sobota, 12 sierpnia 2017

MNIEJ I BARDZIEJ ZNANI - "Wrocławski sen Salomei"

Salomea Kapuścińska
   Kiedy w nocy z czwartku na piątek zaczął w mojej głowie powstawać zarys postu, nie wiedziałam, że pierwszą informacją z przeglądarki będzie Jej nekrolog. Kiedy 8 kwietnia 2016 roku w poście „Moje hobby-drugie podejście" pisałam te słowa: „Dlatego na koniec dzisiejszego postu zamieszczę jeden z moich ulubionych wierszy Salomei Kapuścińskiej, wrocławskiej poetki, za sprawą której literatką nie zostałam. Była pierwszą i jedyną recenzentką moich wierszy, a ponieważ jej opinia była dla mnie, nastolatki druzgocąca, na wiele lat zarzuciłam pisanie”,nie wiedziałam że w niespełna miesiąc później pożegna Ją nie tylko Rodzina, ale wszyscy kochający poezję.
   Wikipedia mówi o Niej tak mało, że aż trudno w to uwierzyć. Najobszerniejszą notkę wraz ze zdjęciem zamieścił Wrocławski Oddział Pisarzy Polskich, przy okazji 3 spotkania w ramach cyklu „Pomosty literackie”( w dniu 22 czerwca 2017 Waldemar Okoń, będący gościem, wspominał tę niezwykłą kobietę).
   Salomea Anna Kapuścińska(ur. 1940, zm. 2016), poetka, autorka słuchowisk oraz tekstów piosenek. Ukończyła Wydział Historyczny (historię sztuki) na Uniwersytecie Wrocławskim oraz Państwowe Ognisko Kultury Plastycznej. Pracowała jako dekoratorka wnętrz. Debiutowała jako poetka na łamach czasopisma „Poglądy” (Katowice) w 1957 roku. Brała czynny udział w życiu kulturalnym wrocławskich klubów: Pałacyk oraz Związki Twórcze Debiutowała w 1962 roku tomikiem pt: „Chłodno jest oczom”, później wydała m. in. „Wołanie na ptaka” (1970), „Zbroja błękitna” (1973), „Tryptyk ze snu” (1976), „Białostrunne” (1978), „Zmilczenia” (1980), „Czuwanie” (1981), „Pożegnanie brata” (1986), „Nadzieja” (1987) i ostatni tomik „Modrzewie” wydany w 1993 roku w ramach serii „Z kołatką” wrocławskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. W sumie opublikowała 12 zbiorów wierszy. W jej wierszach znajdują się liczne motywy nawiązujące do przyrody, szczególnie gór. Ostatnie lata życia spędziła w domu opieki pod Wrocławiem, gdzie dalej tworzyła poezję.

Tak wyglądałam w czasie, który wspominam

   Poznałam Ją przez przypadek, kiedy Biblioteka Publiczna dla dzieci i młodzieży przy ul. Stalowej we Wrocławiu zorganizowała konkurs literacki „Wrocław - moje miasto”. Bibliotekarka namówiła mnie, żebym wzięła w nim udział, chociaż o ciągotach „pisarskich” raczej nie wiedziała. Znała mnie jako dziewczynę dużo czytającą. Miałam 14 może 15 lat, podkochiwałam się w Zbyszku Kuczyńskim, o kilka lat starszym sąsiedzie, wówczas już licealiście. Z dużym prawdopodobieństwem był adresatem powstających wtedy wierszy. Pamiętnika nie prowadziłam, z obawy że wpadnie w ręce Rodzicielki,która przeczytawszy go, wyszydziłaby mnie i poczynione wyznania.
   Kiedy okazało się, że mój wiersz zyskał uznanie jury, w skład którego wchodziła właśnie S. Kapuścińska, to odbierając z Jej rąk nagrodę, odważyłam się poprosić o przejrzenie moich wierszy. Twórczości poetki nie znałam, zaczęłam się nią interesować dopiero po naszym spotkaniu. Kilka dni później bibliotekarka zwróciła mi zeszyt wraz z karteczką, na której były bolesne, ale szczere słowa krytyki. Poetka porównała moją pisaninę, do poezji Marii Konopnickiej. Nigdy nie lubiłam tej pisarki i poetki. Jej „O sierotce Marysi i siedmiu krasnoludkach” przeczytałam, bo była to lektura szkolna. „Rotę” jako utwór patriotyczny każdy uczeń musiał znać na pamięć. Te dwie rzeczy wystarczyły, żebym Marię Konopnicką kojarzyła jak najgorzej. A tu o zgrozo, moje utwory, które uważałam za nowatorskie w treści i formie, spotkał taki los.

