czwartek, 31 grudnia 2015

SYLWESTER

                                          
     Wreszcie nadszedł najlepszy dzień roku. Dziś możemy zostawić za sobą wszystkie złe momenty, a myśleć z wiarą i nadzieją o tym co nas czeka w 2016.
   Wśród znajomych mam 3 mężczyzn, którzy dzisiaj obchodzą imieniny. O każdym myślę z sympatia, bo wobec mnie zawsze byli mili, choć nie wiem czy mają na mój temat jakieś zdanie. Jeden jest mężem mojej koleżanki, mieszkają dwie bramy dalej. Przez krótki okres życia łączyły nas przyjacielskie stosunki, bo mieliśmy dzieci w tym samym wieku. Niestety ich synek zmarł i wtedy relacje ustały. Teraz gdy mijamy się na ulicy, rozmowa ogranicza się do pytania: co słychać. Drugi jest mężem mojej przyjaciółki z lat studenckich. Mieszkamy w tym samym mieście ale ja widziałam go bardzo dawno temu, gdy mój syn miał z 5 lat. Trzeciego poznałam rok temu, to on wraz z przyjacielem zrobił mi stołeczek, dzięki któremu łatwiej mi wchodzić do brodzika. Moja wdzięczność za to jest tak wielka, że będę tego mężczyznę pamiętała aż do śmierci.
   Sama nie wiem dlaczego wolę Sylwestra od Bożego Narodzenia. Może wynika to z tego, że mniej z nim zachodu, a atmosfera jest lżejsza, weselsza. Właściwie nie mam powodu, by ten dzień był szczególny. Nigdy nie zostałam zaproszona na żadną zabawę sylwestrową. Raz poszłam z matką na Sylwestra do jej przyjaciółki. Żadnych tańców, muzyki, tylko siedzenie przy suto zastawionym stole i wymuszone tematy rozmów o niczym. W pewnym momencie moja matka wstała i powiedziała:”na nas już czas”. Zdziwiłam się bo było grubo przed północą ale z moją rodzicielką się nie dyskutowało. Wiele miesięcy później, gdy znów pojawił się problem jak spędzić sylwestra, wyznała że usłyszała w tamten wieczór jak gospodyni mówi do swojej córki „ja mam już dość”. Nigdy więcej matka zaproszenia do kogoś na Sylwestra nie przyjęła. Do chwili jej śmierci spędzałam ten wieczór z nią. Raz tylko zostawiłam synowi mieszkanie gdy chciał urządzić zabawę dla swojej pierwszej dziewczyny. Spili się wtedy oboje okropnie. Trzy razy mój syn zapraszał do swojego pokoju na Sylwestra kolegów ale ponieważ nie było dziewczyn, to tańców też nie. Za każdym razem panowie upijali się na długo przed północą, więc syn zaprzestał organizacji takich imprez. W roku 2011 gdy poznał J zrobił ponownie domówkę ale ona była jedyną dziewczyną, więc też było drętwo. W 2012 byli u jej koleżanki i ponoć było miło. W następnym roku chcieli się zrewanżować i zaprosili do siebie ale tamta para w ostatniej chwili zrezygnowała. Przez dwa kolejne lata zapraszali różnych kolegów z partnerkami ale poza poniesionymi kosztami, w których goście nie chcieli partycypować, nie mają innych wspomnień. W tym roku może z powodu utraty pracy(co oboje bardzo mocno przeżywają), a może z braku chętnych do przyjęcia zaproszenia, będą siedzieli sami. Syn rano przyniósł szampana i zapytał czy chcę, by przed północą przyszli. Nie czuję się najlepiej, więc wyjątkowo będę zadowolona z samotności.
    Niemniej jednak w nadchodzącym roku, życzyłabym sobie jej jak najmniej, podobnie jak kłopotów. Z radością przyjmę grono nowych znajomych tych internetowych jak i w realu. Niechaj ten nadchodzący rok będzie spokojny, gwarantujący stabilną sytuację finansową, zdrowie i pogodę ducha.
Tego czego życzę sobie, życzę wszystkim, którym przyjdzie ochota przeczytać te słowa.
            " Przetańczyć całą noc. przetańczyć całą noc, 
              naprawdę mogłabym",
              więc
           " Tylko mnie poproś do tańca ja na nic więcej nie liczę",             
               bo
              "do tanga trzeba dwojga, zgodnych ciał i chętnych serc",
                gdy
              "Cała sala śpiewa z nami na tym balu nad balami",
                to
               "Zatańczysz ze mną jeszcze raz,
                ostatni raz nadzieja błyśnie i zgaśnie w nas
                 jak niepotrzebna łza".

     W tanecznym rytmie, życzę Wam Do Siego Roku.

