wtorek, 20 listopada 2018

KARTKI BEZ OKAZJI


   Zła passa niestety trwa. We wrześniu zepsuł mi się telefon,którym czasami robiłam zdjęcia na bloga. Miałam do niego odpowiedni kabelek, by móc je przenosić na komputer. Ze swojej pierwszej pensji w nowej pracy syn kupił mi inny telefon, posiada on aparat ale nie mogę zdjęć przenosić na laptopa, bo brak kabelka z właściwą końcówką. Na dokładkę aparat, który jakiś czas temu kupiły mi dzieci, też nawalił. Nie mogę więc zamieścić zdjęć zawartości pewnej koperty, którą na początku listopada przyniósł ze skrzynki syn.
   Gdy to, co było w środku wyjęłam na biurko,to znalazłam pięknie ilustrowany folder promujący dwa miasta:Inowrocław i Ciechocinek. W Ciechocinku byłam raz jako mała dziewczynka, odwiedzenie Inowrocławia pozostaje pragnieniem. Powód wysłania mi tych rzeczy tłumaczy odręcznie napisany przez Jotkę list,którego treść pozwolę sobie przytoczyć, mając nadzieję,że nadawczyni wybaczy mi naruszenie tajemnicy korespondencji:
”ponieważ spotkało Cię ostatnio wiele przykrości, a i zdrowie nie zawsze rozpieszcza, postanowiłam zaangażować sympatyczne uczennice z klasy VIII, by wykonały specjalnie dla Ciebie karki bez okazji...,ale z serca, więc może poprawią Ci nastrój i pomyślisz o nas ciepło. Pozdrawiamy serdecznie z czytelni naszej biblioteki.”
   Do listu dołączone były kartki 20 x 14 cm wykonane z papieru kredowego, przyozdobione odręcznymi rysunkami serduszek, kwiatków i na jednej uśmiechniętej buźki. Nieco więcej trudu zadała sobie panienka, która z czasopisma wycięła ozdobne litery i ułożyła z nich moje imię. Na tych białych, połyskujących stroniczkach zapisano sentencje, które( zdaniem dziewcząt dokonujących ich wyboru), miały mi poprawić nastrój i pozytywnie nastawić do świata. Podobno dziewczęta były bardzo przejęte wyszukiwaniem cytatów. Okazało się, że nie tylko one, mój syn gdy zobaczył, co zawiera koperta, powiedział „jakie to miłe”. I tak rzeczywiście było, poczułam się wyróżniona, wyjątkowa i szczęśliwa. Na jedną krótką chwilę zapomniałam o kłopotach. Ponieważ  nie odpowiedziałam natychmiast na tak uroczą niespodziankę, niechaj ten post, będący opowieścią o bezinteresowności, dobroci i empatii młodych ludzi,stanie się zarazem podziękowaniem dla nich.
Przytoczę nadesłane myśli, bo może będą one inspiracją i refleksją dla innych czytających.

KSIĄŻKI SĄ LUSTREM:WIDZISZ W NICH TYLKO TO, CO JUŻ MASZ W SOBIE.

SZCZĘŚLIWI CI,KTÓRYM DANE JEST MIEĆ KOGOŚ,NA KOGO ZAWSZE MOGĄ LICZYĆ.

CZASEM NAJGORSZE RZECZY, KTÓRE NAM SIĘ PRZYTRAFIAJĄ, PROWADZĄ NA ŚCIEŻKĘ DO TYCH NAJWSPANIALSZYCH.

CIESZ SIĘ...MAŁYMI RZECZAMI
RÓB... TO, CO CIĘ USZCZĘŚLIWIA
ŚMIEJ SIĘ TYLE ILE ODDYCHASZ
KOCHAJ ...TAK DŁUGO JAK ŻYJESZ
ŻYJ...TAK ABY NICZEGO NIE ŻAŁOWAĆ
TAŃCZ JAKBY NIKT NIE PATRZYŁ

CAŁA RADOŚĆ ŻYCIA W TWORZENIU

RADOWANIE SIĘ Z NICZEGO TO PRAWDZIWA RADOŚĆ

W OCZACH TKWI SIŁA DUSZY

NAJPIĘKNIEJSZYCH CHWIL W ŻYCIU NIE ZAPLANUJESZ. ONE PRZYJDĄ SAME.

BYĆ RADOSNYM I DOBRYM,KIEDY ŚWIAT JEST SMUTNY I ZŁY, TO DOPIERO ODWAGA.

OPTYMIŚCI ŻYJĄ DŁUŻEJ
UŚMIECH OTWIERA LUDZKIE SERCA

   Próbowałam za pomocą Google znaleźć autorów tych mądrych,pięknych słów. Nie udało mi się niestety. Biorąc sobie głęboko do serca pierwszą myśl,mówiącą o mocy książek, postanowiłam odwołać się do tych, którzy od wieków zamieniają słowa w wersy, strofy, poematy, by przynosić ludziom ulgę, radość i wzruszenie.


Znalezione obrazy dla zapytania kartki okolicznościowe

ABY PRZEBRNĄĆ PRZEZ ŻYCIE, NALEŻY WZIĄĆ ZE SOBĄ W DROGĘ ZNACZNY ZAPAS OSTROŻNOŚCI I WYROZUMIAŁOŚCI: PIERWSZA CHRONI PRZED SZKODĄ I STRATĄ, DRUGA PRZED SPOREM I KŁÓTNIĄ.(Szopenhauer)


Znalezione obrazy dla zapytania kartki okolicznościowe




ŻYCIE LUDZKIE NA POZÓR 
TO ZWYKŁY KAWAŁ,
LECZ ON  NIE  JEST TAK PROSTY, 
JAK  BY SIĘ ZDAWAŁO.(Boy)







Znalezione obrazy dla zapytania kartki okolicznoÅ›ciowe LUDZIE SĄ JAK DZIECI,
STAJĄ SIĘ NIEGRZECZNI,
 KIEDY SIĘ ICH ROZPIESZCZA;
DLATEGO NIE WOLNO BYĆ 
WOBEC NIKOGO
 ZBYT USTĘPLIWYM I MIŁYM. (Szopenhauer)








Znalezione obrazy dla zapytania kartki okolicznościowe

NIE TRAĆCIE GŁOWY! ŻYCIE CHCE WAS PO NIEJ POGŁASKAĆ(Lec)
Znalezione obrazy dla zapytania kartki urodzinowe


CÓŻ ZA ŻÓŁTODZIOBEM JEST CZŁOWIEK,
CO SIĘ ŁUDZI,ŻE PRZEJAWIAJĄC
INTELIGENCJĘ I ROZUM,
ZDOŁA PRZYPODOBAĆ SIĘ TOWARZYSTWU!(Szopenhauer)





Znalezione obrazy dla zapytania kartki urodzinowe







TRZEBA MIEĆ DUŻO CIERPLIWOŚCI BY SIĘ JEJ NAUCZYĆ(Lec)


Znalezione obrazy dla zapytania kartki okolicznościowe



PRZYKRE W MIŁOŚCI JEST TO, ŻE JEST TO ZABAWA,W KTÓREJ NIE MOŻNA OBEJŚĆ SIĘ BEZ WSPÓLNIKA.(Boy)









Znalezione obrazy dla zapytania kartki okolicznościowe


  GDY COŚ MNIE NADTO WZRUSZY
  LUB SERCE MI PODRAŻNI
  CHOWAM SIĘ PO USZY
  DO SWOJEJ WYOBRAŹNI (Boy)



Znalezione obrazy dla zapytania kartki urodzinowe                                       
                                          




    ZANIM SIĘ OPAMIĘTASZ,
    KOŁYSKA, OŁTARZ, CMENTARZ -
    I ROBISZ SMUTNE ODKRYCIE,
    ŻE TO JUŻ CAŁE ŻYCIE.(J.I.Sztaudynger)





   Mam nadzieję, że ulubieni autorzy, których przytoczone mądrości stanowią w pewnej mierze mój życiowy katechizm, spodobają się nie tylko uczennicom klasy 8 a  Szkoły Podstawowej nr 6 w Inowrocławiu, którym post ten dedykuję, dziękując za radość jaką mi sprawiły.