   Rozpoczęcie innego koszmaru, czyli nauki w liceum, pomogło mi pogrzebać myśli o pisaniu. Co dziwniejsze, choć zostałam smagnięta „biczem krytyki” nie przestałam lubić samej Salomei. Wręcz przeciwnie. Było w niej bowiem coś magicznego, nieuchwytnego, trudnego do sprecyzowania. Kiedy się na Nią patrzyło, widziało się skromną, cichą, zamkniętą w sobie kobietę. Niektórzy powiedzieliby "panienka z dobrego domu" i taką rzeczywiście była, córką znanego okulisty. Zwięzła w wypowiedziach, nie oszczędzała "pisarskich nowicjuszy".
Jej debiutancki tomik „Chłodno jest oczom” nie był w tym czasie do zdobycia. W następnych latach udało mi się natomiast kupić najpierw „Zbroję błękitną”(1973), potem „Wołanie na ptaka” i „Białostrunne”. Można kochać książki i chcieć tymi najukochańszymi zapełniać półki we własnym domu, ale życie również w tej materii weryfikuje nasze pragnienia. Na studiach nie było mnie stać na nabywanie kolejnych tomików. Tym bardziej nie było to możliwe, gdy pojawił się syn, a ja zostałam samotną matką. Dlatego też pomimo, iż poetka wydała 12 tomików, mnie o Niej będą przypominać tylko te trzy.
Pierwszy raz o Salomei Kapuścińskiej napisałam około roku 2010 na moim poprzednim blogu. Niestety tamten post się nie zachował, dlatego przystępując do pisania dzisiejszego, prześledziłam wpisy na Jej temat w Google. Nie udało mi się odnaleźć fragmentów jednej ze sztuk, było to coś związanego z Misterium, choć bardzo by się przydał taki przykład, bo dowodził głębokiej wiary poetki. Religijny wątek w Jej poezji porusza Kazimierz Bukowski w „Katechezy:Czy warto być chrześcijaninem” zamieszczając wiersz„Czarna Madonna”. Szukałam też tekstów piosenek, ale te odnajdziecie na płycie Katarzyny Groniec, która śpiewa między innymi teksty Salomei.
   Dzisiejszy post jest bogatszy o wiedzę o poetce, bo nie jestem jedyną blogerką, którą zafascynowała Jej poezja. Wiersz „Proszę zostań ze mną” przeczytacie na blogu „Sezam rozmaitości” http://annf.bloog.plNa blogu „Co mi w duszy gra...wszystko jest poezją”-malowane-wierszem.blogspot.com przytoczono wiersz „Gazela”. Pod adresem http://ewairena.blogspot.com blogerka „Zuzia" zamieściła wiersz „Śniegi”.*
   Salomea Anna Kapuścińska zmarła w wieku 76 lat. Myślę, że byłaby jeżeli nie szczęśliwa, to przynajmniej zadowolona, że ponad pół wieku trudu twórczego, znajduje coraz to nowych wielbicieli.

szumiały lasy gwiazd
obracała się ziemia ta najczulsza z planet
w dłoni tajemnej
wszystko było z sobą tak czasem powiązane
i ty byłeś ze mną                                                               

że gdyby stanęły zegary
po wszystkich kontynentach
badałaby twój puls
wśród gwiazd
warga napięta

(„Erotyk” z tomiku „Zbroja błękitna)









przyjdź morzem czarnym
przyjdź krzykiem fali
przyjdź huraganem mew
przyjdź morzem czarnym potopem otwartym
przyjdź jak wraca pieśń
przyjdź kwiatem umarłym dręczonym przez zamieć
przyjdź wielką bezbrzeżną pamięcią
przyjdź nocą rozdartą mknącymi gwiazdami
przyjdź tęczą

i ocal mnie lodem ocal płomieniem
od naciągających zim
przyjdź śmiercią i klęską i ciałem i cieniem
po dym po noc po dym

(„Przyjdź...” z tomiku „Wołanie na ptaka”)
***
i wtul we włosy całą gorycz nieba
i gorycz kwiatów które ledwo kwitną
a wiedzą że im kwitnąć nad miarę potrzeba
po dwakroć po trzykroć

i wtul we włosy cały krzyk natury
i ucisz wiatry najczulszymi słowy
i niebo podpal słońcem i rozerwij chmury

aby się wszystko to stało na świecie
co w twojej leży potędze człowieczej
-by miłość wzeszła jak stos piorunowy
(Wiersz z tomiku "Białostrunne")

* pomimo kilkukrotnej weryfikacji tekstu, nie udało mi się zniwelować przerw między wyrazami, w niektórych zdaniach. Powstają one w trakcie zapisywania i przechodzenia do podglądu.







poniedziałek, 7 sierpnia 2017

PRZYJACIÓŁKI I PRZYJACIELE część 1

   „Ach, dzieciństwo! Kiedy czas płynie jeszcze tak powoli,iż rzeczy na pozór niemal tkwią w miejscu i wydaje się nam, że pozostaną zawsze takie jak dziś”.
                                Artur Schopenhauer „Aforyzmy o mądrości życia”

Tak wyglądałam w I kl .Sz .P

W pierwszej klasie szkoły podstawowej bardzo silnym uczuciem darzyłam Zbyszka K. Pamiętam go jako szczupłego, wysokiego( jak na 7- latka) szatyna. Miałam to szczęście, że rodzice nie oddali mnie do szkoły specjalnej tylko uczyłam się ze zdrowymi dziećmi. W momencie rozpoczęcia przeze mnie nauki, moja matka pracowała jako nauczycielka ale w innej szkole. Dziwne ale z lat podstawówki nie pamiętam swojej siostry, a przecież do różnych szkół zaczęłyśmy chodzić chyba dopiero od liceum. Wychowawczynią naszą była pani Zofia Miklaszewska, młoda, wysoka kobieta o złoty sercu. To ona, gdy dowiedziała się, że w Jej klasie będzie niepełnosprawne dziecko, ogłosiła akcję bezpieczna przerwa. W ramach tych działań w czasie między lekcjami spacerowałam po korytarzu, a nie siedziałam samotnie w ławce. Zbyszek został moim „ochroniarzem”, miał za zadanie dbać o to, by rozbiegani uczniowie nie wpadli na mnie, powodując niechybny upadek. Ponieważ zawsze miałam problemy z utrzymaniem równowagi, a poruszałam się wolno i niepewnie, to trzymałam pod ręce dwie dziewczynki. Żałuję, że nie utkwiły w mej pamięci równie mocno jak ów chłopak. Po lekcjach, z nim i jego rodziną spędzałam czas aż do późnego popołudnia, kiedy to mnie odbierano.
    Mama Zbyszka zajmowała się jego młodszą siostrą, która była na tyle mała, że nie kwalifikowała się jeszcze do przedszkola. W pogodne dni najwięcej czasu spędzaliśmy na podwórku, głównie przy trzepaku. W domu państwa K. czułam się lepiej niż u siebie. Po zmianie miejsca zamieszkania z ul. Świerczewskiego, na ul. Grabiszyńską, nasze kontakty się urwały, ale nigdy o nim nie zapomniałam. 
   Spotkaliśmy się przez przypadek dziesięć lat później w sanatorium w Lądku Zdroju, gdzie rozpoznał mnie jego ojciec. Jako dziecko nigdy nie zastanawiałam się, kim jest i gdzie pracuje tata Zbyszka. Byłam wielce zaskoczona, gdy pewnego roku przechodząc przez taras, łączący dwie części(dziecięcą i dla dorosłych) Ośrodka Rehabilitacyjnego, usłyszałam swoje imię. Obróciwszy się w stronę wołającego, zobaczyłam mężczyznę w średnim wieku, siedzącego na leżaku. Nie wiem jak po tak długim czasie on mnie rozpoznał, ja jego nie. Zbyszek odwiedził ojca którejś niedzieli i wtedy okazało się, że tak długi okres niewidzenia się, spowodował że nie mieliśmy sobie zbyt wiele do powiedzenia. Rozmowa była drętwa, pełna komunałów. Oboje byliśmy spięci, on stał z głową zwieszoną jakby bał się spojrzeć w oczy. Nie obiecaliśmy sobie utrzymania kontaktów, nie wymieniliśmy się adresami.
    Nie pamiętam od kogo dowiedziałam się, że podobno zamieszkali vis a vis mojego ogólniaka. Osoba ta powiedziała mi także, że Zbyszek jest ciężko chory, bo ma raka żołądka. Nie zdobyłam się na sprawdzenie tych informacji, choć wystarczyło tylko po lekcjach, przejść na drugą stronę ulicy. Bałam się, że informacja o śmiertelnej chorobie może okazać się prawdziwa, a ja nie będę wiedziała jak się zachować , nie znajdę słów pocieszenia. Okazałam się tchórzem, który wolał zachować w pamięci obraz siedmiolatka. Do dziś w chwilach nostalgii za rodzinnym miastem i ludźmi, którzy tam pozostali, zastanawiam się jak potoczyły się losy, tych moich pierwszych przyjaciół, bo był nim nie tylko Zbyszek ale cała jego rodzina.
      Na poniższym zdjęciu jestem z pielęgniarką, pracującą wówczas w Ośrodku Rehabilitacyjnym w Lądku Zdroju.
Tak mniej więcej 10 lat później przy
kolejnym naszym spotkaniu.  