TRYPTYK POŚWIĄTECZNY cz.3

 Popołudnie do godziny 16.30 spędziłam w kuchni: obrałam ziemniaki, wyjęłam rybę do rozmrożenia przed smażeniem, ugotowałam pierogi, które wedle wcześniejszych ustaleń miały być odgrzane w mikrofali przed podaniem na stół. Sporym problemem okazał się wielki gar bigosu, który zajmował dwa średnie palniki i ograniczał tym samym pole manewru. We wcześniejszych latach, gdy syn przychodził niby mi sprzątać, a w większości czasu było to narzekanie jak się narobił u siebie, to dopilnowywałam żeby przeniósł garnek na biurko do małego pokoju i kolację można było szykować na 4 palnikach. Tym razem popróbował bigosu ale go nie wyniósł. Ja od jakiegoś czasu mam drętwiejącą lewą rękę, więc stojąc w kuchni trzymam się mebli prawą. Nadgarstki obu dłoni mam tak słabe, że z wielkim trudem podnoszę pusty talerz czy kubek. Przed godziną 17.00 udałam się do sąsiadki(tej od Pawła), by złożyć życzenia zanim wyruszą do seniorki rodu na wigilijną wieczerzę. Wróciłam od nich w wyśmienitym nastroju, bo w prezencie otrzymałam figurę „Świętej Rodziny”, „kominek” czyli domek ze świeczką w środku i kwiat doniczkowy, którego nazwy nie znam. Taki kwiat dostałam od nich już wcześniej w maju na imieniny ale zwiądł, nad czym  ubolewałam, bo bardzo mi się podobał, gdy oglądałam go u nich na ścianie.
   Po wejściu do domu przełożyłam bigos w pojemniki po kapuście i zamierzałam zabrać się do umycia garnków, które "odmakały" po nieszczęsnym schabie i pierogach. Okazało się, że nie mogę ruszyć nogami. Nie byłam w stanie ani ich podnieść by zrobić krok ani nawet przesunąć ruchem ślizgowym(podobna niemoc dopadła mnie wczoraj, gdy tylko się obudziłam). Leżałam cały dzień, dlatego dwie części tryptyku opublikuję jednego dnia. Nie umiem powiedzieć ile czasu zajęło mi pokonanie 2-3 metrów z kuchni do kanapy w pokoju. Chwyciłam za telefon i poprosiłam syna, żeby jednak ruszył z odsieczą, bo ja nie jestem w stanie nic już zrobić, chyba że nauczę się w ekspresowym tempie latać. Domyślam się co sądzą o mnie czytający te słowa: baba sama nie wie czego chce. Kiedy syn przychodzi po listę zakupów ona mu odmawia, gdy pyta czy ma przyjść pomóc spotyka go to samo. I pewnie macie rację, ja jednak odbieram to trochę inaczej. Wielokrotnie zdarzało się, że zawierzałam synowi, gdy mówił, że zrobią zakupy w weekend, a potem siedziałam z pustą lodówką, bo albo ona była chora, a on bez niej nie chciał iść albo jego bolały zęby, głowa lub dusiła astma, a ona nie powiedziała: ”to ja pójdę sama, bo obiecaliśmy mamie”. To nauczyło mnie, że jak robię  zakupy, to kupuję od razu na dłuższy czas, a szczególnie dotyczy to pieczywa, które chowam w zamrażalniku(wczoraj prosiłam go o chleb i zapomniał go kupić, kazałam wyjąć rezerwę). Kiedy zapytał czy ma wcześniej przyjść, to odmówiłam bo wiedział, że są rzeczy, które od lat robi on jak np. ubieranie choinki. Ja choć raz nie chciałabym się dopraszać.Choć raz chciałabym żeby  stwierdził:" przyjdziemy wcześniej, by ci pomóc w tym z czym nie zdążysz". Może oczekuję niemożliwego.
   Syn wpadł do domu punkt 20.00, bo bił zegar na kościele. Wszedł do kuchni i zaczął się festiwal.” K... zlew zatkany, bo się żarcie wrzuca”(nigdy tego nie robię) krzyknął. Podniosłam się z kanapy i szurając nogami ze łzami w oczach kierowałam się do kuchni. Stanęłam w przedpokoju w chwili, gdy mój syn zamiast rozpiąć rękaw koszuli, szarpnął nim rozdzierając aż po pachę. Udrożnił odpływ, a ponieważ ja nie zareagowałam podniesionym głosem na jego wyczyny, to zaczął szukać nowego powodu do sprzeczki. Najwyraźniej był w bojowym nastroju i chciał dać upust swojej frustracji. W tym momencie żałowałam, że prosiłam o pomoc, zamiast tego mogłam odwołać wspólną kolację i wieczór spędzić samotnie ale w spokoju. Wziął do ręki tackę z filetem pstrąga i nawijał:”coś ty za gówno(w oryginale było bardziej niecenzuralne słowo) kupiła, pewnie ościste, w jakimś mule i z łuskami”. Skórę ten filet miał ale nie widziałam łusek, ości były ale tak drobne, że w gardle by nie stanęły. W ciemnym foliowym opakowaniu jest inna ryba, tylko nie wiem jak jej dużo - odkrzyknęłam. „Jeden filet” usłyszałam w odpowiedzi. Jak mu pstrąg nie pasował, to mógł usmażyć dorsza. Było go mało ale na trzy osoby żeby spróbować wystarczyłoby. Kiedy "nie nadziałam się na haczyk" i ryba nie wywołała awantury, to otworzył lodówkę i pyta: 
-a surówka do tej ryby jaka? 
 - Jak to surówka.(pomyślałam zdziwiona). W Wigilię ludzie do ryby i ziemniaków biorą kapustę z grochem ale ponieważ my nie lubimy, to zawsze jedliśmy kapustę bigosową"oczyszczoną" z kawałków mięsa. Poza tym jak chciał surówki, to mógł wcześniej zadzwonić i zapytać albo przynieść ze sobą taką jaką lubią, a nie teraz się czepiać "jak pijany płotu".
- No ja wiem, że ty same ziemniaki potrafisz wpierdalać ale my do ryby i ziemniaków surówkę jemy. Paprykę masz ale to chili, a nie konserwowa(moja wina, biorąc ją w sklepie z półki nie sprawdziłam, pomyłkę dostrzegłam dopiero w domu). Masz jeszcze pieczarki marynowane, a innych grzybków nie. Kiszonej kapusty nie odłożyłaś zanim zrobiłaś bigos?
- Grzybków nie było, kapusty nie zostawiłam(jak w poprzednich latach zostawiałam, to leżała w lodówce tak długo, aż wyschła i sczerniała).