*zdjęcia kartek zaczerpnięto z Grafika Google

wtorek, 13 listopada 2018

NIESZCZĘŚCIA CHODZĄ STADAMI

   Moje wrześniowe perypetie z lekarzami nie skończyły się wraz z ich opowiedzeniem na blogu. Przepisane leki trochę pomogły ale po dwóch tygodniach Wyprysk potnicowy powrócił na dłonie, a zaczerwienienia na przedramieniu i udzie nie zniknęły. Zgodnie z zaleceniem lekarza-konsultanta, moja synowa poszła po 3 tygodniach do Przychodni przy Szpitalu Bielańskim z moim skierowaniem do Poradni Alergologicznej. Wystała się w ogromnej kolejce ponad godzinę, by dowiedzieć się, że z powodu błędów(brak kodu i pieczątki pod nim oraz rozpoznania-bo wyprysk potnicowy wpisany nie jest jednostką chorobową), nie może mnie do wspomnianej przychodni zarejestrować. Nawet gdyby skierowanie nie posiadało wymienionych uchybień, to termin wizyty przypadłby na marzec 2019 roku. Po nowe, właściwie wypisane skierowanie nie bardzo ma kto pojechać. 
    Po ponad dwóch latach bezrobocia syn znalazł w sierpniu pracę. Cała nasza trójka cieszyła się, jakby każde z nas Pana Boga chwyciło za nogi. Radość jednak była krótka, bo na początku września pracę straciła synowa i mocno się podłamała. Wiara młodych, że zaczną wychodzić na prostą, pierzchła, a i moje plany musiały ulec zmianie.
Wózek zakupiony przez siostrzenicę
    Na początku października do mieszkania wkroczyła moja siostra i tonem nie znoszącym sprzeciwu oznajmiła: moja córcia znalazła na allegro czy olx wózek dla Ciebie. Będziesz musiała poczekać kilka dni, bo muszą go przywieźć z Poznania. Zamurowało mnie, bo ani z nimi o nowym wózku nie rozmawiałam, ani o niego nie prosiłam. Stwierdzenie, że dostanę go od nich w prezencie na Gwiazdkę, było tyle miłe, co krępujące. Nie bardzo wiedziałam skąd wezmę pieniądze na gwiazdkowe prezenty dla 5-osobowej rodziny siostry. Z nimi bowiem jest trudna sprawa, gdyż mają zwyczaj obdarowywać się drogimi prezentami, więc jakiś drobiazg ode mnie byłby raczej przedmiotem kpin za moimi plecami. Żadne szydełkowe serwetki czy inne wyroby nie znalazłby w ich oczach uznania. Nadmieniłam tylko, że mam nadzieję, iż nie zapłacą za wózek dużo, bo nowy w sklepie ze sprzętem rehabilitacyjnym kosztuje 600 zł. Syn interesował się sprawą, gdy tylko okazało się, że małe lewe kółko się blokuje, a siedzisko z jednej strony jest oberwane. Trzy dni później siostra z siostrzenicą wkroczyły do domu prowadząc zakupiony sprzęt. Zatkało mnie kolejny raz,miałam przed sobą wózek nowiuteńki i było widać, że musiał być drogi nawet jeżeli był odkupywany od kobiety, która nabyła go dla swojego męża po wylewie. Niestety mężczyzna zmarł, a więc z wózka nie zdążył skorzystać. Nie wiem czy to przez czarny kolor tapicerki, czy z racji wymiarów wózek wyglądał na duży i ciężki. Takie były moje pierwsze przemyślenia gdy go zobaczyłam. Zastanawiałam się czy przejadę nim w najwęższych miejscach mojego mieszkania. W starym wózku zlikwidowałam z tego powodu podnóżki, bo ocierały się o sprzęty. Poza tym gdy tego dodatku nie ma łatwiej mi się siada, bo nie zaczepiam o nic nogą czy nogawkami spodni.         Moja siostra skupiła się na dodatkowych gadżetach:na pasku przypinającym w biodrach do siedzenia(żebym nie wypadła, jak oświadczyła), na stoliczku, na którym mogłam jeść i przedłużonych plecach, zakończonych podgłówkiem, by łeb mi nie latał na boki w czasie jazdy.Do wyposażenia należały także poduszka na siedzeniu, dodatkowe tylne kółeczka doczepiane w razie potrzeby, tylne hamulce, pompka, zestaw kluczy i instrukcja obsługi. Dodatki w foliowej torebce siostra położyła na stole, stojącym na tyle daleko od kanapy, na której siedziałam, że nie mogłam po to sięgnąć, by zaznajomić się ze sprzętem przynajmniej teoretycznie. Stary wózek siostra chwyciła i powiedziała:"wyrzucę, bo swojego synka się nie doprosisz". Kolejny przytyk pod adresem K.J sprawił mi przykrość. Ja wiem, że syn jest trudnym człowiekiem, bo sama kilka postów napisałam o jego postępowaniu, ale nie znoszę atakowania kogokolwiek bez powodu. Teraz złośliwość też nie musiała być wypowiedziana. Kiedy panie wyszły, siedziałam i patrzyłam na prezent gwiazdkowy, nie umiejąc się cieszyć. Wewnętrzny głos w środku, mówił mi, że będzie z jego powodu niezła chryja.         
Tak wygląda wózek bardzo podobny do
obecnie używanego, tylko w moi nie ma
wysokiej poduszki na siedzisku
 Kilka godzin spędziłam bez jedzenia i picia, a pęcherz chciało mi rozwalić, bo bałam się spróbować usiąść na to cudo. Przez podnóżki nie mogłam blatu małego stolika, znajdującego się przy kanapie, wsunąć pod siedzenie, by w ten sposób prawą stronę wózka zablokować bokiem stolika, a pod lewe koło wsadzić stopę zdrowszej nogi i wspierając się na podłokietnikach, wstać z kanapy. Dlatego prosiłam żeby siostra nie wynosiła starego,bo on gwarantował mi możliwość poruszania się do czasu aż nie oswoję się z nowym sprzętem. Wieczorem syn ledwo wszedł ,usłyszałam "a cóż to za rydwan kupili Ci, tylko konia brakuje". Chciałam złagodzić jego negatywną reakcję i nieśmiało odparłam, że to tylko tak wygląda, że jak wróci ze spaceru z psem, poczytamy instrukcję i zobaczymy jak zdjąć podnóżki oraz przedłużenie pleców z podgłówkiem. Syn usiadł na wózek i próbował nim wyjechać z pokoju. Twierdził, że siedzenie jest umieszczone wyżej niż w starym i mogę mieć kłopot z siadaniem, a duże koła jego zdaniem były mocniej cofnięte do tyłu i by nimi poruszać, muszę w sposób nienaturalny wykręcać ręce. Według niego był to typowy wózek leczniczy do przewożenia osób nie mogących jeździć nim samodzielnie. Po powrocie ze spaceru nie dowiedziałam się, co syn powiedział mojej rodzinie na temat prezentu, gdyż tuż za nim wkroczyły obie panie z minami jak chmury gradowe. Siostra chwyciła wózek, położyła na nim dodatkowe elementy i mówiąc "to jest bardzo drogi wózek" zaczęła wyjeżdżać z pokoju. Zanim dotarła do drzwi wejściowych, zahaczyła podnóżkami o szafkę na buty. Wykorzystał to mój syn mówiąc "to ciociu miałem na myśli, twierdząc,że  nie nadaje się do tego mieszkania". W odpowiedzi usłyszał "szafkę można zlikwidować". W tym momencie nie wytrzymał i zapytał "a lodówkę też mam matce wyrzucić, bo nie wjedzie nim do drugiego pokoju?". Odpowiedziało mu trzaśnięcie drzwi, a ja już wiedziałam że na pomoc siostry i jej rodziny w jakiejkolwiek innej sprawie nie mam co liczyć. Mój mózg i ciało ogarnął kac moralny. Rozumiałam dobre intencje siostry, ale w tym przypadku sprawdziło się porzekadło "dobrymi chęciami, piekło jest wybrukowane". Uważam, że gdy rodzina podjęła decyzję o sprezentowaniu mi wózka, to siostrzenica powinna była przyjść pokazać mi go i pozwolić wyrazić swoje obiekcje. Ja chciałam mieć najzwyklejszy wózek byle był funkcjonalny, zwrotny i niedrogi. Na szczęście nikt nie zabrał starego ze zsypu, gdzie go postawiła moja siostra. Ponieważ sugestia syna żeby zakupiony wózek wstawić do sklepu rehabilitacyjnego i spróbować sprzedać, a odzyskane pieniądze przeznaczyć na właściwszy, spotkała się z warknięciem " wystawię na olx", to następnego dnia i przez kilka następnych  wchodziłam na tę stronę. Sprawdziłam też ile taki wózek kosztuje i włosy dęba mi stanęły-nowy wyceniony jest na 3000 zł, a za taką kwotę można kupić 5 po 600. Nawet przyjmując, że sprzedający chciał połowę kwoty, to i tak była ona dla mnie kolosalna. Nie wiem, co kierowało rodziną, że dokonała takiego zakupu.Chęć pokazania, że ich stać? Z moim dobrem i wygodą niewiele to miało wspólnego. Możecie pomyśleć, że jestem niewdzięczna, bo zamiast docenić starania siostry, ja wybrzydzałam i skonfliktowałam się z najbliższymi. Wierzcie mi, że z wózka używanego w dobrym stanie, spełniającego wymóg wielkości pozwalającej poruszać się swobodnie po domu, byłabym tak samo rada jak z tego jaki mi został ofiarowany. Według parametrów podanych na stronie,  nowy wózek jest dłuższy o jakieś 20 cm, siedzisko jest szersze o 6 cm i jest cięższy o 7 kg. Komuś, kto nie musi korzystać z takiego sprzętu różnice mogą wydawać się nieistotne. W moim przypadku  obecnym wózkiem ledwo się mieszczę przy wejściu do kuchni, bo z przodu stoi lodówka najbardziej wychodząca na przedpokój.  Szerokość też ma znaczenie właśnie w tym pomieszczeniu, bo wolny środek jest szerokości około 50 cm, i to w miejscu, gdzie do przodu nie jest wysunięta kuchenka, która znacznie tę przestrzeń zmniejsza. Opisałam wam w jaki sposób wstaję z kanapy. Gdy jestem w pozycji stojącej, muszę wózek wysunąć spod blatu stolika i obrócić do siebie przodem, żeby usiąść. Ponieważ obie ręce mam zajęte trzymaniem się , to wózek do obrotu przesuwam biodrem. Dlatego też te 7 kg różnicy w wadze ma znaczenie. Co prawda piękny wózek się składa, ale nie miałam możliwości sprawdzenia, czy większa długość i szerokość pozwalałyby schować go do bagażnika przeciętnej taksówki, gdybym musiała gdzieś jechać. Zamawianie specjalnego transportu dla osób niepełnosprawnych, mogłoby się wiązać z dodatkowymi, większymi kosztami, a tego moja rodzina chyba nie wzięła pod uwagę. Kiedy obiecywałam notkę " DAROWANEMU KONIOWI..." pragnęłam opisać historię z wózkiem, bo wydała mi się ona kuriozalna, a przez to trochę śmieszna. Po dłuższym zastanowieniu chciałam jednak z tego pomysłu zrezygnować, bo jakby na to nie patrzeć,  ja i ta moja rodzina jakoś dziwacznie wypadamy. Zbliża się jednak grudzień, kiedy to na Mikołajki czy Gwiazdkę będziemy kupować bliskim i znajomym prezenty. Niechaj ta opowieść skłoni was do głębszej refleksji, czy wybrany przez was prezent przypadnie do gustu obdarowanemu. Czy będzie on radosną pamiątką uroczych chwil, czy może kłopotem?
      Obiecuję, że następna notka będzie radosna, a to za sprawą Jotki i uczennic z klasy 8a inowrocławskiej szkoły.