  Jak już wspomniałam, nie wiem co dzieje się z moim przyjacielem z dzieciństwa. To właśnie dzięki niemu przez długie latach byłam przeświadczona, że przyjaźń między kobietą a mężczyzną jest możliwa i długotrwała. Nie najlepsze doświadczenia z facetami, mocno zweryfikowały moje poglądy. Ponieważ jednak nadzieja umiera ostatnia, to wierzę że osoby czytające tekst, potwierdzą moje dziecięce wyobrażenia.


                         „Każdemu, kto ma choć jednego przyjaciela, Bóg dał dwa światy.”

                                                 (Oscar Wilde „Listy”)

niedziela, 30 lipca 2017

INNI MAJĄ DOBRZE!

    Lipiec, to środek czasu urlopowego. Charakteryzuje się rozleniwieniem, wypoczynkiem i zwiększonymi wydatkami. Wczasy w Polsce, w innych krajach, czy też pod przysłowiową gruszą, kosztują.  Nie planowałam wyjazdu, bo „kto nie ma miedzi,ten w domu siedzi” jak powiada moja siostra, a po drugie nie bardzo mam gdzie. Moja fizyczna sprawność jest w zaniku, więc bez opieki i tak o podróżowaniu nie może być mowy. Za to wydatków tyle, że kieszeń ciągle pusta.  13 lipca, spaliła się karta graficzna laptopa i przez tydzień czułam się nieszczęśliwa, bo ani pisać nie mogłam, ani czytać blogów. Popełniłam szaleństwo i za pieniądze „ z życia” syn kupił mi używanego „Toshibę”. Przy pisaniu nie odbijają się znaki diakrytyczne i jest to bardzo denerwujące. Poza tym reszta wydaje się w porządku, oczywiście tylko w odniesieniu do laptopa, bo wszystko inne nie jest już takie piękne. Moja nieumiejętność posługiwania się komputerem dała znać o sobie, bo choć robiłam wszystko tak samo jak na starym sprzęcie, to nie umiałam przenieść zdjęć z aparatu. Syn między fuchami, które łapie gdzie tylko może, zgrał mi co trzeba i mogę wreszcie wkleić nową notkę.
    Moja blogowa znajoma „Azalia” nie daje znaku życia nie tylko na swoim blogu,  ale także prywatnie i to bardzo mnie smuci. Syn miał obiecaną stałą pracę na początku lipca i nic z tego nie wyszło. Nie mam więc powodów do radości, chociaż kilka epizodów sprawiło, że się cieszyłam.




Moja koleżanka Celinka przysłała mi kartkę z wczasów na Korsyce, a „Jotka” ze słowackich jaskiń.
   Na dodatek Iwona Kmita przysłała mi 3 książki, żebym rozpraszała swą samotność ciekawą lekturą. Jestem co prawda teraz skupiona na treści bloga pewnego „Zrzędy” ale kiedy nie miałam dostępu do sieci, to tradycyjna książka była wybawieniem. Mój wybór nie okazał się trafiony, ale o tym innym razem.
     Kiedy zastanawiam się nad minionymi miesiącami, to refleksje mam raczej ponure,bo nie był to dobry czas, a te nadchodzące też entuzjazmu nie wzbudzają,bo nic nie zapowiada żeby w moim położeniu nastąpiła jakaś radykalna zmiana na lepsze. Wakacje upływają mi na "zbijaniu bąków", graniu w kierki z komputerem, na układaniu pasjansów.
    Po napisaniu części notki przez 3 dni leżałam, bo ból rąk od łokcia po czubki palców, nie pozwalał utrzymać ani myszki, książki czy szydełka. Czytałam nowe wpisy na ulubionych blogach, nawet pod niektórymi zamieszczałam komentarz, ale wiele pozostawiłam bez śladu swojej obecności, bo głowa jakaś ciężka i brak umiejętności sklecenia kilku słów.  
    W Warszawie niedziela jest upalna, dobrze że nie przepadam za słońcem i opalaniem się, bo siedzenie w domu byłoby przykre. 
    Ostatnio dużo pisałam o innych blogach, ktoś mało mnie znający mógłby pomyśleć, że jest to blog o blogach. Z wielką przyjemnością poznaję nowych "sieciowych" znajomych i czytam ich opowieści. Jednak chcąc przywrócić "osobisty" charakter elektronicznego pamiętnika, postanowiłam, że w kolejnych postach przedstawię Wam moich przyjaciół z dawnych lat. Są to ludzie, którzy mieli wpływ na to kim teraz jestem. 
    Do zobaczenia już niebawem. Pozdrawiam urlopowiczów, tych którzy wypoczynek mają za sobą oraz tych czekających na niego. 

