Nie pamiętam żeby jakikolwiek
czerwiec był tak ciężki jak tegoroczny. Zazwyczaj wspominałam ten
miesiąc miło, bo albo kończyła się szkoła, albo zbliżały się
wakacje i czas odpoczynku(gdy edukację własną lub syna, miałam za
sobą). Po 3 dniach samoleczenia, syn wyruszył do przychodni, by
zdobyć numerek do lekarza. Ranek był chłodny, więc zanim się
dowiedział, że już numerków do żadnego przyjmującego w
tym dniu lekarza nie ma, przewiało go porządnie. Zanosiło się na
to, że druga osoba legnie, powalona przeziębieniem. Przez dodatkową
godzinę(bo lekarka z rannej zmiany się spóźniła) czekała
moja pociecha, by zapytać, czy pani doktor przyjmie mamę bez
numerka. Lekarka oświadczyła, że wśród czekających
przyjmie tylko matkę z dzieckiem. W rejestracji syn zapytał czy
jest szansa, że lekarz z popołudniowej zmiany zechce matkę zbadać.
Usłyszał, że wtedy jest jeszcze więcej pacjentów niż
rano, więc nie ma szans. Wrócił z przychodni zły i
zmarznięty.
Jeżeli w twojej rejonowej
przychodni Cię nie chcą przyjąć, to poszukaj takiej lecznicy,
gdzie zechcą to zrobić. Gdyby w danym dniu zasobność mojego
portfela była większa, to poszłabym do prywatnego lekarza. Gdyby
nie przeświadczenie, że pogotowie może być potrzebne innemu
człowiekowi w poważniejszym stanie niż mój, być może
wezwałabym je na pomoc, tak jak radzą mi ludzie, gdy słyszą o
moich perturbacjach z dostaniem się do lekarza. Ja jednak
zadzwoniłam na informację medyczną i zapytałam pana, który
odebrał telefon, gdzie mogę szukać pomocy, jak jej nie dostaję w
przychodni rejonowej. Odpowiedział mi uprzejmie, że dla mojej
dzielnicy, nocna pomoc medyczna od godziny 18.oo w przychodni na
Szajnochy. Ucieszona, że jest korzystne rozwiązanie problemu,
postanowiłam poczekać do wieczora. Pech chciał, że pod wieczór
samopoczucie znacznie się pogorszyło i czułam się tak słabo iż
nie byłam w stanie pojechać. W tej sytuacji syn
postanowił załatwić mi lekarza w przychodni vis a vis swojego
mieszkania. W tej placówce bowiem nie ma zapisów,
trzeba tylko przyjść w danym dniu i zapisać się do lekarza. Mnie
udało się dostać do lekarki na środę na godzinę 12.30. Syn
wziął z rejestracji deklarację przejścia do danej przychodni, ja
ją wypełniłam i kwadrans przed wyznaczoną godziną stawiłam się
w przychodni. Okazało się, że lekarka ma spore, bo godzinne
opóźnienie w przyjmowaniu pacjentów. Bojąc się, że
nie wstanę z krzesła na czas gdy trzeba będzie wejść do
gabinetu, stałam dzielnie przy drzwiach, czekając na swoją
kolejkę. Około godziny 13.00 pod drzwiami gabinetu pojawiła się
niewysoka kobietka, w spodniach rybaczkach koloru beżowego,
twierdząc że ma numerek na godzinę 13.00 i w związku z tym
wchodzi do gabinetu po wyjściu pacjenta nie bacząc na to, że w
kolejce są ludzie z wcześniejszych godzin. Kiedy została wyśmiana
przez pacjentkę z numerkiem o 12.15, próbowała podchodów
ze mną ale zbyłam babę stwierdzeniem, że mam numerek wcześniejszy
od niej więc na pewno przede mną nie wejdzie. Moje siły były na
wykończeniu, gdybym miała postać przed gabinetem jeszcze 5 minut
dłużej, to bym usiadła na podłodze i już się nie podniosła,
dlatego z wielka radością powitałam otwierające się drzwi
gabinetu. Po wejściu, gdy okazało się, że zamiast opasłej
koperty z historią choroby jest pojedyncza kartka, musiałam
wysłuchać tyrady lekarki :
- po co się przenosiłam, w starej przychodni mnie znają
- mam do tamtej przychodni bliżej
- pani doktor nie musi mnie przyjąć, bo mnie nie zna i nic o mnie nie wie.