niedziela, 14 października 2018

FATALNY WRZESIEŃ




Początek miesiąca
   Są ludzie wierzący w pecha, moja sąsiadka uważa, że dla niej lata zawierające 7-kę takimi są. Czy uznam, że wrzesień będzie dla mnie takim szczególnym miesiącem? W pierwszych jego dniach zaczęłam się źle czuć: bóle mięśni, gardła, katar, ogólne osłabienie. Ponieważ pójście do lekarza, to w obecnej chwili dla mnie ogromny wysiłek fizyczny i psychiczny, postanowiłam walczyć z niedomaganiem sama. Sprawdzony w czasie wcześniejszych przeziębień syrop, walczył z kaszlem. „Amol” wcierany w bolące mięśnie i wdychany w postaci inhalacji pomógł na gardło i obolałe ciało.Do tego gorące mleko z miodem, masłem i czosnkiem.  Po tygodniu zaczęłam czuć się lepiej, ale wtedy na dłoniach pojawiły się pęcherzyki wypełnione płynem i bardzo swędzące. W ciągu ostatnich dwóch lat takie wykwity pojawiły się trzeci raz. Przy poprzednich dwóch poradziłam sobie używając mydła siarkowego i maści. Sadziłam, że tym razem też mi się uda. Po kilku dniach, gdy pęcherzyki zaczęły przysychać pojawiło się rozległe zaczerwienienie na lewym przedramieniu. Niestety po dalszym tygodniu takie samo wystąpiło na udzie. Dopiero jednak spuchnięcie lewej ręki uświadomiło mi, że bez lekarza się nie obędzie.
   25 września, gdy syn wrócił z pracy zażądałam, by zawiózł mnie na SOR Szpitala Bielańskiego,który znajduje się najbliżej miejsca zamieszkania. Pierwszy raz miał mnie zwieźć na wózku po schodach wiodących od windy do wyjścia z klatki. Sprowadzał mnie tyłem po deskach, które matkom z małymi dziećmi pomagają zjechać. Poszło całkiem sprawnie. Nawet moje wejście do taksówki odbyło się bez większego stresu. Co prawda wieziono nas do szpitala okrężną drogą, co wprawiło mojego syna we wściekłość, ale ja byłam szczęśliwa, że dotarliśmy na miejsce. Jak na złość okazało się, że lewe małe kółko wózka się blokuje i prowadzenie wózka było bardzo trudne. Po wypełnieniu wniosku i złożeniu go w rejestracji, urzędująca w okienku pielęgniarka zaprowadziła  nas pod gabinet. Okazało się jednak, że rozpoczęła się zmiana lekarzy i musimy czekać, aż nocny personel zacznie przyjmować. Po kolejnych dwóch godzinach, zniecierpliwiony syn poszedł zapytać kiedy będzie nasza kolej. Powiedziano mu, że lekarz odmówił przyjęcia, ale o powód mieliśmy zapytać chirurga. Podjechaliśmy pod gabinet, a lekarz ledwo spojrzał na spuchniętą i zaczerwienioną dłoń i zawyrokował:”dermatologia MSW lub Koszykowa". Syn próbował coś wskórać, by nas nie odsyłano,ale pan doktor odwrócił się na pięcie i tyle go widziano.
   K.J był wściekły na maksa, a ja czułam się bezradna. Nie wiedziałam czy 70 zł,które mieliśmy w portfelu wystarczy na taxi do szpitala i powrót gdyby się okazało, że hospitalizacja jest niepotrzebna. Zadecydowałam się jechać do domu, bo było późno, ciemno. Gdy podjechaliśmy pod nasz blok (tym razem najkrótszą trasą),wysiadając z taksówki nie trafiłam w wózek i upadłam na chodnik. Chcąc pomóc synowi w podniesieniu mnie , oparłam się na bardziej chorej nodze. Udało się posadzić mnie na wózku i wjechaliśmy do klatki. Transportowanie na górę okazało się trudniejsze niż zwożenie. Nie powiodło się wciąganie, a wpychanie przodem zakończyło się w połowie schodów. Zmęczony i poirytowany syn wykrzykiwał, że nie jest Pudzianem. Ja bałam się, że za chwilę wylegną na klatkę sąsiadki, przy czym żadna nie byłaby w stanie pomóc synowi, bo obie mikrej budowy. Przytrzymując się poręczy, wstałam wierząc, że pozostałe schody pokonam na nogach. Gdy postawiłam prawą nogę na stopniu, poczułam przeszywający ból od ścięgna Achillesa aż po kolano. Syn na siłę podniósł mi lewą nogę i postawił na wyższym stopniu. Jednak na prawą nogę nie mogłam przenieść ciężaru ciała, by zrobić kolejny krok. Pomyślałam, że rzucę się do przodu, uchwycę wózek i w ten sposób syn zawlecze mnie do windy. Zamiast na wózku, wylądowałam na kolanach co spowodowało wściekłość mojej latorośli, bo wiedział, że nie ma siły by mnie znów sadzać.  A ja chciałam jak najszybciej uciec, więc na czworakach dowlokłam się do winy, z której na naszym pietrze syn wyciągnął mnie za nogi, a do domu  trzymając pod pachy. Tak zakończył się ten dzień. Dzięki tym wydarzeniom zrozumiałam niechęć syna do wyprowadzania mnie na spacer. Z drugiej jednak strony zastanawiałam się jak z tym problemem radzą sobie inni, którzy mają w rodzinie osobę na wózku. 