poniedziałek, 3 lipca 2017

BABECZKA (bez jaj) ALE Z FANTAZJĄ

   W blogosferze jest wiele blogów kulinarnych. Autorzy piszący na różne tematy, umieszczają zakładki, w których możecie znaleźć przepisy na ich ulubione lub popisowe potrawy.
   Pod najnowszym moim postem komentarz zamieściła Anna S. z Gdańska. Postanowiłam złożyć rewizytę i zapoznać się z jej blogiem. http://wszystko-smaczne.pl/.
Anna S. blog założyła w 2016 roku na Bloggerze. Od 29 kwietnia tego roku przeszła na własny hosting i z własną domeną. Pomimo iż pod nowym adresem działa od niedawna, to znajdziecie u niej 279 przepisów na dania główne, przystawki i desery. Od samego patrzenia na zdjęcia jej autorstwa można poczuć się głodnym, a już po przeczytaniu przepisu ślinka sama napływa do ust. Żeby znaleźć pierwszy wpis musiałam się sporo naszukać, ponieważ autorka skąpa nie jest i pod jedną datą dzienną zamieszcza kilka różnych przepisów. Wchodząc na blog z określoną datą miesiąca i dnia możecie ułożyć menu na kilka dni. Kierując się wyszukiwarką, skomponowanie jadłospisu na tydzień czy miesiąc nie stanowi problemu. Jest to gotowa, blogowa książka kucharska. Kiedy masz rozeznanie jakie wino do danego dania, to możesz przygotować wykwintną kolację, lekkie ale pożywne śniadanie, trzydaniowy obiad, smaczny podwieczorek. Pod datą 28 czerwca 2017 znalazłam opis jak sporządzić własną książkę kucharską, z której można być dumnym jak paw. Anna takową zamówiła, dostała i jest bardzo szczęśliwa, bo otrzymała produkt nie tylko spełniający jej oczekiwania ale wychodzący im naprzeciw. Ponieważ autorka bloga zastrzegła prawem autorskim przepisy i zdjęcia, dla wyróżnienia akapitów, zdjęcia zaczerpnęłam z Google.*
Oto kilka potraw, które z chęcią bym zjadła, gdyby ktoś zechciał je dla mnie przyrządzić.

KWIECIEŃ: Smażona tołpyga w zalewie octowej, surówka z rzodkiewką i świeżym ogórkiem, ciasto Malakoff w wersji rumowej lub ciasto W-Z(wybrane z 30 kwietnia 2017 r).
MAJ : Gulasz wołowy z piekarnika, sałatka gyros,cytrynowiec na biszkopcie.
CZERWIEC : Wątróbka wieprzowa zapiekana w piekarniku,kapusta kiszona zasmażona, sorbet truskawkowy z bananami.
  Zupa porowa z czerwoną soczewicą,(zagryzana) chlebem pszennym razowym, migdałowy wieniec z truskawkami lub ciastka owsiane z żurawiną i słonecznikiem.

 LIPIEC (dopiero się zaczął, więc oferta z dzisiejszego dnia): Klopsiki z kapustą zapiekane w piekarniku. Babeczki kakaowe bez jajek.
Wczoraj tak mnie wciągnął tekst o Francu Fiszerze („Bez pukania"), że przypaliłam ziemniaki wraz z garnkiem.  Dzisiaj znów się zapomniałam i przegapiłam ulubiony serial „Szpital nadziei” nadawany na „Stop klatce”. W obu przypadkach warto było ponieść „ofiarę”. Mam nadzieję, że „Wszystko-smaczne” wam również przypadnie do smaku.
      Życząc smacznego zapraszam na blog Gdańszczanki.

* pomimo kilku godzin spędzonych na połączeniu ilustracji z tekstem, nie wiem z jakiego powodu, jego główna część  jest na białym tle. Nie było to moim zamysłem.




sobota, 24 czerwca 2017

NAD JEZIORAKIEM

  Wczoraj syn przyniósł ze skrzynki 3 listy z banku i dużą białą kopertę. Była ona dla mnie zaskoczeniem, choć mogłam się jej spodziewać. Otóż w ostatnim poście wspomniałam, że mam kłopot z lekturą, bo brak mi książek do przeczytania.
   Są ludzie, którzy swój zawód wykonują z pasją i zaangażowaniem i choć o bibliotekarzach nie mówi się, iż powinni być to ludzie z powołaniem, to czasami tacy się zdarzają. Jest kimś takim  bibliotekarka „Jotka”, autorka bloga „Pani od biblioteki”. Otóż ta niewiarygodna kobieta wystąpiła z propozycją przysłania mi książek. Próbowałam przekonać Ją, że pomysł równie cudowny, co mało praktyczny. Na początek podała mi adres strony www.wolnelektury.pl. Zajrzałam tam przedwczoraj na chwilę, nie dowiadując się konkretnie jak mogę za pomocą tej strony przeczytać wybraną powieść. Widać moja wspaniała koleżanka uznała, że podanie adresu, to za mało i wysłała mi 2 książki. Nie tylko dla osoby lubiącej czytać, to bardzo cenne egzemplarze, każda ma bowiem autograf autorki. Nie jestem pewna czy sama byłabym tak wspaniałomyślna i przekazała komuś innemu  urocze pamiątki, będące jednocześnie wyrazem sympatii ofiarodawcy dla obdarowanego.
   