    Miałam dość. Powiedziałam żeby wziął psy i z nimi wyszedł. On mi na to, że zabierze je gdy pójdzie po J, a ona dzwoniła,że będzie gotowa za 5 minut. W czasie gdy go nie było nakryłam stół obrusem wyjęłam sianko i opłatek w nadziei, że gdy synowa przyjdzie, to pomoże mu w pracy, dokończy nakrywanie stołu, może ubierze choinkę(ja nigdy nie stroiłam choinki, bo wcześniejsze wyższe przewracałam, tłukąc ozdoby, a poza tym nie umiem ładnie rozmieszczać światełek). Gdy weszli,  pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to zmiana koloru włosów z głębokiej czerni na lisi, pomarańczowy czy coś podobnego. Nie powiedziałam, że ładnie wygląda, bo przypomniało mi się jak w listopadzie w „Rossmannie” kupiłam farbę dla siebie i smsem zapytałam ją czy którejś niedzieli nie przyszłaby z K.J  i nie położyłaby mi na te moje siwe „strąki”. Nie dostałam wtedy odpowiedzi. Gdy syn był na zwolnieniu jego poprosiłam o to samo(wszak w wieku 17 lat przefarbował się na „Eminema”, dzięki czemu wśród znajomków ma taką ksywę). Ten dla odmiany obiecał ale jak to często u niego, w czyn nie wprowadził.
   Synowa krążyła pomiędzy kuchnią i pokojem dopytując się w czym mu pomóc ale braku choinki nie zauważyła. Jej wzrok padł natomiast na sianko i opłatek. Sianko położyła na stole(lepiej chyba będzie pod obrusem, powiedziałam), a opłatek na talerzyku. Na stół powędrowały napoje(nikt z nas nie lubi kompotu z suszu) i barszcz z uszkami. Kolacja oficjalnie się rozpoczęła. Wiem, że Wigilia, to nie czas na trudne rozmowy ale ja J widuję raz do roku na Boże Narodzenie, a syn wracając z pracy, wyprowadzał psy i rozmów żadnych prowadzić nie chciał. Powody były zawsze te same:  był zmęczony, wkurzony na współpracowników, więc nie miał siły  i ochoty wysłuchiwać mojego ględzenia. Kiedy kończyliśmy pierwsze danie, zapytałam i co teraz zamierzacie?(miałam na myśli to, że oboje dostali wypowiedzenie z powodu redukcji etatów). „Jak masz pierdolić, to lepiej posłuchajmy kolęd" i zaczął szukać pilota do telewizora. Nie lubię kolęd powiedziałam, choć we wcześniejszych latach, to on nie chciał ani ich śpiewać ani słuchać. Z pewnością słyszeliście o sejmie niemym. Otóż ja miałam niemą wieczerzę.  Przez dłuższy czas cisza panowała kompletna, powiedziałam: miało być inaczej, a jest tak jak zawsze. Ponieważ  zapchałam się barszczem, to stwierdziłam, że dalsze dania na razie odpuszczam. Synowa wyraziła podobną opinię. Wiem, że w Wigilię alkoholu się nie pije ale tak byłam wytrącona z równowagi, że poprosiłam o kieliszek wina. Syn uznał to za zgodę, by oni  pokrzepili się czymś mocniejszym. Po wysączeniu 2 kieliszków(zazwyczaj tracę świadomość po 700 ml  wódki, wypitej z sąsiadką z okazji moich imienin lub urodzin) poczułam jak nachodzą mnie mdłości i kręci mi się w głowie. Odsunęłam na środek  nakrycie i oparłam głowę na stole żeby nie spaść z krzesła. Na to odzywa się mój syn: ”oto pierwsza ofiara upojenia alkoholowego”. Podniosłam głowę i słabym głosem poprosiłam J, żeby podała mi ciśnieniomierz. Wskazywał 90 na 60. Mój syn stwierdził, że najniższe może być sto, więc ja już powinnam być martwa. Dopiero gdy dziewczyna powiedziała:”ale mama blada”, to  się zreflektował, że żarty są nie na miejscu i dla odmiany zaczął wrzeszczeć:”pogotowie wzywam, pogotowie wzywam”. Nie miałam siły wstać żeby go zdzielić „z liścia” ani nawet żeby podnieść głos, a są to jedyne znane mi sposoby opanowania histerii. Synowa pościeliła mi łóżko i  gdy po kolejnym mierzeniu okazało się, że ciśnienie mam już normalne 124 na 60, to oni zaczęli zbierać się do wyjścia. Zawróciłam ich z przedpokoju, mówiąc: ”kolację schrzaniłam ale choinkę moglibyście mi ubrać przed wyjściem”. Zrobiła to J, a mój syn się rozsiadł i tylko ją krytykował. Bałam się żeby nie spełnił swojej groźby, że będzie przy mnie siedział, bo nie zniosłabym jego wisielczego czy jak kto woli czarnego poczucia humoru. Tak zakończył się wigilijny wieczór. Może zasłabnięcie było wynikiem wina, tak jak twierdził K.J,a może stresu, zmęczenia, niewyspania lub spadku cukru. A może wielu czynników, nie wiem. Dwa dni leżałam. Syn w pierwszy dzień świąt pojawił się około 13. Poprosiłam o podanie barszczu z resztką uszek. O dziwo obyło się bez komentarza. Ponownie pojawił się wieczorem po 20-tej i nie zapytał czy zrobić mi coś do jedzenia lub picia. Czy było mi przykro. Nie, dlatego, że już się przyzwyczaiłam do faktu, że on dużo mówi jak to mnie kocha albo jak to się o mnie martwi ale na słowach się kończy. Brudne naczynia i garnki pozostawione poprzedniego wieczoru, pozmywałam sama w tych momentach kiedy ciśnienie(mierzone co kilka godzin) było w normie. Kiedy było 190 na 100 leżałam. W poniedziałek poczułam się na tyle dobrze, że napisałam część pierwszą moich świątecznych przygód. Wtorek był dniem przymusowego lenistwa, bo lewa noga odmówiła całkowicie posłuszeństwa.  Na wszelki wypadek gdybym znowu nie mogła zrobić kroku, kazałam  naszykować wózek inwalidzki, by „dojeżdżać” do łazienki, kuchni czy laptopa, który ma stałe podłączenie do internetu w dawnym pokoju syna.
    Jutro Sylwester, a więc do zobaczenia.(korekta tekstu trwała na tyle długo, że w momencie publikacji jest już ostatni dzień roku).

