W serii postów posiadających
wspólny tytuł „Moje hobby-...” opowiedziałam o moich
„wprawkach” fortepianowych, filatelistyce, zmaganiach poetyckich
i krawiectwie. Nie ono jednak było pierwsze w moich zapędach
rękodzielniczych. Najpierw był haft.
W czasie wakacji spędzanych jak
zawsze w sanatorium, zapragnęłam nauczyć się haftować. Zrodziło
się to nagle, bo nie miałam towarzystwa do rozmów czy
spacerów. Musiałam być już pełnoletnia, bo mieszkałam w
części przeznaczonej dla dorosłych. Chęć wykazania się w tej materii, była tak
silna, że poszłam do sklepu, kupiłam kawałek zwykłego
białego płótna bawełnianego, dwa kolory muliny- różowy
i zielony(jak groszek), bo tylko takie były i karnet z igłami. Teraz należało wymyślić wzór. Nie miałam żadnego pomysłu ani
wprawy. Brakowało mi też białej kalki za pomocą, której
mogłabym przerysować motyw z czasopisma i potem przenieść go na
materiał. Niedostępna była także zwykła czarna kalka maszynowa.
Dlatego jeden jedyny raz w życiu byłam rysownikiem. Na mojej
podomce z kory, były wytłoczone duże kwiaty.Wzorując się na nich, narysowałam kilka takich na papierze, a następnie przeniosłam na materiał, rozmieszczając wzdłuż boków w określonej odległości od siebie i połączyłam łodygami z liśćmi. Ponieważ środek
pozostał czysty, to umieściłam w nim moją ulubioną maksymę
łacińską :”Per aspera ad astra”("Przez trudy do gwiazd"). W ten
sposób określiłam czym po skończeniu może być ta
robótka: mini serwetką lub makatką(po powrocie do domu, mama
obrębiła brzegi robiąc dość szerokie zakłady, co przesądziło
o jej losach). Nie za bardzo sprawa była przemyślana, bo jeżeli sentencja z gwiazdami, to bardziej pasowałyby one, a nie kwiatki.
Nie spodziewałam się, że moja
nowa pasja stanie się przedmiotem rywalizacji z matką. Co prawda z
zadowoleniem przyjęła, że drugą moją pracą będzie obrus na
rozkładany owalny stół jako prezent na Barbórkę,
ale jednocześnie sama zaczęła haftować serwetki, bieżniki. Do dzisiaj ostał się tylko bieżnik 30 x 40cm, który po wyhaftowaniu, obrobiła szydełkiem.
 |
| Tak wygląda róg owego bieżnika zrobionego przez mamę |
W tamtym czasie haftowałam przede wszystkim na kolorowym lnie( komplety:6 serwetek + bieżnik), bo była taka moda i ofiarowywałam je różnym ludziom w prezencie. Nie wyszywałam natomiast odzieży. Jedyne wyjątki stanowiła moja biała bluzka, uszyta parę lat wcześniej przez moją mamę(haft rozmieściłam na górze rękawa i na górze przodów) oraz strój sylwestrowy mojej siostry składający się ze spódnicy, krótkiej bluzeczki bez rękawów i chusty. Ponieważ było to uszyte z surówki w kolorze kawy z mlekiem, to parzenice na dole spódnicy i środku chusty były wyhaftowane ciemnobrązową tasiemką jedwabną o szerokości 3 mm, z której także były zrobione frędzle przy chuście.
 |
| Moja matka wiedziała jak nazywają się takie tasiemki, ja zapomniałam. To właśnie były "nici" do sukni tyle tylko , że w kolorze czekolady. |
Nigdy nie pokusiłam się o haft krzyżykowy, ani żeby haftować kupowane w pasmanteriach portrety osób, zwierząt czy pejzaże. Chociaż był okres kiedy bardzo lubiłam haftować, to sporadycznie używałam naparstka czy tamborka. Zazwyczaj zapełniałam wzór ściegiem atłaskowym pełnym lub cieniowanym, a do linii stosowałam częściej łańcuszek niż ścieg przed lub za igłą. Na kilku poszewkach umieściłam haft Richelieu.
 |
| Róg poszewki o wymiarach 80x80 cm |
 |
| "Ażurnaja wysziwka", to 156 stronicowa książeczka , w której zamieszczono różne wzory ażurowe, w tym mereżki. |
Miałam taki moment, że bardzo
podobały mi się mereżki, dlatego jeden biały bawełniany obrus
zrobiłam w zazębiające się kwadraty i prostokąty, w których kontury były określone mereżką, a w środku nićmi białymi
wyhaftowałam drobny motyw kwiatowy. Obrus pierwszy i biały
mereżkowany trafiły do synowej, jako część wyprawy dla syna.(zdjęć mimo próśb nie zrobił, więc się nie wykażę prawdomównością). Upodobanie do tego rodzaju ażuru miałam od dzieciństwa, bo mama miała żółtą sukienkę, w której góra była przyozdobiona właśnie w ten sposób.