Ponieważ moje bezsenne noce trwają, to z czwartku na piątek jedną z nich wzięłam do ręki. Zachęcała do tego wspaniała okładka. Mam zwyczaj zapoznawać się z daną pozycją, czytając najpierw to, co zawiera tylna strona oprawy, a ta była standardowa : zdjęcie autorki, dwa zdania o tym kim jest i czym się zajmuje. A poniżej krótkie przedstawienie bohaterki utworu. Mnie zadziwiła ilość patronów tej 180 stronicowej powiastki o życiu młodej, 25 letniej dziewczyny.
Podobno poza jaką do zdjęcia przyjmuje fotografowana osoba, dużo o niej mówi. Są ludzie(psycholodzy, specjaliści od wizerunku), którzy z mimiki twarzy lub ułożenia rąk potrafią określić osobowość. Charakterystycznie skrzyżowane ręce autorki mnie samej podpowiadają, że jest to kobieta pewna siebie, znająca swoją wartość, przebojowa, trochę może nawet zadufana. W Google znalazłam dwa zdjęcia: zgadnijcie, które z nich znalazłoby w moich oczach większe uznanie?
   







Książka pisana jest w formie pamiętnika. Nie ma numeracji rozdziałów, zastępują ją daty: dzień, miesiąc, którego dotyczy opowieść. Nie umiem powiedzieć czy taka forma książki nawiązywać miała do bloga „Konwenanse”, którego tak jak książki autorką jest Anna Balińska, czy też napisana książka była inspiracją do założenia bloga. Pierwszy blogowy wpis, to marzec 2015, wydanie książki rok 2016. To co było pierwsze kura czy jajo jest w tym przypadku bez znaczenia. Napisałam o tym ponieważ była to pierwsza myśl, jaka mi się nasunęła w momencie rozpoczęcia lektury. Fabuła nie wciągnęła mnie natychmiast, tak że nie byłam w stanie oderwać oczu od tekstu. Wręcz przeciwnie, po przeczytaniu kilku stron odkładałam książkę i spoczywałam na poduszce, w nadziei że nadejdzie sen. Dokończyłam czytanie następnego dnia rano i to bardziej z szacunku dla osoby, która mi ja przysłała niż z ciekawości co będzie dalej i jak historia się zakończy.
   Biorąc pod uwagę bohaterów, to powinnam być tą publikacją zachwycona, bo mogłabym ją uznać za opowieść o mnie sprzed 40 lat. Alicja spisująca swoje życie od 1 kwietnia(piątek) do 15 września(piątek), nie ma szczęścia do mężczyzn. W jej niby spokojnym, satysfakcjonującym życiu pojawiają się 3 bardzo bliscy emocjonalnie faceci. Podobnie było w moim. U niej wiarołomny mąż, u mnie zdradliwy, fałszywy kochanek, który na dobre podkopał moją wiarę w to, że miłość istnieje. Każda z nas trafiła na przystojnego, zawodowo silnie zaangażowanego i w sposobie bycia uroczego człowieka,który w końcowym rozrachunku okazał się zaburzonym emocjonalnie, a może nawet chorym psychicznie człowiekiem. Tyle tylko, że jej Robert znęcał się fizycznie i doprowadził do tragedii. Mój nigdy nie podniósł na mnie ręki,  ale za to manipulował moim życiem czyniąc z niego koszmar. No i jest trzeci mężczyzna, u niej ma na imię Mikołaj, a mój był Ireneuszem, przyjacielem, któremu zwierzałam się z problemów, przyjmowałam pomoc finansową i czułam się bezpiecznie, gdy był blisko. Mikołaj spełnił się jako przyjaciel , a ich uczucie przeszło na wyższy poziom. Ja swojemu po latach, też przyznałam się, że czuję do niego coś więcej niż sympatię. Był na tyle przyzwoity, że nie wykorzystał tego by zaciągnąć mnie do łóżka, tylko uczciwie przyznał, że kocha kogoś innego. Historia Mikołaja i Alicji kończy się happy endem i namiętnymi pocałunkami. Moje wyznanie sprawiło, że kochanka nie zyskałam, a przyjaciela utraciłam. Jako nastolatka bardzo mocno wierzyłam, że przyjaźń między kobietą, a mężczyzną jest możliwa. W miarę doroślenia,zgadzałam się z tymi,którzy twierdzili iż wcześniej czy później jedna ze stron zechce zmienić typ relacji między nimi. Podobnie jak Alicja, o tym że zostanę matką dowiedziałam się w dwa miesiące po rozstaniu z ojcem dziecka. Ona podjęła decyzję, by nie informować byłego męża o tym, że zostanie ojcem. Moje własne pragnienie było podobne, ale decydującym okazał się głos matki. Rodzicielka Alicji była ciekawa spraw córki i chętnie by o nich z nią rozmawiała, choć młodej kobiecie aż takie zainteresowanie nie było w smak. Moja wyznawała zasadę „albo zrobisz tak jak ja chcę, albo o niczym nie chcę słyszeć.” Przy takim nastawieniu, nawet największa potrzeba rozmowy nie miała sensu. Baśka, przyjaciółka bohaterki była zawsze chętna do pomocy , zarówno jako spowiednik, jak i w praktycznym działaniu. Ja też mam przyjaciółkę, taką którą znam od 40 lat ale poza ogólnikami, powszechnie znanymi banałami na pomoc liczyć nie mogę, bo jej „ojej współczuję ci bardzo” mocniej mnie irytowało niż  podsuwało rozwiązanie problemu.
   Jeżeli spodziewaliście się recenzji książki „Pod pelargoniowym balkonem”, to chyba nie do końca ją dostaliście. Raczej powieść ta, stała się płaszczyzną do porównań, dwie kobiety, niby podobne zdarzenia, a jakże różne zakończenia każdego z nich.
      Mam jednak kilka uwag, co do strony technicznej pozycji wydanej przez Wydawnictwo Literackie „Białe Pióro”.
 
