poniedziałek, 6 czerwca 2022

SPOTKANIE

 

   To było moje małe marzenie, poznać osobiście, znaną z sieci Iwonę Kmitę, dziennikarkę i autorkę bloga. Posiadaczkę profilu na Facebooku, miłośniczkę zwierząt, właścicielkę adoptowanej suczki. Od lat obiecywałam Jej, że kiedyś się zobaczymy. Pomysł, że będzie to właśnie teraz, zrodził się w mojej głowie nagle. Zadzwoniłam i zapytałam czy ma czas 25 maja. W tym dniu odbierałam w Urzędzie Dzielnicy nowy dowód osobisty, a czas oczekiwania na powrót do domu, postanowiłam spędzić właśnie z moją imienniczką.

   Zamierzałam sprawdzić w internecie, czy w pobliżu urzędu jest jakaś kawiarenka czy bar kawowy, by porozmawiać przy filiżance kawy. Miała to być rozmowa o książkach i literaturze. Iwona od lat przysyłała mi przeczytane przez siebie książki, których różnorodna tematyka wskazywała, że interesuje się wieloma sprawami. Były wśród nich poradniki Katarzyny Miller: „Instrukcja toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty”(o tej pozycji napisałam post), autobiograficzna opowieść Marii Nurowskiej „Księżyc nad Zakopanem”, biograficzna powieść Anny Kamieńskiej „Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak”, powieść Bernarda MacLaverty „Przed końcem zimy”.

   Jak powiada przysłowie „człowiek planuje, a Pan Bóg kreśli”, w przeddzień spotkania przez własną głupotę zalałam telefon, który przestał działać. Nie spałam z nerwów całą noc, nad ranem ściągnęłam syna, by jechał do "Leclerc'a" kupić nowy telefon, bo nie chciałam być bez możliwości kontaktu z kimkolwiek. Przygoda z telefonem sprawiła, że nie ustaliłam lepszego miejsca spotkania. Iwonka odnalazła mnie w holu urzędu i po serdecznym uściskaniu się, siadłyśmy naprzeciw siebie. Na pierwszy rzut oka było widać, że bardzo się różnimy. Ona wysoka, szczupła,  z nienaganną fryzurą. Emanowała spokojem, opanowaniem i życzliwością skrytą w spojrzeniu. Ja gruba, z rozwianym włosem, rozbieganym wzrokiem i zbyt głośno mówiąca. Już na wstępie poczułam się nieswojo, bo Iwona obdarowała mnie dwoma książkami i świecą zapachową. Zrobiło mi się głupio, że nie pomyślałam o jakimś drobiazgu dla Niej, by uczcić nie tylko spotkanie ale i imieniny, które obie obchodziłyśmy dwa dni wcześniej. Zagajając rozmowę, zapytała mnie o relacje z synem. No i zamiast o literaturze gadałam tylko o tym. Miała być miła konwersacja,  był mój monolog. Opamiętałam się, gdy podszedł do nas mężczyzna z Transportu, by odwieźć mnie do domu. Niepostrzeżenie minęła najprzyjemniejsza od lat godzina, a ja kończyłam spotkanie z przeświadczeniem, że osiągnęłam cel, spotkałam się z przemiłą osobą, ale nie spełniłam marzenia. Wszystko było nie tak, jak to sobie wyobrażałam, układając w głowie przebieg tego wydarzenia. Wtedy nie było rozmowy o literaturze, to przynajmniej teraz powiem jakie książki trafiły w moje ręce.


 Pierwsza, to „Łowca autografów” Zadie Smith,brytyjskiej pisarki, która nie była mi wcześniej znana. Urodzona w 1975 autorka powieści i opowiadań,zadebiutowała powieścią „Białe zęby”w 2000 roku ( w 2002 zaadoptowana na mini serial). Nakład osiągnął ponad milion egzemplarzy. W 2006 wydała „O pięknie”, książkę dedykowaną mężowi(pólnocnoirlandzkiemu pisarzowi i poecie Nickowi Lairdowi),


 wielokrotnie nagrodzoną i nominowaną do Nagrody Bookera.Inne powieści to: „London NW”(2014) i „Swing Time”(2016) oraz "Przebłyski" z 2020 roku czyli zapiski z czasu lockdownu. Ponadto napisała eseje: „Jak zmieniałam zdanie”, „Widzi mi się”, „Grand Union”. Ilość przyznawanych nagród wszystkim książkom, dowodzi, że jest to pisarka ceniona nie tylko przez czytelników.

   Urodzony w 1974 roku francuski pisarz Guillaume Musso, to autor 15 bestsellerów. Przyglądając się wykazowi jego dzieł, można stwierdzić, że począwszy od roku 2001, kiedy to debiutował powieścią „Skidamarink”, co roku wydawał przynajmniej jedną książkę. Ja dostałam „Zjazd absolwentów”  z 2019 roku. Kiedy zakończę czytanie tych książek, to pewnie coś jeszcze o nich napiszę. A może są wśród Was tacy, którzy już je znają(nie liczę oczywiście osoby obdarowującej mnie nimi)? Chętnie poznam Wasze zdanie na ich temat.