Dwa dni później

   Środę spędziłam na ustalaniu czy do dermatologa trzeba mieć skierowanie i gdzie znajduje się najbliższy specjalista. Regenerowałam też nadszarpnięte siły fizyczne. Opuchnięta ręka i zaczerwienienia okazały się niczym przy bolącym Achillesie. Podejrzewałam, że przy upadku przy wysiadaniu z taksówki,mogłam skręcić stopę i stąd ta niespodziewana dolegliwość. Moja siostra uważała, że powinnam pojechać wieczorem na Koszykową, gdzie odsyłał mnie lekarz z SOR-u. Nie dał skierowania,  więc obawiałam się, że mogę zostać odesłana z kwitkiem. Zgodziłam się na propozycję syna, by pojechać do przychodni. Było to o tyle logiczne, że skończyły mi się leki na nadciśnienie, mogłam przy okazji załatwić dodatkową receptę.  O szóstej rano w czwartek synowa wystała numerek do lekarza. Tym razem zwożenie mnie było nieudane. Zaczęłam lecieć na łeb na szyję, bo syn mnie nie utrzymał. Nie chcąc go przygnieść sobą i wózkiem, chwyciłam się poręczy. Dobrnęłam do końca schodów z krwawiącą ręką, bo metalowa poręcz pozbawiona była plastikowej osłony.
   W przychodni okazało się, że lekarka na którą trafiłam jest pediatrą. W tym momencie umarła we mnie nadzieja, że będę mogła się do niej przepisać na stałe jako lekarza pierwszego kontaktu, bo z dotychczasową nie dogadywałam się od pierwszej chwili. Sympatyczna pani doktor obejrzała dłonie i inne objęte chorobą części ciała. Podejrzewając podobnie jak ja, że zaczerwienienia mogą oznaczać różę, wypisała skierowanie do szpitala zakaźnego na ulicę Wolską.
   Gdy wyjeżdżałam z domu do przychodni była godzina 14.00 i syn powiedział żebym nie brała kurtki, bo jest ciepło. Po dojechaniu do szpitala byłam pewna, że mnie w nim zatrzymają, więc gdy czekanie na badanie lekarskie się przedłużało, a syn zaczął się niecierpliwić, odesłałam go do domu.
O godzinie 17.00 wypisano mnie ze szpitala i skierowano do Szpitala Dzieciątka Jezus na konsultację dermatologiczną. Po kilku godzinach czekania stanęło przede mną dwóch sanitariuszy Pogotowia. Jeden wysoki i bardzo chudy, drugi o głowę mniejszy i też nie będący okazem wielkiej krzepy, chociaż był sprytny i wygadany. Gdy okazało się, że sama nie wsiądę do karetki, a nóg też nie podniosę tak wysoko, by znalazły się wewnątrz samochodu, przechylono wózek tak, że głowa znalazła się bardzo nisko, a ja omal nie nakryłam się nogami. Było to działanie tak zaskakujące, że żołądek i serce podskoczyły mi do gardła. Znajdujący się wewnątrz samochodu chłopak chwycił mnie pod pachy, postawił w pion i przechylając bezwładnym ciałem raz w prawo raz w lewo dotransportował na najbliższe siedzenie. Gdy znaleźliśmy się przed szpitalem i otworzyli boczne wejście, zobaczyłam że wózek znów znajduje się w dziwnym pochyleniu. Bałam się,że ten mniejszy sanitariusz nie podniesie mnie, a już na pewno nie utrzyma by posadzić na wózek. Oczami wyobraźni widziałam jak nie mogąc się niczego złapać rękoma i nie potrafiąc zaprzeć się nogami, lecę do tyłu siłą bezwładu, a wózek nieutrzymany przez drugiego młodzieńca ląduje na chodniku. Byłam zesztywniała z przerażenia. Powiedziałam, że na tak ustawiony wózek nie wsiądę. Wtedy chłopak znajdujący się w środku powiedział „to proszę wstać i wysiąść”. Oboje wiedzieliśmy, że żądanie jest absurdalne. On pewnie uważał, że w tych okolicznościach zgodzę się na ich rozwiązanie. Ja tymczasem odparłam „nie ma sprawy”, zdjęłam torebkę przewieszoną przez tors i rzuciłam na podłogę, po czym zsunęłam się z siedzenia. Nie mogłam poranionymi rękami wesprzeć się, by przesunąć ciało jak najbliżej wyjścia. Poprosiłam tego stojącego na ulicy, by postawił wózek na chodniku, a mnie pociągnął za zdrowszą nogę jak najbardziej do siebie. Gdy moje pośladki znajdowały się na krawędzi wyjścia, złapałam się lewą ręką wózka i zaczęłam się zsuwać tak, by stanąć na chodniku jedną nogą. W momencie, gdy to się udało, sanitariusz chwycił mnie w pasie i pomógł usiąść na wózku.Nie zaobserwowałam reakcji sanitariusza stojącego wewnątrz samochodu, bo byłam do niego tyłem. Natomiast wyraz twarzy tego drugiego -bezcenny.  Akcja „wstań i wyjdź” została pomyślnie zakończona.
 Zanim trafiłam do gabinetu lekarki, pokonać musieliśmy kilka schodów, ale we dwóch dali sobie radę:jeden wciągał, a drugi podnosząc przód pomagał pokonać stopnie. Piszę o tym, bo każde spostrzeżenie poczynione w czasie tych opisywanych dni pozwoliło mi zrozumieć parę spraw,których nie uświadamiałam sobie wcześniej.
Konsultacja trwała krótko, ale na szczęście dla mnie lekarka była bystra i zapytała czy sanitariusze odwiozą mnie do domu. Ponieważ okazało się,że ich zlecenie było tylko w jedną stronę, to na kolejny transport musiałam czekać dwie godziny. Były to bardzo trudne chwile. Zaczynało mi być zimno, nie miałam ze sobą picia ani jedzenia. Siostra chciała żebym informowała ją o wynikach poczynań, nalegała że przyjedzie po mnie taksówką.  Ja wiedziałam, że nie pokona w pojedynkę schodów w szpitalu ani u mnie w klatce. Przykro mi było, gdy wyzłośliwiała się na mojego syna, że " nie jest taka jak on i sobie poradzi". Postanowiłam, że jeżeli karetka jest już zamówiona, to będę czekała aż do skutku. Tym razem stanęło przede mną dwóch blondynów średniego wzrostu i słusznej postury. Karetka okazała się samochodem osobowym, ale wsadzenie mnie do niego na wózku też było niemożliwe. Panowie, z których jeden był małomówny i miał na imię Gerard okazali się super sympatyczni. Położyli mnie na noszach, a później wsunęli je ze mną do karetki. Po drodze ten drugi, nieznany z imienia, zabawiał mnie rozmową i nawet trochę żartowaliśmy.  Po przyjeździe pod dom, odprowadzili pod same drzwi. Moja wycieczka po szpitalach dobiegła końca.
   Zażywałam przepisane leki, smarowałam się zaleconą maścią. Opuchlizna zeszła, dłonie się wygoiły. Co prawda zaczerwienienia zbladły ale jeszcze nie zniknęły. Co powoduje takie zmiany skórne wyjaśnią pewnie badania, bo dostałam skierowanie do Poradni alergologicznej. Na dłuższy czas mam dosyć atrakcji. Siostra i jej rodzina obraziła się  na mnie i na mojego syna. O powodzie takiego stanu rzeczy opowiem we wpisie „Darowanemu koniowi...”.
   Jestem jeszcze nie w pełni sił, ale wzmacniam się jak mogę i mam nadzieję, że już niedługo powrócę do czytania ulubionych blogów. Póki co pozdrawiam.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