    Fantastycznym chwytem marketingowym było dołączenie do książki bajecznie kolorowej zakładki, na odwrocie której zamieszczono „Napisałeś książkę- wydaj ją z nami. www.wydawnictwobiałepioro.pl tel. 794-96-16-61.”. 
 Człowiek uwielbiający czytać ma wiele zakładek, może nawet każdy egzemplarz swoją. Tym bardziej, że są ludzie, którzy sięgają po kilka tytułów w tym samym czasie. Niestety ja takiej umiejętności nie posiadłam, co więcej, nie potrafię nawet najbardziej zajmującej powieści czytać „ciurkiem”. Muszę robić przerwy i to nie tyle ze względu na zmęczenie oczu, co na potrzebę przemyślenia przeczytanej treści. Dla rzadko sięgających po książki, taka dołączona doń zakładka będzie nie tylko bardzo pomocna ale i może stanowić zachętę do sięgania po kolejne tomy w poszukiwaniu nie tylko ciekawej lektury ale i zakładek. Te ostatnie bowiem mogą stać się przedmiotem zbieractwa, bo zajmują znacznie mniej miejsca niż książka. 
   Bardziej od fabuły podobały mi się ilustracje Agaty Topolewskiej. Te wielobarwne cieszą oko i wywołują uśmiech na twarzy, a te jednokolorowe dają chwile melancholii. Wszystkie wywoływały natychmiastowe skojarzenia z malarstwem Dagmary Soleckiej, której przepięknymi obrazami zachwycałam się w innym poście(„Pokój nad światem czyli zaproszenie do galerii”).
Cenne w tej książce jest także to, że umiejscawiając jej akcję w Iławie, autorka pokazuje nam zabytki:ceglany Czerwony Kościół, Ratusz. Podpowiada gdzie można dobrze zjeść, gdybyśmy zawitali do tego miasta(Port 110-Hotel restauracja Marina) i jak spędzić przyjemnie czas, odbywając rejs statkiem „Ilavia” po jeziorze. Wspaniała promocja rodzinnego miasta i za to należą się autorce głośne brawa. Co zaś tyczy się książki, to można ją przeczytać ale na długo w pamięci(przynajmniej mojej) nie zagości , a tym bardziej na półce, bo tychże mam niewiele, więc każdy wolny skrawek miejsca czeka na coś naprawdę wyjątkowego. Chociaż informacja z infoilawa.pl  : „Ciepłe przyjęcie przez czytelników (nie tylko w Iławie i Polsce - „Pelargoniowy balkon” pojechał też do Szkocji, Niemiec, Francji i Holandii)” pozostaje w sprzeczności z moim mało entuzjastycznym odbiorem tej książki. Może to wina pelargonii, które pamiętam z balkonów w moim rodzinnym domu, ale które nigdy specjalnego zachwytu nie wywoływały.:-)
Szukając informacji o autorce trafiłam na stronę http://www.infoilawa.pl/aktualnosci/, na której znalazłam takie słowa:”Jeszcze kilka lat temu moim marzeniem było wydanie jednej książki. Z tym że nie jednej powieści. Marzyłam tylko o tym, aby wydać jeden egzemplarz, jedną sztukę, którą mogłabym sama przeczytać, postawić na półce we własnej biblioteczce i nikomu nie pokazywać. Miała być tylko moja. Nie wierzyłam w to, że mogę wydać książkę naprawdę. ”
Marzenie Anny się spełniło, co więcej złapane we właściwym momencie, zaowocowało kolejną pozycją „Szczęście od jutra”. O czym ona opowiada możecie się przekonać czytając recenzję Kasi T-J na  wielbicielka-ksiazek.blogspot.com. Z opinią się zapoznałam, ale po samą książkę raczej nie sięgnę. Nie przepadam za łączeniem odmian powieści, w tym przypadku obyczajówki z kryminałem.
   Druga z nadesłanych przez „Jotkę” książek, to całkiem inna sprawa i nowa notka za jakiś czas. Póki co, wszystkim którzy mieli cierpliwość dobrnąć do końca, życzę słonecznych, radosnych dni urlopowych.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

KOBIETA UDOMOWIONA

          PROLOG
   W latach 2009-2013 prowadząc bloga „Moje hobby to życie” poznałam blogerki, które wspominały, że próbują pisać powieść. Nigdy jednak nie znalazłam na ich blogach chociażby fragmentów. Niektóre teksty np.u http://magdula.bloog.pl/ sprawiały takie wrażenie ale nie miałam pewności. Zanim zdecydowałam się na założenie kolejnego bloga, moja przyjaciółka uczyniła mi zaszczyt i przesłała kilka tekstów prywatnie. Moim zdaniem były dobre, wzruszające i przypominały te zamieszczane, w niektórych czasopismach kobiecych..
   Po powołaniu do istnienia „Na karuzeli życia” poznałam pierwszą pisarkę-blogerkę Klarkę Mrozek, która była jednym z  komentatorów.











   Nieco później okazało się, że i RóżaWigeland, autorka bloga http:http://www.dojrzalejestpyszne.com/(nowsza jej odsłona, to http://rozawigeland.com/, ale tej jeszcze nie zgłębiłam), ma aspiracje pisarskie.  Na "Dojrzałe jest pyszne" znalazłam  takie słowa „To mój cel i spełnienie jednego z marzeń - zobaczyć swoją książkę na półce w księgarni. Niebawem to się spełni i mam nadzieję, że zaprowadzi do jeszcze lepszego życia. W drodze do celu przyświecają mi słowa Karla Krausa:" Należy zawsze tak pisać, jak gdyby pisało się po raz pierwszy i po raz ostatni.Tyle powiedzieć jakby to miało być pożegnanie, i tak dobrze jakby to miał być debiut.
Od początku swego blogowania, odwiedzam http://preclowastrona.blox.pl/. Tam znalazłam informację, że blogerzy wydali swoje dziełko. Niestety z racji tego, że nie wychodzę z domu ani książki K.Mrozek ani innych w prologu wymienionych nie czytałam.