    Natomiast mogę stwierdzić jedno z całą pewnością, że albo Iwona Kmita śledzi uważnie rynek wydawniczy i wychwytuje bezbłędnie nowości, albo po prostu ma dar wynajdywania bardzo ciekawej literatury. Nie ukrywam, że nie zawsze jest to łatwa w odbiorze lektura. Pierwsze strony „Łowcy autografów” nie zachwyciły mnie. A gdy czytałam życiorys G.Musso, to skojarzył mi się serial bardzo popularny w polskiej tv „Castle” , w którym czołową postacią jest popularny pisarz. Nawet można dopatrzeć się pewnego podobieństwa aktora grającego  Castlea do G. Musso.

Nathan Fillion odtwórca roli Castle'a

   Czy jeszcze kiedyś spotkam się z Iwoną, czas pokaże. Pomimo, że spotkanie nie przebiegło tak jak tego chciałam, to rozbudziło mój apetyt na  poznanie osobiście innych ludzi znanych w sieci dzięki blogowaniu.Rozpocznę od tych mieszkajacych
w stolicy. Kto z warszawiaków przyjmie zaproszenie?

czwartek, 26 maja 2022

BERENIKA

 

   Zachęcona pierwszą wycieczką, 10 maja wybrałam się ponownie na „podbój Warszawy”. Moim celem było wyrobienie nowych okularów.

   Firmę Vision Express wybrałam dzięki telewizyjnej reklamie. Konkretny salon w Galerii Handlowej, na ul. Powstańców Śląskich 127, dlatego że znajdował się blisko miejsca zamieszkania.W placówce, uroczym uśmiechem powitała mnie wysoka, szczupła rudowłosa niewiasta, prosząc żebym zaczekała, bo trwa badanie. Po chwili, zajął się mną optykometrysta, niesłusznie wzięty przeze mnie za okulistę. Moja niepełnosprawność i wózek przysporzyły trochę kłopotu w trakcie badania, ale dawno nie poświęcono mi tyle czasu. Pan, który dobierał soczewki bardzo się starał, by rozwikłać „zagadkę” mojego słabego widzenia, szczególnie w oku prawym. Zalecił wizytę u okulisty i zasugerował dwie pary okularów(do czytania i do oglądania tv). Doborem oprawek zajęła się wcześniej poznana kobieta. Dwoiła się i troiła, żeby dobrać mi te właściwe. Jak się przekonałam nie jest to taka prosta sprawa, bo jedne były niedobre, gdyż opierały się na policzkach, inne się wznosiły. Moja „opiekunka” wykazała się nie tylko fachową wiedzą, ale i dużą cierpliwością, gdy wybrzydzałam przy kolejnych pokazywanych oprawkach. Kiedy już zdecydowałam się na te konkretne, dokończyłyśmy formalności papierkowo-finansowe. W przerwach między tymi czynnościami, właścicielka pięknego imienia i Jej dwie sympatyczne koleżanki zabawiały mnie inteligentną i pełną humoru rozmową. Nawet się nie spostrzegłam jak minęło 45 minut. Wyjeżdżałam z salonu bardzo zadowolona i gdyby jeszcze kiedyś zaszła potrzeba zmiany soczewek lub oprawek, to z radością odwiedzę przemiłe Panie, którym dziękując za profesjonalną obsługę, z przyjemnością przyznaję gwiazdki, by świeciły Im na szczęście przez dalsze, długie lata. Używam okularów odebranych z salonu przez moją siostrzenicę, ale przekonałam się, że wizyta u okulisty będzie nieunikniona. Okulary „do bliży” założone by pracować na komputerze, powodują łzawienie oczu i silny ból głowy. Te drugie do oglądania tv, nie pozwalają odczytać drobnych napisów umieszczonych na dole ekranu np. tytułu oglądanej audycji. Najwyraźniej trzeba coś poprawić, a czym jest to „coś” może stwierdzić okulista. Mam zadanie na czerwiec. Czekam na rentę, bo zdecydowałam się na wizytę prywatną, a to trochę kosztuje.

   W realizacji wizyty w Vision Express pomógł mi i tym razem Transport Osób Niepełnosprawnych. Nie udało mi się dostać Piotra i Rafała, ale nowa ekipa - Marcin kierowca i Jego pomocnik(imienia niestety nie zapamiętałam) też okazali się bardzo fajnymi mężczyznami. Z Galerii Bemowo,odebrali mnie jeszcze inni, w ten sposób poznałam 3 duety „chłopców transportowców”. Zastanawiam się, czy w innych dużych miastach, też działa taka pomoc dla osób niepełnosprawnych. Te myśli przyszły mi do głowy, z chwilą, gdy zapragnęłam wpaść do Krakowa, by poznać osobiście Liiviię, do Inowrocławia by uściskać Jotkę czy rodzinnego Wrocławia żeby powspominać licealne czasy z przyjaciółką Grażyną. 