BARDZIEJ LUB MNIEJ ZNANI-" rzeźbiarz i Jego muza"

        Niniejszy tekst dedykuję Jadwidze Śmigierze, autorce książek „Zwariowałam”, „Nadal waruję”, „Moje warszawskie zwariowanie”. Lektura ich dostarczyła mi wielu wzruszeń oraz była inspiracją dla postu. Cenne wskazówki i uwagi autorki, były bardzo pomocne przy opracowaniu notki.

    Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o życiu dwojga ludzi. Jest to historia, w której pasja tworzenia łączy się z miłością, oddaniem i poświęceniem. Zawsze zachwycali mnie ludzie mądrzejsi i zdolniejsi ode mnie, którzy wykorzystując własne walory, potrafili stworzyć coś dla dobra wszystkich.

"Dziewczynki, nazrywajcie stokrotek, to zrobię wam wianki.[...]Gdy skończyła,zawołała córeczki i założyła im je na główki. Wyglądacie jak królewny. I jesteście najpiękniejsze na świecie"*
ZOFIA MACHOWSKA(1916-2009) , była pedagogiem., córką Legionisty odznaczonego Orderem Virtuti Militari. Dzieciństwo upłynęło Jej w „dużym drewnianym domu, ale na wysokiej podmurówce. Przed domem był duży ogród.”* Potem okupacyjna młodość i narodziny pierwszej córki. O dramatycznych losach Zofii i jej męża pasjonująco opowiada Jadwiga Śmigiera w „Zwariowałam” na s.11-12 i w „Nadal wariuję” s.11-12. Aż nadszedł koniec wojny, przyjazd do zniszczonej Warszawy, w której na świat przyszła młodsza córka. Uczyła młodych ludzi, w tym swoje córki, poprawnej polszczyzny, lekkości pisania, ciekawości świata i ludzi. Była matką, wyplatającą wianki, szyjącą sukienki dla tych, które były całym jej życiem i całym światem. „Była bardzo mądra. Ale taką mądrością wewnętrzną, nierzucającą się w oczy. Bardzo mało mówiła. Pozwalała mówić innym. Ona tylko słuchała, bo umiejętność słuchania, to wielka sztuka.”**Była kobietą wesołą, kochającą, potrafiącą stworzyć rodzinie szczęśliwy, bezpieczny dom.„Zosieńka, nie ta uzdolniona, ani wyjątkowo piękna. Chociaż przez pewien czas była muzą w życiu zdolnego rzeźbiarza. A także modelką, bo jej twarz jest uwieńczona w kilku rzeźbach**. Najbardziej lubiła stokrotki i odczytywała pogodny dzień z gwiazd .Stokrotko malutka, Mamusiu moja, którą gwiazdką teraz jesteś?*. Bardzo trudno jest być żoną artysty, bo bez względu na to czy jest on rzeźbiarzem, aktorem czy literatem, większość z nich to, egocentrycy o niespokojnym duchu. Talent połączony z nadwrażliwością i trudnym charakterem sprawia, że nie są łatwymi partnerami życiowymi. Żeby móc sprostać wygórowanym oczekiwaniom artysty trzeba być nie tylko mądrym, ale i cierpliwym oraz zapobiegliwym „zawsze sobie coś zostawiała na potem. Było to związane z jej trudnym życiem i z tym, że nigdy nie dojadała. A jak już była wreszcie syta, szczęśliwa i spokojna, to ciągle jednak bała się, że tamte złe dni wrócą. I chciała mieć zachomikowaną czekoladę, albo kartonik z soczkiem, aby móc po nie sięgnąć, gdy zajdzie taka potrzeba”.* Dożyła pięknego wieku, miała możliwość nauczenia wnuka lepienia ruskich pierogów. Jej prawnuki Szczerbaty i Pytalski mogli wysłuchać bajki o „jednym takim królu, który lubił słowiki”.*
    Zdaniem tych, którzy Go znali był utalentowanym i bardzo płodnym twórcą. Przedstawiam rzeźbiarza i malarza na podstawie informacji zaczerpniętych z „Wikipedii”, książek Jadwigi Śmigiery i innych źródeł, wykazanych przy danym cytacie. Materiał ilustracyjny zaczerpnęłam z Google-Grafika.

 I nagle wrócił...Szedł śpiewając coś pod nosem. Na plecach niósł sztalugi, w rękach pędzle i farby..."*


LEON MACHOWSKI (1916-1988)-artysta rzeźbiarz i malarz.Urodził się w Rzeszowie , o którym z wielkim sentymentem pisze J.Śmigiera w rozdziale „Paniaga” -„w tamtejszej gwarze oznacza nazwę dawnej ulicy Pańskiej. Po wojnie ulica ta otrzymała miano 3 Maja. Aktualnie jest deptakiem i najbardziej reprezentacyjną ulicą miasta”. ** W roku 1939 ukończył Akademię Sztuk Pięknych im Jana Matejki w Krakowie. Otrzymał stypendium na studia we Włoszech, ale planów tych nie zrealizował ze względu na wybuch wojny. Odbył służbę wojskową w Pułku Strzelców Podhalańskich, gdzie jako plastyk wykonywał prace specjalne(np.trójwymiarowe mapy wojskowe). Od 1945 uczestniczył w wielu wystawach ogólnopolskich i międzynarodowych(międzynarodowa wystawa rzeźby w Carrarze-1957). W latach 1945-52 był nauczycielem akademickim w Łodzi, Zakopanem i Warszawie. W latach 1955-1958 był sekretarzem sekcji rzeźby w okręgu ZPAP w Warszawie.
Zmarł nagle na atak serca, montując w Katedrze Jana Chrzciciela  PŁASKORZEŹBĘ-EPITAFIUM nad grobem kardynała Stefana Wyszyńskiego. Został pochowany na Starych Powązkach. Jego twórczość rozwijała się w 3 kierunkach:rekonstrukcje, rzeźby oryginalne, malarstwo. Do najważniejszych prac rekonstrukcyjnych należy zaliczyć: 
POMNIK CHOPINAo którym Jadwiga Śmigiera tak pisała „kilka lat po wojnie grupa siedmiu rzeźbiarzy pod kierunkiem Władysława Wasiewicza wykonała w Pracowni Sztuk Plastycznych model odlewu pomnika, wykorzystując wzór autorski znaleziony w gruzach zniszczonego domu Wacława Szymanowskiego na Mokotowie. W grupie tych rzeźbiarzy, którzy zrekonstruowali pomnik, był mój ojciec. Monument został odsłonięty ponownie 11 maja 1958 roku.**