Byłam zmęczona staniem, źle się
czułam i ostatnią rzeczą jaka była mi potrzebna, to usłyszenie,
że jestem persona non grata. Do gabinetu weszła akurat
rejestratorka, która przyjmowała moją deklarację, więc
swoją frustrację wyładowałam na niej, pytając dlaczego nie
powiedziała mi, żebym przez godzinę, którą stałam pod
drzwiami, ściągnęła historię choroby z dawnej przychodni, bo w
tej chwili lekarka odmawia przyjęcia mnie. Na całe szczęście
zaatakowana przeze mnie kobieta cierpliwa była i nie odpowiedziała
na mój atak agresją, bo byłaby awantura. Natomiast pani
doktor stwierdziła, że to ja powinnam była przyjść z historią
choroby i winna leży po mojej stronie(niestety miała rację, w naszym systemie lecznictwa, pacjent musi dźwigać kilogramy dokumentacji medycznej, jakby ciężar samej choroby był za małym "garbem"). Na tym dyskusja się
zakończyła, lekarka osłuchała mnie, nie powiedziała co mi
dolega. Stwierdziła tylko, że „coś słychać po lewej stronie”
i wypisała receptę na antybiotyk, osłonę i emskie. Nie zakończyła
badania tradycyjną formułką „po skończeniu leczenia, proszę
pokazać się na kontrolę”. Natomiast jeszcze raz powtórzyła
swoje argumenty przedstawione powyżej w punktach 1-3. Ja byłam już
tak wściekła, że z ironią w głosie zapytałam”co powinnam
zrobić, żeby od tej chwili być pełnoprawną pacjentką pani
doktor”? Usłyszałam: „ na razie proszę brać leki i leżeć”.
Pożegnałam panią doktor stwierdzeniem, że taksówka do
mojej byłej przychodni, kosztuje tyle samo co do tej, więc nie mogę
stwierdzić, do której mam bliżej”. Tydzień brałam
antybiotyk, potem minął kolejny , a ja wcale nie czułam się
lepiej. Zaczęłam nawet podejrzewać, że wirus, który
opanował moje ciało, jest oporny na leczenie. Nowa pani doktor jest na urlopie, bo dzień, w którym
się poznałyśmy był ostatnim przed jej wypoczynkiem, stąd być
może nieprzychylność lekarki dla mojej osoby.Zastanawiam się czy powinnam sama stawić się na kontrolę, czy
darować sobie być może kolejny stres, choć tym razem moja
historia choroby będzie nie cieńsza niż stałych pacjentów,
bo syn przeniósł dokumentację z dotychczasowej lecznicy. Po
wyjściu z gabinetu przeprosiłam pracownicę rejestracji, za swój
nieuzasadniony atak i słowem i drobnym bukiecikiem stokrotek, który
przyniósł syn, gdy przyszedł do przychodni, by odwieźć
mnie do domu.
Słabość jaką odczuwałam w
czasie całej choroby była wkurzająca. Nie byłam w stanie usiąść
do laptopa żeby jeżeli nie pisać, to chociaż poczytać. Piłam po
3 litry płynów dziennie, jadłam co 2 godziny spore posiłki,
a między nimi pogryzałam paluszki, drobne krakersy lub kilogramy
kukułek, raczków i innych słodkości oraz owoców(warzywa
ani surowe, ani ugotowane mi nie wchodziły). W związku z dużą
ilością przyjmowanych płynów, stopy miałam opuchnięte tak
bardzo, że ból sprawiało mi stawanie na nich.W deszczowe
dni i noce podudzia i prawa pachwina doskwierały mi mocniej niż w
pogodne dni.Właściwie byłam w stanie tylko leżeć, a bezczynności nie cierpię, więc się irytowałam więcej niż powinnam. Krótko mówiąc ciężki to był dla mnie miesiąc, a jeszcze gorszy dla mojego syna, bo to on był narażony na moje złe humory, frustracje i niepokoje. Do mojej siostry w czasie choroby zadzwoniłam raz, żeby dowiedzieć się jak ona się miewa i powiedzieć o swojej niemocy. Drugiego telefonu nie odebrała i nie oddzwoniła. Przez te wszystkie tygodnie nie zatelefonowała, nie przyszła odwiedzić. Jest mi przykro, bo gdyby mieszkała na drugim końcu miasta, to bym rozumiała, że jest jej trudno, ale być o bramę dalej i nawet nie zapytać? Dzisiaj są jej 64 urodziny, o których zawsze pamiętałam- składałam życzenia, ofiarowywałam pieniądze, żeby kupiła sobie coś przydatnego w prezencie, a nie była zmuszona przyjmować tego co popadnie. Dziś po raz pierwszy mam ochotę udać, że zapomniałam.
Natomiast bardzo serdecznie dziękuję wszystkim, którzy zamieścili komentarze ze słowami otuchy i życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia. Wasze wsparcie drodzy internetowi(a jakże bliscy) znajomi działało na mnie ozdrowieńczo znacznie skuteczniej niż wszelkie specyfiki i było słodsze od największych zjadanych frykasów. Nawet sobie nie wyobrażacie jak miło jest znowu do Was pisać, w nadziei, że zechcecie przeczytać i być może skomentować.