    Kiedy jeszcze chodziłam, wyjeżdżałam do miejsc sanatoryjnych czy wczasowych dzięki rodzicom. Od ponad 30 lat nie ruszałam się z Warszawy i choć wstyd się do tego przyznać, nie znam swojego pięknego kraju.

   W dniu wczorajszym odebrałam gotowy dowód osobisty. Sprawę załatwiłam w kilka minut, a oczekiwanie na powrót do domu, uprzyjemniło mi spotkanie z kobietą, którą dawno pragnęłam poznać. O tym jednak opowiem w następnym poście.   WSZYSTKIM MATKOM W DNIU ICH ŚWIETA - ŻYCZĘ BY BYŁ ON NAJPIĘKNIEJSZY. O 9 rano w stolicy świeciło słońce, ale teraz trochę się zachmurzyło.

środa, 27 kwietnia 2022

WYCIECZKA

 

   Był rok 2020 gdy zorientowałam się, że mój dowód osobisty stracił ważność. Rozpoczęła się pandemia. Na kilka miesięcy odpuściłam sobie starania o wyrobienie nowego. Kiedy powróciłam do próby złożenia wniosku, dowiedziałam się, że urzędnik z Urzędu Dzielnicy może przyjechać do domu. Muszę mieć tylko aktualne zdjęcie i pani z którą rozmawiałam podsunęła mi myśl, żebym fotografa ściągnęła do mieszkania. Sprawa wydała się łatwa, ale żaden z fotografów, do których dzwoniłam, po domach nie jeździł. Myślałam żeby syn zrobił mi zdjęcie swoim telefonem, a później poszedł do zakładu fotograficznego, by tam je wydrukowali.

   Niestety syn zwlekał z jakimikolwiek działaniami, a ja żyłam pod coraz większą presją. Bank upominał się o uaktualnienie danych, żadnej pożyczki online wziąć nie mogłam. Bezproduktywne były także starania o załatwienie innych pilnych spraw. Moje stosunki z synem i innymi członkami rodziny są oględnie mówiąc trudne. Za dwa miesiące kończy się umowa najmu mieszkania, które wynajmuje syn z partnerką i on straszy mnie, że zwali mi się do chałupy, bo jest tu zameldowany. Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie mieszkania razem z nimi, bo 8 miesięcy od września 2011 do kwietnia 2012, były wystarczającą katorgą(dla obu stron, jestem nerwowa, łatwo się irytuję).

   Impulsem do wzięcia spraw w swoje ręce, był artykuł, który przeczytałam na jakimś portalu. Otóż wznowione zostały w tym roku Wiktory. Jednym z laureatów został Marcin Dorociński, mój ulubiony aktor średniego pokolenia. Nie odebrał nagrody osobiście. W jego imieniu zrobiła to Bogumiła Siedlecka-Goślicka z Fundacji Integracja. Zobaczywszy tę drobna kobietkę, zagotowałam się w środku i powiedziałam do siebie "Ona dała radę, a ty nie wyrobisz dowodu”? W środę 20 kwietnia zadzwoniłam do Urzędu Dzielnicy i umówiłam termin złożenia wniosku. Teraz nie trzeba już umawiać terminów przez telefon, wystarczy wejść do urzędu i pobrać numerek. Ja jednak chciałam mieć pewność, że załatwię sprawę w danym dniu, więc po oświadczeniu, że jestem niepełnosprawna i stawię się w urzędzie, bo przed tym muszę zrobić aktualne zdjęcie, bardzo sympatyczny Pan zapisał mnie na 25 kwietnia, godzina 14. W niedzielę otrzymałam sms przypominający. Kiedy miałam już termin wyznaczony zadzwoniłam do fotografa znajdującego się vis a vis ratusza, by dopytać o interesujące mnie szczegóły. Wyjaśniłam, że chodzi o zdjęcie do dowodu, że jestem niepełnosprawną na wózku, więc chcę wiedzieć czy będę mogła u nich zrobić sobie zdjęcie i ile się czeka. Pan odparł „przecież to jest foto express, więc zdjęcie będzie natychmiast”. Dwie ważne sprawy wydawały się uzgodnione, więc należało teraz zadbać o transport. Syn sam sobie by nie poradził ze sprowadzeniem mnie po schodach, które znajdują się między parterem a wyjściem z budynku, więc należało znaleźć firmę, która nie tylko przewiezie.

