sposób wpłynęło na to, że prowadzisz blog o podróżach. Zapraszam częściej. Życząc zdrowia, by móc odbywać dalsze podróże, pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    2. Iwonko, ja już u Ciebie bywałam dawno temu. Miałam przerwę i w podróżach i w blogowaniu. Do pisania próbuję wrócić, z podróżami może być gorzej

      Usuń
    3. Nie przeczę, że mogłaś bywać, ale moja pamięć coraz słabsza. Dobrze, że wracasz do pisania. Podróże, to jedna z ważnych rzeczy w Twoim życiu, ale przecież nie jedyne hobby. Wierzę, że tematów na wpisy Ci nie zabraknie. Tego życząc, pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  11. Kraszewice?? W powiecie ostrzeszowskim?? Cała rodzina mojej mamy pochodzi z tych terenów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się , właśnie tam. Ciekawe jakie to tereny? Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    2. Kraszewice, Czajków, Jelenie, Renta. Prowadzę drzewo genealogiczne, więc w zasadzie wszystkie wsie naokoło mają dla mnie jakieś znaczenie :)

      Usuń
    3. Z wymienionych przez Ciebie miejscowości kojarzę Rentę, bo tam rodzina matki miała krewnych i Czajków, bo czasami jeżdżono tam na zakupy. W Ostrzeszowie byłam raz z matką w 1994, by w sklepie zabawkarskim kupić synowi samochód Batmana. Nasi krewni mieszkający w Gdańsku Oliwie, też robili drzewo genealogiczne i zadzwonili do matki po informacje na temat jakiś osób, ale Ona już nie żyła. Mam nadzieję, że tak trudne, ale jakże szlachetne przedsięwzięcie powiedzie Ci się. Dziękuję za odwiedziny i komentarz. Pozdrawiam i trzymam kciuki za sukces.

      Usuń