   Buszując po sieci na jednym z blogów znalazłam komentarz osoby o nicku Jo. Podobno jedną książkę już wydała, a przygotowuje drugą. Ku wielkiemu smutkowi z nieznanych mi bliżej przyczyn, po krótkim okresie czytania jej bloga, nagle nie dostałam do niego dostępu.
   Przyszedł dzień, w którym trafiłam na bloga Azalii http://azalia60.blog.onet.pl/, po przeczytaniu notek od grudnia do czerwca 2015, odważyłam się napisać do autorki. Miało to miejsce 4.01.2016 roku. Stałam się fanką jej opowieści, choć niekiedy trudno było mi rozróżnić czy są to jej przeżycia czy  fikcja literacka.  Całego bloga nie przeczytałam niestety, bo w pewnym momencie się zagubiłam. Tak to bywa jak czyta się od końca do początku.
  Jest także blog "Pola erratyjskie"  http://errata777.blogspot.com/, na którym odnajdziecie powieść "Pomiędzy wierszami"(póki co 7 części) i"Poetyckie inspiracje Erraty" jako kolejny przykład pisarskich ciągot.
Anna Sakowicz jest literatką w pełnym tego słowa znaczeniu. Ma na swoim koncie kilka wydanych powieści: „Złodziejka marzeń”(wyd.II), „To się da!”, „Niedomówienia”, „Szept dzieciństwa”. Lada moment trafi do księgarń „Żółta tabletka plus".
Pisarka ma swojego bloga Kura pazurem” http://kuradomowa.blogujaca.pl/, który cieszy się ogromną popularnością, bo liczba wyświetleń osiągnęła 5000000, a ilość komentujących pod każdym postem jest imponująca, wzbudzająca zachwyt, zazdrość i pragnienie, by nasze blogi doczekały się takich rezultatów.



















Teraz nastąpi .... MERITUM
      Dziesiątego maja bieżącego roku przeczytałam fragment utworu „ Miłość to same problemy”. Może dlatego, że czytałam środek, bo utwór składa się z XVIII części i epilogu, a być może z innych powodów, nie padłam na kolana. Dałam temu wyraz w komentarzu. Jednak gdy dobrnęłam do końca, to zapragnęłam poznać inne opowiadanka. Cofnęłam się do roku 2008, w którym to Anabell założyła bloga pod tytułem „Procontra” http://procontra-anabell.blogspot.com/. Sama autorka była mi znana z innego swojego miejsca w blogosferze „Nic specjalnego” http://cobytujeszcze.blogspot.com/.  Bardzo sobie cenię wiedzę, intelekt, kulturę osobistą wyżej wspomnianej i chętnie czytuję(czasami komentując) jej posty popularne i popularno-naukowe.  Na "Procontrze" wyszukiwałam tylko "literackie" teksty, pierwszy znalazłam pod datą maj 2009 i nosił tytuł „Klara”, składał się z 5 odcinków. Od tamtego momentu naliczyłam 84 tytuły, przy czym wiele z nich ma po kilka lub kilkanaście części.. Z ogromną przyjemnością i wprost z wypiekami na twarzy czytałam te, które nazwałam „autobiograficznymi”, bo można było się z nich dowiedzieć trochę o autorce i Jej przodkach, ale także o historii, społeczeństwie i obyczajowości od lat przedwojennych począwszy a na najnowszych skończywszy. Nie ukrywam, że o wielu faktach opisanych nie wiedziałam, bo nie znajdziemy ich w podręcznikach historii(a jeżeli już to w propagandowej otoczce). Z tego właśnie względu opowiastki te są skarbnicą wiedzy dla ludzi młodszych niż pisząca. Utwory  „Z życia wzięte”, które powstały dzięki opowieściom  znajomych, to druga część jej dorobku.
   Fabuła doskonale umiejscowiona w czasie, wywoływała czasami uśmiech, innym razem rechot(Anabell jest wnikliwą obserwatorką i ma ogromne poczucie humoru), a bardzo często zwilgotnienie oczu. Kiedy rozpoczynałam czytanie, to wydawało mi się, że po skończeniu lektury w całości, będę umiała wskazać, te najlepsze i te najsłabsze. Nic z tego, bo kryteria oceny będą zależały od wrażliwości czytającego.
   Na przeczytanie wszystkich utworków poświęciłam mniej więcej 2 tygodnie, z przerwą kilkudniową na doła, jakiego złapałam 19 maja. Nie jestem krytykiem literackim, korektorem ani polonistką. Na dobrą sprawę nie powinnam się wypowiadać na temat wartości tej twórczości. Mogę jedynie działać w zakresie „podoba mi się bo...”. Nigdy nie zdobyłabym się na ocenę, jaka została przytoczona przez Anabell „ jakaś życzliwa duszyczka napisała mi w mailu, że znęcam się nad ludźmi moimi blogami, bo na jednym, to bredzę i pokazuję jakieś bzdety, a na drugim zadręczam grafomańskimi tekstami”.
    Teksty  pokazują ludzi w różnym wieku, od wykształcenia podstawowego począwszy, a na wyższym skończywszy. Pochodzących ze wsi, małych miasteczek i wielkich aglomeracji.. Dobro miesza się ze złem, głupota z mądrością, chciwość z filantropią. Mniej więcej w połowie czytania zaczęłam zaznaczać, które opowiadania są mi bliskie, bo sama przeżyłam coś podobnego lub znałam ludzi łudząco podobnych do opisanych bohaterów. Kiedy ma się takie odczucia, to można powiedzieć, że teksty są inspirujące, a nie grafomańskie. „Elena” uzmysłowiła mi, że w swojej serii " Był taki taki ktoś” nie napisałam o dziadku ze strony matki i jego bracie, choć miałam to w zamyśle. Natomiast „Spotkanie” wzbudziło tęsknotę za pierwszą miłością z czasów studenckich, a „Miłość to same problemy” oraz „ Przyjaźń i kochanie” przywołało na pamięć przyjaciela ze szkolnej ławy w latach 1963-70. W utworze" Dzieci są radością i dumą” znalazłam taką wypowiedź bohatera „masz szczęście, że to chłopak, dziewczyny bym nie uznał”. Stanęła mi przed oczami scena rozegrana w moim mieszkaniu na ul.Marymonckiej. Kiedy zapytałam ojca swojego dziecka, czy ma propozycję imion dla naszego potomka, którego płeć była wtedy jeszcze nieznana, odparł „jak będzie dziewczynka, to Marika, a jak chłopak to o niczym nie chcę wiedzieć”. Na koniec wyrazy, które mi się spodobały lub zadziwiły, gdyż nie bardzo znałam ich znaczenia: „na pitasa”, „kulman” oraz powiedzonka :„ cóż z tego, że dobrze się trzymam,jak puścić się nie mogę”, "Nie tam czysto, gdzie się często sprząta ale tam gdzie się mało brudzi”.
     Jedna jedyna rzecz jaka mi przeszkadzała w czasie czytania, to drobne błędy stylistyczne. Gdyby wyeliminować w zdaniach następujących po sobie powtórzenia  „...nikomu nie chciało się iść nad morze i siedzieć w palącym słońcu. Nad morze mieli się wybrać po lunchu”( z opowiadania „Taniec” 11.06.2016), to teksty bardzo by zyskały. Anabell w odpowiedzi na ten mój zarzut odpisała, że brak czasu na poprawki. Domyślam się, że swoje opowiadania pisze żywiołowo, być może wprost na blogu, bez stosowania metody brudnopis-korekta-oryginał.
EPILOG
   Od chwili utraty pracy przez mojego syna, nie mam dostępu do książek, które mogłabym przeczytać. Co prawda kilka z nich miałam odłożonych na czarna godzinę, gdy zmęczy mnie blogowanie, a robótki będą niedostępne z powodu bólu stawów. Ale niestety po bardzo krótkim czasie rezygnowałam z dokończenia czytania.