   Niestety dwie firmy, do których dzwoniłam, gdy dowiadywały się o schodach i konieczności znoszenia/wnoszenia, odmówiły. W tym momencie lekko się podłamałam. Następnego dnia jednak zasiadłam do laptopa i postanowiłam szukać dalej, wychodząc z założenia, że w tak dużym mieście musi być więcej firm zajmujących się przewozem osób niepełnosprawnych. Trafiłam na „ Miejski transport osób niepełnosprawnych”. Na stronie https://wcpr.pl/aktualnosci/-taksowki-dla-osob-z-niepelnosprawnosciami znalazłam telefon do Centrum Pomocy Rodzinie. Po krótkiej rozmowie bardzo sympatyczna pani przyjęła moje zapotrzebowanie i odpowiedź czy będzie mogło być ono zrealizowane dostałam następnego dnia. Kiedy dzwoniłam do wcześniejszych firm, zapytałam w jednej z nich o koszt takiego przewozu, podano mi kwotę około 200 zł. Byłam więc w szoku kiedy okazało się, że w Centrum przejazd w jedną stronę, to 20 zł. Byłam tak szczęśliwa jakbym wygrała milion w Totka. Nie tyle ze względu na niewielkie koszty usługi, co na fakt, że mi nie odmówiono.

    Do poniedziałku żyłam w stresie, bo nie wiedziałam czy jak dowiozą mnie na miejsce i zostawią na chodniku, to sobie poradzę z dotarciem do fotografa, a potem z dojazdem do urzędu. Wszak 5 lat nie wychodziłam z domu, pierwszy raz miałam poruszać się na wózku samodzielnie. Pierwszą przeszkodę napotkałam już we własnym domu, bo nie mogłam włożyć samodzielnie butów. Na szczęście z pomocą przyszła mi siostrzenica, która tego dnia szła do pracy na popołudnie. Panowie z transportu stawili się o czasie, sprawnie znieśli wózek wraz z obciążeniem czyli mną ze schodów i wwieźli mnie do samochodu. Po zabezpieczeniu pasami, ruszyliśmy w pierwszą od wielu lat wycieczkę po mieście. Gdy dotarliśmy na miejsce, kierowca poszedł do fotografa, by sprawdzić, czy dam radę sama wjechać. Okazało się bowiem, że przed wejściem do zakładu jest stopień, a pracownik powiedział kierowcy, że wózkiem do środka nie wjadę. Panowie z przewozu byli gotowi wziąć mnie pod pachy i zaciągnąć na miejsce. Okazało się jednak, że wózek zmieścił się w wejściu, więc wjechaliśmy bez problemu. Fotograf uparł się, żeby mnie z wózka przenieśli na taboret ustawiony w konkretnym miejscu. Nie bez wysiłku udało się mężczyznom posadzić mnie na stołek. Pracownik Foto Expressu wyjął aparat i siedząc naprzeciwko mnie zrobił zdjęcie. Rozmowa z nim wyprowadziła mnie z równowagi. Miałam pretensje, że w rozmowie telefonicznej nie uprzedził o ewentualnych utrudnieniach. Oświadczył, że „owszem przychodzą do niego niepełnosprawni, ale inaczej. Wózki on każe zostawiać na zewnątrz nawet gdy przychodzą matki z dziećmi". Widząc moje poirytowanie, próbował chwycić mnie na lep komplementu, twierdząc, że "zrobi mi ładne zdjęcie i będę zadowolona”. Ja denerwowałam się, bo „chłopaki” z transportu stali na dworze, a zimno było z powodu wiatru. Poza tym wiedziałam, że już powinni być w trasie po następnego klienta. Wydrukowanie zdjęcia nie trwało pewnie długo, choć dla mnie to była wieczność. Kiedy spytałam fotografa czy długo to jeszcze potrwa, odpowiedział pytaniem „wie pani co znaczy express?. To jest taki punkt.” Potem weszli moi „transportowcy” i rozpoczęła się akcja umieszczania mnie w wózku. Na szczęście nie padłam na podłogę jak długa, bo wtedy z nerwów i stresu pewnie posikałabym się. Panowie przewieźli mnie pod urząd, zadbawszy wcześniej by w kołach wózka było więcej powietrza. W urzędzie najpierw zajęła się mną Pani z punktu informacyjnego, numerek okazał się niezbędny. W hali głównej odczekałam 40 minut zanim wyświetlił się mój numer. Trafiłam na bardzo uprzejmą i sympatyczną urzędniczkę. Musiałam wypełnić nowy wniosek, bo ten przyniesiony przeze mnie był na dwóch jednostronnie zadrukowanych kartach, a obowiązywał dwustronnie zadrukowany na jednej kartce. Po sprawdzeniu wniosku pobrano mi odciski, palce wskazujące nie chciały się odcisnąć prawidłowo. Zatwierdzono dopiero odciski palców środkowych. Wyrabianie dowodu nie było takie straszne jak widziałam to oczami wyobraźni. Pani Basia, przyjmująca dokumenty, była bardzo życzliwa i udzieliła mi kilku wskazówek: gdzie mogę kupić wodę do picia, jak postępować w dniu odbioru gotowego dowodu. Wam może wydać się to śmieszne, ale ja po tylu latach siedzenia w czterech ścianach, uczyłam się na nowo zachowań wśród ludzi. Naprawdę czułam się jak jaskiniowiec, który pierwszy raz trafił do cywilizowanego miejsca. Co mnie zaskoczyło? Kiedy wyjeżdżałam z hali głównej by udać się do sklepiku znajdującego się przy wejściu, kilka osób pytało mnie czy nie pomóc. Zastanawiałam się czy ja wyglądam na tym wózku tak nieporadnie jak „siódme dziecko stróża” czy też jest to odruch mijanych przeze mnie ludzi. Moje myśli przerwała wspomniana już Pani z punktu informacyjnego, która osobiście podwiozła mnie do sklepiku. Przyznaję, że pytania panów od przewozu ile ważę, były dla mnie trochę krępujące, bo jasno dawały do zrozumienia, że jestem za ciężka. Kiedy po dwóch godzinach napięcia fizycznego i psychicznego znalazłam się w sklepie, to oprócz wody kupiłam sobie suche wafle i tabliczkę czekolady Nussbeiser. Siedząc w przedsionku urzędu i czekając na przewóz powrotny, posilałam się słodyczami, ku wielkiemu zgorszeniu petentów. Wiem, że nieelegancko jest jeść w urzędach i innych miejscach publicznych, ale stres zaczął odpuszczać, a ja musiałam czymś zająć ręce, by się nie rozryczeć z radości, że dałam radę. Wiem, że załatwienie tak ważnej sprawy nie byłoby możliwe bez pomocy siostrzenicy, Piotra i Rafała z transportu i życzliwych urzędniczek z ratusza, ale najważniejsza dla mnie była świadomość, że muszę odnaleźć odwagę, którą zawsze w sobie miałam gdy chodziłam samodzielnie lub przy chodziku. Pięć lat zamknięcia sprawiło, że bałam się poruszania na wózku na zewnątrz. Syna nie wzięłam ze sobą,bo stał się osobą bardzo, bardzo nerwową. Gdyby był świadkiem zachowania fotografa, mogłoby dojść do konfliktu, a nie chciałam dodatkowego stresu i wstydu. Miałam szczęście, trafiłam na wspaniałych chłopaków, spodobali mi się do tego stopnia, że zamawiając transport do Vision Express by wyrobić nowe okulary(z tym zwlekałam przez lata), zamierzam prosić o tę samą ekipę, choć jest ich podobno 10. Ja wiem czego mogę się po nich spodziewać, a i oni znają już mnie. Będę miała duże poczucie bezpieczeństwa, a to jest dla mnie najważniejsze.