NAGROBEK OSTATNICH KSIĄŻĄT MAZOWIECKICH - w Katedrze św. Jana na Starym Mieście„zniszczeniu uległ (w czasie II wojny światowej)też najcenniejszy – oprócz tzw. Krucyfiksu Barczykowskiego-jej obiekt, znajdujący się w prezbiterium pomiędzy ołtarzem głównym a zakrystią-nagrobek ostatnich Książąt Mazowieckich. Zniszczony nagrobek został zrekonstruowany i umieszczony w prawej nawie katedry. Podstawą rekonstrukcji był odlew gipsowy nagrobka, dokonany w okresie międzywojennym. […] Według znawców rekonstrukcja została dokonana w sposób mistrzowski. Podjął się jej w 1966 roku mój ojciec-artysta rzeźbiarz Leon Machowski”.*** 

PŁYTA Z NAGROBKA BRACI MICHAŁA I STANISŁAWA WOLSKICH ocalała ze zniszczeń wojennych, obecnie znajduje się w lewej nawie katedry warszawskiej. Nowy cokół z piaskowca wykonał w latach 60-tych XX w. Leon Machowski".

RZEŹBY NA UNIWERSYTECIE WARSZAWSKIM

    Podobno pierwszą rzeźbę wykonał w wieku 16 lat w kamieniu, który służył do przyciskania wieka beczki z kiszoną kapustą. Jego matka próby rzeźbiarskie w drewnie nazywała „skaranie boskie", bo walały się po całym ogrodzie.*
W wieku lat 27 był już znanym artystą, którego talent doceniali nie tylko rodacy, ale także niemieccy okupanci i ukraińska ludność okolic Lwowa.*W wieku lat 27 był już znanym artystą, którego talent doceniali nie tylko rodacy, ale także niemieccy okupanci i ukraińska ludność okolic  Lwowa.* 

RZEŹBY w kościele w Gródku Jagiellońskim koło Lwowa.-”Wasz ojciec spędzał całe dnie w kościele po drugiej stronie rynku. Rzeźbił tam Św. Jacka i Św. Jakuba i anioły do ołtarza głównego”.*

   Fotografie kilkunastu oryginalnych prac artysty zawarła Jadwiga Śmigiera w rozdziale IX książki „Nadal wariuję”, s.165-177. Wśród nich jest „portret żony artysty” oraz RZEŹBA św, JADWIGI która znajduje się w Kościele na Placu Grzybowskim, a została opisana takimi słowami „I żadna z nich nie ma tak wspaniale i delikatnie wyrzeźbionej twarzy jak św. Jadwiga. Widać, że twórca podchodził do tej postaci bardzo emocjonalnie” ***. Bardzo ważna w dorobku jest BIAŁA RZEŹBA MATKI BOSKIEJ umieszczona na fasadzie Katedry Polowej Wojska Polskiego(„Postać ma rozłożone ręce, co można różnie interpretować. Rzeźba ta została umieszczona na katedrze kilka lat przed rokiem 1989”)***.

Leon Machowski brał udział w wielu konkursach na pomnik(„Pomnik Partyzanta”, „Łuk Wyzwolenia” w Lublinie).  Rzeźba o nazwie „Teatr” była prezentem. Zofia otrzymała ją 15 maja 1952 roku”* Znajduje się ona na ul. Koszykowej 34/50 na MDM-ie.
W roku 2015 zorganizowano wystawę zatytułowaną „Figury retoryczne. Warszawska rzeźba architektoniczna 1918-1970” Oto cytat doskonale oddający warunki w jakich pracowali artyści :
Józef Gosławski, Leon Machowski i Kazimierz Bieńkowski – twórcy grup przy ul.Koszykowej nie mogli się doprosić od organizatora prac ani rusztowań, ani materiału. Mimo bardzo napiętych terminów wykonali aż trzy robocze modele grup figuralnych. Pierwsze – konkursowe, a kolejne dwie aby zobaczyć, czy rzeźby tej wielkości w ogóle będą dobrze wyglądały na gzymsach i ze sobą korespondowały.” - Zupełnie inny charakter aktywności twórczej. Rozmowa z Alicją Gzowską http://magazynszum.pl/rozmowa-z-alicja-gzowska/.
CYPRIAN KAMIL NORWID -W katedrze, po prawej stronie tuż przy wejściu znajduje się przepiękne popiersie Cypriana Kamila Norwida. Zostało tam umieszczone w roku 1975”* .W książce znajduje się zdjęcie owej rzeźby, ale jest ono małe i niezbyt wyraźne chociaż kolorowe.
W bazylice znajduje się także POSĄG Św. MIKOŁAJA, być może jego przedstawia fotografia 11 zamieszczona w tomie „Nadal wariuję”.
 POMNIK WIKTORA GOMULICKIEGO. - znajduje się w Pułtusku przy Domu Rzemiosła.
POMNIK JOACHIMA LELEWELA w Pułtusku. Autorem brązowego popiersia Joachima Lelewela w Pułtusku jest Leon Machowski (ur. 1916 w Rzeszowie), twórca rzeźby monumentalnej i rekonstrukcji rzeźby zabytkowej. W latach 1935-39 studiował w Warszawie i Krakowie. Po wojnie wykładał w Warszawie i Zakopanem. Brał udział w zespole rekonstruującym warszawski pomnik Chopina (1955), rzeźby w pałacu Branickich w Białymstoku i w warszawskiej katedrze https://forumakademickie.pl/fa-archiwum/archiwum/2000/09/34.html .
DWIE GRACJE – znajdują się na fasadzie na dachu od strony ogrodu w pałacu Branickich.

RADOMSKA KWIACIARKA- „jest to pierwsza rzeźba , która pojawiła się na terenie dzisiejszej biblioteki(a dawnego muzeum). Powstała na przełomie lat 60 i 70. Jej autorem jest nieżyjący już rzeźbiarz Leon Machowski” tekst zamieszczono w dniu 28.kwietnia2017 roku na blogu: http://przygodazradomiem.blogspot.com/ 

POMNIK AUGUSTYNA KORDECKIEGO -zakonnika, paulina, przeora klasztoru na Jasnej Górze, który zasłynął jako dowódca obrony w czasie potopu szwedzkiego(18.11.-27.12.1655). „Staraniem o.Konstancjusza Kunze OSPPE, przeora Jasnej Góry został zbudowany przy współpracy z proboszczem Iwanowic ks. Janem Kaliszewskim- wg projektu prof. Leona Machowskiego- nowy pomnik z okazji 600-lecia na miejscu dawnego. Poświęcił go uroczyście kardynał Józef Glemp 19.09.1982r.”https://pl.wikipedia.org/wiki/Augustyn_Kordecki .” "Wiele rzeźb o tematyce religijnej i historycznej/np. Postać słynnego obrońcy Klasztoru Jasnogórskiego, Księdza Kordeckiego/ przekazałam do Muzeum Rzeźby Polskiej w Orańsku”. https://stokrotkastories.blogspot.com/2018/07/to-muzeum-czesc-pierwsza.