Gustuję w zupełnie innym pisarstwie, bliżej mi do  J.I Kraszewskiego, B. Prusa .
 Może właśnie dlatego, czasu poświęconego na czytanie „Procontry” nie uważam za stracony. Mam głęboką nadzieję, że Ci, którzy przebrną przez mojego posta, zajrzą do Annabell-literatki, być może spodoba im się tam tak jak mnie. To co poza wartościami poznawczymi przekonało mnie, że warto poznać właśnie tego bloga, są liczby(a te nie kłamią):
łączna liczba wyświetleń 182,220,
obserwatorów 52(gdybym umiała zamieścić wśród nich swoją ikonkę, to był o jeden więcej),
komentujących zbyt mało, choć są wśród nich tacy, którzy wpisywali się pod każdym postem, ma więc Anabell swoich wiernych czytelników, do których od dziś zaliczam się.
   Droga Anabell życzę Ci bardzo długich lat życia(wszak któryś z antenatów dożył 90 -tki), które spędź tak jak lubisz: na podróżowaniu, czytaniu, zajmowaniu się craftem( nie znalazłam w google na stronach poświęconych rękodziełu, prac Anabell, by je można było podziwiać), no i bezsprzecznie na spisywaniu życiowych, miłosnych perypetii Polaków.
     Od nadchodzącego tygodnia będę Twoje "drobiazgi" czytywała na bieżąco, w nadziei, że kiedyś być może wydasz drukiem swój zbiór opowiadań. Trzymam za to bardzo mocno kciuki.
* materiały ilustracyjne:okładki książek i zdjęcie Róży Wigeland zaczerpnięte z Google

piątek, 2 czerwca 2017

TAK MAŁO TRZEBA NAM... I



                                                          .


   Tak mało trzeba nam i dużo tak , żeby szczęśliwym być, drugiemu szczęście dać.
    Wystarczy ciepło rąk, muśnięcie warg, wystarczy żeby ktoś pokochał nas.
    Żeby szczęśliwym być i szczęście dać, tak mało trzeba nam i dużo tak.





   Poprzedni post był smutny i przygnębiający. W opisywanym okresie zdarzyły się  również chwile niezwykłe, wywołujące jednocześnie śmiech i łzy szczęścia. Na dwa dni przed Imieninami przyszła przesyłka w małej kopercie. Po otwarciu wypadł z niego odręcznie pisany list(takie cenię sobie bardzo wysoko, bo e-maile są dla mnie bezduszne) i śliczny, drobny prezencik. Był on rewanżem za zrobienie zakładek dla autora bloga http://boja.blog.pl/.
Kto nie zna jeszcze „Kronik Mikołaja Miki”, to gorąco polecam, bo jest to doskonała satyra „w dłuższych majteczkach”.
   Dwudziestego trzeciego maja dostałam wzruszającego e-maila od blogerki :http://iwonakmita.pl/kim-jestem/. Popłakałam się, nie tylko dlatego, że w tym dniu dopadła mnie chandra, przez którą nie składałam życzeń swoim Imienniczkom osobiście tylko drogą elektroniczną. Łzy pociekły z moich piwnych oczu, bo list od Iwony zawierał nie tylko życzenia ale przede wszystkim słowa życzliwości i pocieszenia. Natomiast zaraz po zamieszczeniu posta „Maj” zadzwoniła z propozycją pomocy na wszystkich możliwych płaszczyznach: od znalezienia porządnej przychodni, poprzez dowózkę do lekarza,skończywszy na wypytaniu o oczekiwania mojego syna odnośnie pracy. Był to dla mnie szok, znów okupiony wzruszeniem, gdyż poza najbliższymi(rodzice, siostra, przyjaciółki dwie)nikt nie zaoferował mi tak wiele. Rok temu, dokładnie 14 czerwca Iwona K rozpoczęła blogowanie, zamieszczając pod jedną datą 3 posty. Pierwszy raz odkąd czytam blogi spotkałam się z tak mocnym wejściem. Sama zamierzam pamiętać o Pierwszych Urodzinach Jej bloga. Może i Wy dołączycie się w tym dniu do życzeń dla autorki. Czasami dając Tak Mało, dajemy tak Wiele.
   W Warszawie piękna słoneczna pogoda wprawia w dobry nastrój. Życząc go Wam na cały weekend, wracam do przygotowywania kolejnego posta.