   Zdjęcia obejrzałam dopiero, gdy oczekiwałam w urzędzie. Na fotografii mam minę „kota srającego na puszczy” i nadaje się ona  na list gończy, a nie do dowodu. Nie mogłam już nic na to poradzić. Tłumaczę sobie, że już nikomu nie muszę się podobać, a ponieważ urzędniczka nie zakwestionowała zdjęcia, tylko wkleiła je do wniosku, to znaczy, że jakieś podobieństwo pozostało.

    Długo mnie nie było na blogu, bo nie ukrywam, że wojna na Ukrainie przygnębiła mnie straszliwie i strach, że może być początkiem większego konfliktu, nie opuszcza mnie. Jednocześnie wiem, że co ma być to i tak będzie, a ja mam na to niewielki wpływ. Czas więc wrócić do dotychczasowego życia. Gdy mnie przywieziono z powrotem i znalazłam się w swoim mieszkaniu, obiecałam sobie, że po dniu odpoczynku, odbędę rozmowę z przedstawicielem Wspólnoty Mieszkaniowej, dlaczego „ustrojstwo” jakie zamontowali przy schodach na parterze pozwala po rozłożeniu wjeżdżać wózkami dziecięcymi, a nie także inwalidzkimi. Następnego dnia złapałam się na myśli, że może nie warto o to walczyć, jeżeli przyjdzie mi w najbliższych miesiącach zmienić miejsce zamieszkania. Niestety nie wyobrażam sobie mieszkania z młodymi. Jeżeli i tak mielibyśmy wynajmować mieszkanie, to tym razem oni zamieszkaliby u mnie, a ja wynajęłabym lokal w budynku, gdzie nie byłoby schodów utrudniających wyjazd wózkiem z budynku. Taką mam myśl, co o tym sądzicie? Najchętniej uciekłabym z Warszawy, by syn nie mówił, że opiekuje się mną i nie może ułożyć  sobie życia osobistego. 

     Pozdrawiam wszystkich tych, którzy zastanawiali się co się dzieje, czemu nie ma mnie na blogu. Jestem , żyję i dzięki poniedziałkowej wycieczce, wiem, że jeszcze mogę coś przeżyć i nie jestem skazana na kolejne lata siedzenia w mieszkaniu.

poniedziałek, 7 lutego 2022

KSIĘŻYC NAD POLSKĄ

 

Wczoraj po długiej chorobie odeszła wielka polska pisarka, a dla nas Mama i Teściowa Maria Nurowska.
Wielcy ludzie jednak tak naprawdę nigdy nie odchodzą. Maria zmieniła tylko postać swojej energii i ta energia na zawsze dla nas pozostanie w sercach a dla wielu z Was w tysiącach stron jej książek.
Prosimy o dobre myśli.”
- taką informację 4 marca na portalach społecznościowych zamieścił zięć Ryszard Żelazny.