NAGROBEK Wilama Horzycy(reżysera, dyrektora teatrów , krytyka teatralnego) http://sowa.website.pl/cpg/displayimage.php?album=465&pid=1615#top_display_media

POPIERSIE FRYDERYKA CHOPINA wręczone zwyciężczyni Konkursu Chopinowskiego Marcie Aregich w roku 1965.

LENINY” -rzeźby przedstawiające robotników, działaczy partyjnych i wodza Rewolucji Październikowej, znajdują się u krewnych artysty.



  Leon Machowski był także wybitnym malarzem. Najbardziej znane prace to: ”Autoportret”, „Kobieta o białych włosach”, „W pracowni”. Te obrazy i inne można obejrzeć na stronie :http://wojtych.pl/leonmachowski/Autoportret można obejrzeć także tutaj  https://stokrotkastories.blogspot.com/2018/07/to-muzeum-czesc-druga.
   Rzeźbiarz posiadał dwie pracownie, pierwsza mieściła się na Krakowskim Przedmieściu 45, o czym napisała Jadwiga Śmigiera w „Moje warszawskie zwariowanie”, s.27-28. Od roku 1960 była też pracownia przy Stawki 1 A.” A pod tą górką artysta wybudował sobie pracownię rzeźbiarsko-malarską. Dwie trzecie pracowni znajdowało się pod ziemią, a jedna, ta nad ziemią była całkowicie oszklona. Na dachu było jedno olbrzymie okno.[...] Okna w pracowni były tak skonstruowane, żeby bez problemu wynosić z niej duże rzeźby”*. Decyzją władz Warszawy Śródmieście zburzono ją wraz z rzeźbą oraz mozaikami. W roku 2013. Obszerny artykuł na bezmyślność ludzką znajdziemy na stronie https://tvnwarszawa.tvn24.pl/informacje,news,pamiatka-muranowskiej-historii-zaorana,106165.html
 Dawna pracownia rzeźbiarza Leona Machowskiego, którego dzieła zdobią Warszawę, legła w gruzach. Okoliczni mieszkańcy mówią o niszczeniu pamiątki muranowskiej historii. Urzędnicy odpowiadają, że budynek był w złym stanie technicznym, a ewentualny remont byłby zbyt kosztowny.
Pamiątka muranowskiej historii została zaorana. Zniszczono ją przy pomocy maszyn budowlanych na początku listopada - opowiada Ryszard Krzysztofowicz z Rady Osiedla Muranów. Spotkaliśmy się z nim przy adresie Stawki 1a, gdzie do niedawna stał niepozorny pawilon. Na ganku była rzeźba matki odprowadzającej dziecko, która dla niektórych symbolizowała taniec. Wokół były też kolumienki zdobione mozaikami. Ich autorem był Machowski i dzieci, które z nim współpracowały. Te mozaiki upamiętniały rozmaite daty z Muranowa”.
Zburzona pracownia Leona Machowskiego 
   
   Jak poinformowała mnie córka rzeźbiarza, był on autorem około 400 prac rzeźbiarskich, które znajdują się w wielu miejscach Polski, a także poza nią. Jest rzeczą straszną, że władze miasta dopuściły się aktu wandalizmu, zamiast stworzyć w pracowni artysty muzeum.  

   „Mój pierwszy wnuk urodził się swojej mamie w prezencie, bo 25 maja. Jest dzieckiem niesamowicie wrażliwym. A wszystkich obdarowuje wyrzeźbionymi przez siebie figurkami zwierząt. Mnie ostatnio sprezentował skopiowaną z jednego z warszawskich kościołów figurkę Madonny, którą wyrzeźbił kiedyś jego pradziadek” („Nadal wariuję” s.158).-mowa o „Szczerbatym”. Kto wie, czy za naście lat nie będziemy podziwiali prac tego młodzieńca, który najwyraźniej odziedziczył talent po sławnym pradziadku.

   Młodszej córce Zofii i Leona życzę, aby w szczęściu, spokoju dożyła 93 lat, tak jak Jej matka. Jestem także głęboko przekonana, że jest w stanie zaskoczyć nas jeszcze niejedną książką, która poruszy nasze serca i duszę.


Cytaty oznaczone gwiazdkami * „Zwariowałam”-s.11; 13; 15,17 ;19;21;23;83;86;88; **„Nadal wariuję” -s.12;55-56;161;*** „Moje warszawskie zwariowanie” - s.27,47,191

niedziela, 5 sierpnia 2018

NIE KUPUJ KOCHANCE....