To zdjęcie Marii Nurowskiej bardzo mi się spodobało. Jest na nim piękna i kobieca


   Maria Nurowska(1944-2022), urodziła się we wsi Okółek w suwalskim. Ukończyła Filologię polską i słowiańską na Uniwersytecie Warszawskim w 1974 roku. Wtedy też debiutowała na łamach miesięcznika „Literatura”. W roku 1975 wydała tom opowiadań „Nie strzelać do organisty”. Od 1976 wydawała regularnie powieści, a jednymi z ostatnich były: w 2017 „Dziesięć godzin” i "Pamiętnik znaleziony w Katyniu" w roku 2018. Wikipedia podaje, że jej dorobek, to dwie sztuki teatralne „ Małżeństwo Marii Kowalskiej” i „Przerwa w podróży”, dwie książki dla młodzieży: „Wyspa na lądzie”(1979), „Reszta świata”( 1977, 1981) oraz ponad 30 książek dla kobiet i o kobietach.  Największy sukces odnosiła w Europie,  za zachodnią granicą(7 tytułów) ale przetłumaczono jej powieści także na francuski („Postscriptum”) i czeski („Listy miłosne”).   Na całym świecie Jej książki były przetłumaczone na 20 języków. Brała czynny udział w życiu kulturalnym, zamieszczając swoje utwory(wiersz „Piosenka rannego w bandażach”), felietony(cykl „Swoją drogą"),artykuły i teksty paraliterackie w gazetach: „Kultura i Życie”, „Życie”, „Polityka”,, „Teatr”, „Wprost”. Była autorką 10 audycji radiowych, scenariuszy filmowych:

Śnić we śnie” na podstawie książki „Po tamtej stronie śmierć”-reż.J.Nasfeter 1979.;

”Panny i wdowy”-książka powstawała w trakcie realizacji filmu-J.Zaorski 1991(poważne różnice artystyczne pomiędzy autorką scenariusza, a reżyserem, przysporzyły serialowi(5 odcinków) reklamy).

Boczny tor”-reż. M.Popławski 1986

Białe tango”-scenariusz napisany wraz z Januszem Andermanem, 8 odcinkowy serial współczesny-reż.J.Kidawa 1981.

Była członkinią Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

    O Jej życiu prywatnym można przeczytać niewiele. Była wnuczką arystokraty, właściciela pałacyku w Homlu. Ojciec był legionistą, a matka żołnierką AK i późniejszą zagorzałą komunistką. Kilkakrotnie zamężna, ma córkę, jest babcią i prababcią.

  Jej twórczość utrzymana jest w konwencji romansu, melodramatu, połączonego z elementami powieści obyczajowej i historycznej. Sięgając do konwencji melodramatu rysowała portret psychologiczny postaci, by ukazać konflikt bohatera ze światem zewnętrznym. Akcje powieści umieszczała w określonej rzeczywistości historycznej np. II Wojny Światowej lub we współczesności. Nie stroniła od kiczu i emocji, które on powoduje. Zderzała stereotyp z niepowtarzalnym, banalne z rzadkim; wywoływała łatwe wzruszenia i nieoczekiwanie głęboką refleksję;z dużą wprawą konstruowała postaci, lekko prowadziła opowieść, balansowała na granicy świadomie wybranej przesady i naiwności, dowodziła jak groteskowy może być los kobiety głęboko i uparcie zakochanej. Jej bohaterkami są kobiety nieprzeciętne i namiętne, wielkie miłośnice, którym nie są w stanie dotrzymać kroku ich partnerzy, uwiklani w politykę, w ideę, złamani ciśnieniem historii."(cytat zaczerpnięty ze strony Culture.pl).

Nurowska słynęła z tego, że aby zdobyć wiarygodny materiał do powieści, potrafiła się posunąć bardzo daleko. Przy okazji przygotowań do pisania „Drzwi do piekła” spędziła tydzień w kobiecym więzieniu" (kultura.gazeta.pl).)

Sama o swojej twórczości mówiła:

Zawsze piszę , jakbym zjeżdżała ze stromej góry na jednej narcie”. „Zawsze chcę sprzedać to, co przeżywam, na tym polega mój zawód. Myślę, że nie powinno to być zarzutem. Przecież literatura jest sprzedawaniem siebie, swojego doświadczenia.”(cytat z Culture.pl)

" Najważniejsze jest dla mnie, aby  moi bohaterowie nie byli papierowi. Jeśli uda mi się tchnąć w nich życie, uważam, że odniosłam sukces. I czytelnicy dokładnie o tym piszą w listach do mnie- mają wrażenie obcowania z żywymi postaciami. Nigdy nie myślę o tym, czy książka się sprzeda. Zawsze decyduje temat, który mnie zainspiruje. Wbrew pozorom moje książki nie są łatwe i przyjemne, a moi czytelnicy, to nie są ci, którzy oglądają tasiemcowe seriale w telewizji.Sa wsrod nich zarówno kobiety jak i mężczyźni"(cytat https://weekend.gazeta.pl/weekend/).