Prawie cały lipiec bumelowałam, bo najpierw pogoda była deszczowa i w kościach łamało, a potem upały sprawiły, że czułam się jak ryba bez wody. W nielicznych dniach, gdy szare komórki pracowały czytałam najpierw książki Jadwigi Śmigiery(„Stokrotki”), a potem nadeszła od znajomej lektura zatytułowana „Życie jest fajne”. Jest to zapis rozmowy znanej dziennikarki Małgorzaty Szcześniak z jeszcze sławniejszą psycholog Katarzyną Miller.
Czy warto „Życie...” przeczytać? Jak powiada przysłowie „punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia”. Ja siedziałam najwyraźniej bardzo nisko, bo tak właśnie oceniam tę książkę .Ocenę swoją powinnam poprzeć stosownymi argumentami. Bardzo dobrym rozwiązaniem, byłoby zacytowanie konkretnych wypowiedzi zawartych na 222 stronach, czegoś co niby jest poradnikiem, książką popularną z akcentami naukowymi, do których należy zaliczyć psychologię egzystencjalną i bardzo ciekawy zestaw lektur polecanych do przeczytania. Niestety z obawy o naruszenie praw autorskich musiałam z cytatów zrezygnować, uznając że ich zamieszczenie będzie „kopiowaniem, rozpowszechnianiem... i tym wszystkim o czym napisano na tylnej wklejce książki. Tak naprawdę zgadzam się z dwoma stwierdzeniami w pozycji tej zawartymi: o tym , że człowieka nie można zmienić, a jedynie nasz stosunek do niego oraz o męskich obietnicach, które gdy są gruszkami na wierzbie, to wiadomo, że spełnione nie będą. Reszta treści wywoływała u mnie zwątpienie, sprzeciw, że śmiechem włącznie. Te najbardziej kontrowersyjne „złote myśli” można znaleźć na stronach: o miłości- 94, 196, ;o zazdrości i zdradzie-195,198,200; o kryzysie 44, 106; o dzieciach 125, 181, 191;o małżeństwie-195; o kochance( anegdota-moim zdaniem świetna)-23; o kochanku 122,193; o facetach-197. Cóż jednak ja tam mogę wiedzieć o pisaniu książek, wykształcenia dziennikarskiego ani polonistycznego nie mam. Psychologii czy filozofii też nie kończyłam, dorobku pisarskiego brak. Dlatego też, tych którzy chcieliby poznać fachową, krótką ale bardzo rzetelną recenzję „Życie jest fajne”, odsyłam na blog Iwony Kmity.http://iwonakmita.pl/
Ja do dzisiejszej notki postanowiłam wykorzystać tytuł jednej z wcześniejszych książek Katarzyny M, które zostały sprytnie przemycone przez Nią w treści tej najnowszej publikacji. Mam na myśli „Kup kochance męża kwiaty”, tytuł chwytliwy przyznaję i być może argumenty w książce zawarte uzasadniałyby taką desperację, niestety książki nie czytałam. Gdyby jednak mnie terapeuta zaproponował coś takiego, wiałabym od niego, gdzie pieprz rośnie. 
Nie chcę mówić o samej książce, bo trudno się wypowiadać o czymś czego się nie zna. Chcę Wam dziś opowiedzieć historię, która mi się przypomniała dokładnie w chwili odczytania samego tytułu.
Gdy moja matka miała około 45 lat, pojechała do sanatorium. Ponieważ zawsze była osobą otwartą na ludzi i szybko zjednywała ich sobie, to i tym razem poznała bardzo ciekawą osobę. Jak wynikało z słów matki, kobieta była od niej starsza o jakieś 15-2o lat. Szczupła, niewysoka, zadbana pani, o żywym spojrzeniu, pięknie mówiąca, szalenie inteligentna. Jeżeli moja matka, która była krytyczna wobec ludzi i nie łatwo było jej zaimponować, zapamiętała tę kuracjuszkę i jej wyznanie, to znaczy że była pod ogromnym wrażeniem i mówiącej i słów, które usłyszała.
    Swoją opowieść nowa znajoma matki zaczęła w chwili, gdy miała 20- kilka lat, była utalentowaną absolwentką ASP. Poznała młodego, przystojnego i ambitnego prawnika. Pokochali się i pobrali. On pochodził ze wsi i był jedynakiem, dlatego też nawet gdy robił karierę, w czasie urlopu jeździł pomagać rodzicom w gospodarce. Dwa lata po ślubie zabrał tam swoją młodziutką, piękną żonę. Pewnego dnia trzeba było przenieś siano w belach z wozu do stodoły. Właściciel gospodarstwa podawał siano stojącej na drabinie młodej mężatce, a ta przekazywała je do góry mężowi. W chwili nieuwagi spadła z drabiny, doznając otwartego złamania nogi. Pomimo kilku operacji, wieloletniej rehabilitacji, nie wróciła do pełnej sprawności. Chodziła kulejąc i podpierała się gustowną laseczką. Życie jednak toczyło się dalej. On założył własną kancelarię, która doskonale prosperowała, ona prowadziłam dom i urządzała wspaniałe przyjęcia, dla wybranych klientów męża i jego kolegów z palestry. Dzieci nie mieli, wśród znajomych uchodzili za bardzo się kochające, zgodne i szczęśliwe małżeństwo. Chyba tak było, bo przeżyli ze sobą 20 lat.
Pewnego dnia mecenas zmarł nagle na zawał. Kobieta zamknęła się w domu, a o tym, że żyje świadczyły tylko jej spacery każdego dnia na cmentarz. Wielu podziwiało, że utykającej kobiecie, chce się codziennie odwiedzać grób męża. Niedługo po śmierci prawnika, wdowa dostała list z obcej kancelarii prawnej, w którym proszono, by konkretnego dnia, o określonej godzinie stawiła się celem omówienia spraw spadkowych. Zdziwiło to niewiastę, gdyż była przekonana, że mąż nie sporządził testamentu i ona jest jedyną spadkobierczynią.
Trochę z ciekawości, a trochę z obowiązku stawiła się na spotkanie. Po wejściu do pokoju zobaczyła trzy osoby, których nie znała. Mężczyzna poprosił aby usiadła, tak też uczyniła kobieta i towarzyszący jej kilkunastoletni chłopiec. Po odczytaniu ostatniej woli zmarłego okazało się, że chłopiec jest jego prawnie uznanym synem i dziedziczy połowę majątku. Pomimo zaskoczenia jakiego doznała wdowa, zaczęła się przyglądać nastolatkowi. Nie miała wątpliwości, że to nie pomyłka, gdyż chłopiec był bardzo podobny do ojca. Kobieta zapragnęła jak najszybciej opuścić pomieszczenie, bo dotarła do niej okrutna prawda. Ukochany mąż prowadził podwójne życie i przez większą część ich małżeństwa okrutnie ją okłamywał. Próbując pogodzić się z zaistniałą sytuacją, zadawała sobie pytania, na które nikt nie mógł jej odpowiedzieć. Sprawca jej cierpienia nie żył, a o tej drugiej kobiecie nie wiedziała nic. Nie bolała jej zdrada, bo wiadomo, że takie sytuacje zdarzają się częściej niż powinny. Nie miała także pretensji, że jej mąż pragnął potomka. Była wściekła i rozgoryczona, że tyle lat wysłuchiwała kłamstw o miłości i o tym, jak bardzo jest kochana. Uważała się za uczciwą osobę, więc gdyby mąż chciał odejść, by zapewnić dziecku rodzinę, dałaby mu rozwód bez warunków i przeszkód. Jej jedyny mężczyzna, którego w życiu miała i którego wielbiła, okazał się wyrachowanym egoistą. Przez krótki czas zadawała sobie pytanie, czy mężczyzna był z nią, bo odpowiadało mu wygodne życie na wysokim poziomie, które zapewniała swoją codzienną pracą, czy też kierował się litością, bo czuł się w pewnym stopniu winny jej kalectwa. Przestała chodzić na cmentarz, mówiąc do siebie w złości „niech teraz tamta przynosi ci kwiaty i zapala znicze”. Sprzedała mieszkanie i wyniosła się z miasta. Pomimo, że była jeszcze młoda, bo nie miała 50 lat, nie ułożyła sobie życia z innym mężczyzną. Ta część spadku, jaka przypadła jej w udziale, zapewniała jej wygodę i dostatek( na str 23 książki „Życie...” cudowna moim zdaniem anegdotka o Wilczyńskich.). Wspomniałam o niej, bo jest tak trochę a'propos tego co powyżej jak i tego co poniżej.
     Moja matka opowiedziała mi tę historię wiele lat później, chociaż nie umiem powiedzieć dlaczego. Może dlatego, że miłość w tamtym czasie traktowałam idealistycznie. Dziś tamto rozumienie przeze mnie miłości, bardzo się zmieniło, nie na tyle jednak, żebym mogła zgodzić się z opinią jaką na stronach najnowszej książki wygłasza współautorka „Życie jest fajne”.
    Na koniec należy wam się wyjaśnienie, dlaczego jestem przeciwna kupowaniu kochance męża kwiatów. Sprawa jest prosta: kwiaty to on kupował Tobie, gdy kochance wręczał biżuterię. Pieniądze, które miałabyś wydać na te kwiaty, koniecznie zainwestuj w siebie: ciuch, kosmetyczka, wycieczka albo co najmniej spa. Te zakupy pomogą Ci poprawić sobie humor w chwili kiedy się „rypnie” według Katarzyny M, czyli gdy zdrada wyjdzie na jaw. To ,że są różne rodzaje zdrad nie znaczy, że mamy postępować zgodnie z sugestią autorki „przeżyć i przetrwać”. Jak autorka taką postawę argumentuje znajdziecie w książce. Do mnie Jej zdanie nie trafia, bo stawia mnie w pozycji wyrachowanej, wygodnickiej lub co gorsza tchórzliwej „kobitki”(określenie użyte przez autorkę). A co ciekawe (o ile pamiętam) nie ma w treści określeń chłoptaś w odniesieniu do facetów. Jeżeli ilość słowa fajne, użytego przez autorki, ma być wyznacznikiem, że i życie takie jest, to cel został osiągnięty. Znajdziecie w tej książce zdanie, nie wyróżnione wytłuszczonym drukiem, ŻYCIE JEST RÓŻNORODNE,gdyby książka została tak zatytułowana, bardziej odpowiadałaby zawartości. Byłaby też lepiej zrozumiana przy staranniejszym układzie treści, w której od języka wykładowego w rozdziale 1, przechodzimy do potocznego, jowialnego i luzackiego. 
   W nadziei, że nie podzielicie losu mojej bohaterki i nie poznacie goryczy zdrady, życzę Wam żebyście to Wy byli FAJNI(weseli, życzliwi, otwarci na ludzi, pewni siebie i celów do których dążycie), bo wtedy wasze życie też takie będzie.