    Natomiast Eliza Szybowicz tak oceniła twórczość pisarki:”Jej twórczość można oceniać optymistycznie-jako dowód wielkiego zapotrzebowania na literaturę popularną, ale podejmującą trudne tematy;otwartą na inność, odważną obyczajowo. I pesymistycznie- jako dowód na zachowawczość rynku, który premiuje jedynie nieudolne imitacje”.(cyt. Culture.pl)

Z bogatego dorobku pisarskiego Marii Nurowskiej przeczytałam tylko 3 powieści: „Wybór Anny”, „Listy miłości” i „Księżyc nad Zakopanem”. Po lekturze dwóch pierwszych książek obiecywałam sobie, że przeczytam wszystkie inne, również te o Pułkowniku Kuklińskim- „Mój przyjaciel zdrajca”, o Generale Władysławie Andersie-  „Anders”, o Czesławie Miłoszu i Sergiuszu Piaseckim „Sergiusz, Miłosz i Jadwiga”. Niestety stan zdrowia zamknął mi bezpośredni dostęp do biblioteki, a członkowie rodziny nie są zainteresowani by mi lekturę dostarczać. Książkę autobiograficzną „Księżyc nad Zakopanem” przeczytałam dzięki dziennikarce Iwonie Kmicie, która przesłała mi ją wraz z innymi tytułami. Nie zgadzam się ze zdaniem Elizy Szybowicz, że „twórczość Marii Nurowskiej można oceniać pesymistycznie jako dowód na zachowawczość rynku, który premiuje jedynie nieudolne imitacje”. Książki Nurowskiej na pewno nie są „nieudolnymi imitacjami”. Pisarka była taka jak jej bohaterki: odważna, niezależna, nie bała się wyzwań. Mężczyźni w Jej życiu nie dotrzymywali jej kroku, czego dowodem może być związek z prawnikiem Jackiem B, z którego wyszła okaleczona emocjonalnie i ograbiona finansowo „wtedy z pewnością byłam kimś dla niego ważnym i J wiele byłby w stanie dla mnie poświęcić. Chociaż... jego przeprowadzka z Monachium do Warszawy raczej poświęceniem nie była. Kończyły się rządy Aws-u, a wraz z nimi kariera dyplomatyczna J.

-Będę twoim sekretarzem-śmiał się, szukał jednak pracy, z marnym niestety skutkiem.

Wtedy podsunęłam mu pomysł, aby otworzył własną kancelarię, w moim mieszkaniu na Starym Mieście. Urządzałam ją pełna zapału, bo miał to być rodzaj zabawki dla ukochanego mężczyzny. Ta zabawka przemieniła się w molocha, który powoli pożerał nasz związek”.

 


 Powyższy cytat pochodzi z „Księżyc nad Zakopanem”, książki która jest opowieścią o miejscach i ludziach. Cudownie barwna opowieść o Polakach,tych z pierwszych stron gazet i tych zwyczajnych mieszkańcach różnych miejscowości, które opisuje autorka.

   Życie Marii Nurowskiej ponoć toczyło się w dwóch miejscowościach: Warszawie i Bukowinie Tatrzańskiej, ale poznała ona nie tylko Polskę, szukając w niej swego miejsca na ziemi, ale także Stany Zjednoczone, gdzie pojechała na spotkanie z Ryszardem Kuklińskim i Niemcy, do których była zapraszana na spotkania autorskie.

   Relacje Marii Nurowskiej z jedyną córką, były trudne, o czym możemy przekonać się w wywiadzie rzece: Matka i córka. Maria Nurowska i Tatiana Raczyńska w rozmowach z Martą Mizuro”, to poruszający wywiad z pisarką i jej córką opracowany przez Martę Mizuro. Kobiety opowiadają o swoich relacjach, które nie zawsze są łatwe. Wspominają dzieciństwo, wejście w dorosłość, ludzi i wydarzenia, które ukształtowały ich charakter. Poruszają tematy drażliwe, wstydliwe i bolesne. Mówią o tym ze szczerością i otwartością. Piękną recenzję znalazłam tutaj:ksiazki.wp.pl/urlop-od-bycia-corka-614878962985945/xzehcdl7a.

   Sama pisarka jednak tak napisała: „Tania po latach studiów , w tym dwuletnich podyplomowych, jest pedagogiem i logopedką w podwarszawskiej szkole. Uwielbia pracę z dziećmi. Troszczy się bez opamiętania o swoich podopiecznych, głównie z rodzin patologicznych, kupując im za własne pieniądze jedzenie i lekarstwa. Swoją pracę traktuje jak swego rodzaju misję”. Co powie Tania na mój kolejny nieudany związek? Znając jej dobre serce, wiem, ze będzie mnie pocieszała,Jeszcze kogoś spotkasz mamo. Zobaczysz...”.

   Równie ciepło wypowiadała się o swoich wnukach: „Maciek wybrał studia artystyczne, czyli bliżej nieokreślone, co do Julci, jest jeszcze za mała, aby się na temat jej przyszłości wypowiadać. Na pewno nie wybierze prawa, bo jej rodzice uważają, że prawnicy to ludzie co najmniej podejrzani, bronią różnego rodzaju przestępców. A że ten zawód przynosi prestiż i pieniądze? Co z tego, według nich pieniądze szczęścia nie dają”.

    Nie wiem czy Maria Nurowska spotkała jeszcze kogoś, po związku z J, bo nie natrafiłam na informacje na ten temat. Może słowa „Nawet w tłumie jestem samotna”, to nie tylko tytuł wywiadu Damiana Gajdy z pisarką, przeprowadzonego 18 marca 2016 ,(treść znalazłam na kultura.onet.pl) , ale jej opinia o własnym życiu.

Lubię mężczyzn. I jeśli z kimś się przyjaźniłam, to właśnie z mężczyznami.” Najważniejszym mężczyzną Jej życia był Leon Niemczyk, z którym się przyjaźniła. To jemu poświęciła książkę „Bohaterowie są zmęczeni”, wydaną przez „Zwierciadło” w 2016r.

W marcu 2021 roku zamieściła na Facebooku:

"0d roku jestem tzw. niepełnosprawna.Udar głowy, ze wszystkim można sobie poradzić.ale nie z udarem głowy w godzinach nocnych. Budzsisz się i nie bardzo wiesz, co cię obudziło.Po chwili czujesz b:ól rozsadzający połowę czaszki!Ból nie do wytrzymania.Budzisz opiekunkę. ona mierzy ci ciśnienie; pani Mario wysokie. chronimy wątrobę! No jasne... znosić te igły na połowie głowy, które są jakieś jak nie z tego świata...Może uda się
zasnąć....wiem,że nie, że będę jakimś strzępem ludzkim,który musi doczekać godziny, gdy Można Wziąć lek."

    3 marca skończyłaby 78 lat, jako człowiek opłakuję Jej śmierć, jako uwielbiająca Jej twórczość, żałuję że nic już nie stworzy. Nie składałam noworocznych postanowień, gdy w Sylwestra zegar wybijał 12-tą. Niczego bowiem nie planowałam. Dziś chcąc złożyć osobisty hołd moim zdaniem jednej z najlepszych wspólczesnych pisarek, zamieszczam ten post i postanawiam przeczytać chociaż część książek z tak wspaniałego dorobku. Pod informacją o śmierci Marii Nurowskiej na jednym z portali, osoba o niku Katarzyna, napisała, że ma na swoich półkach 28 książek tej autorki. Trochę zazdroszczę, ale przecież one nie trafiły tam same. Ktoś musiał je kupić. 

środa, 19 stycznia 2022

DLA ZOSI

 Niechaj mię Zośka o wiersze nie prosi, 
 Bo kiedy Zośka do ojczyzny wróci, 
 To każdy kwiatek powie wiersze Zosi, 
 Każda jej gwiazdka piosenkę zanuci. 
 Nim kwiat przekwitnie, nim gwiazdeczka zleci, 
 Słuchaj - bo to są najlepsi poeci. 

 Gwiazdy błękitne, kwiateczki czerwone 
 Będą ci całe poemata składać. 
 Ja bym to samo powiedział, co one, 
 Bo ja się od nich nauczyłem gadać; 
 Bo tam, gdzie Ikwy srebrne fale płyną,
 Byłem ja niegdyś, jak Zośka, dzieciną. 

 Dzisiaj daleko pojechałem w gości 
 I dalej mię los nieszczęśliwy goni. 
 Przywieź mi, Zośko, od tych gwiazd światłości, 
 Przywieź mi, Zośko, z tamtych kwiatów woni, 
 Bo mi zaprawdę odmłodnieć potrzeba. 
 Wróć mi więc z kraju taką - jakby z nieba. 
 Juliusz Słowacki "W pamiętniku Zofii Bobrówny".

   Wiersz, ukochanego poety, dedykuję Zosi G., która 26 stycznia będzie obchodziła 18 Urodziny. Co prawda wiersz wpisano do sztambucha innej  Zofii, ale to tylko dowodzi, że Jubilatka nosi jedno z najpiękniejszych polskich imion.
                                                       Droga Zosiu 
                                                  bądź zawsze pełna pasji
                                                 i chęci, 
                                                  by spełniać marzenia,
                                                  te sportowe i te osobiste.
                                                  Żyj 100 lat i o jeden dzień dłużej.





Post jest odpowiedzią na apel Karoliny z bloga
Mam nadzieję, że inni blogerzy i internauci przyłączą się do akcji 

                     Zróbmy przyjemność Zosi na urodziny.