środa, 30 grudnia 2015

TRYPTYK POŚWIĄTECZNY cz.2

   Jestem nadmierną optymistką albo bezgranicznie głupią kobietą. Przez cały listopad dziewczynie mojego syna(na starym blogu nazywaną panną J, a od zeszłorocznej wigilii córką) tłumaczyłam w smsach jak moim zdaniem powinniśmy rozplanować przedświąteczne porządki i zakupy, żeby nie było tak jak co roku, wszystko na ostatnią chwilę. Synowi, to samo przekazałam ustnie i zgodził się na mój plan. Nawet zaczął go realizować, myjąc 19 grudnia okna. Tyle tylko, że przez następne 3 dni nie zrobił w moim domu nic. Rozumiem, że czasami człowiek może się źle czuć, zabalować lub wystąpią inne okoliczności uniemożliwiające działanie zgodne z planem. Jeżeli coś takiego następuje, to w pierwszym dniu powrotu do normalności, zabieram się do pracy wcześnie i ze zdwojoną siłą, żeby zaległości nadrobić.  Liczyłam, że w naszym przypadku, tym dniem będzie środa.
   Wstałam około 8, zmierzyłam sobie ciśnienie, a ponieważ było dobre, walnęłam kawę na rozpęd i zabrałam się do sprzątania łazienki. Syn wkroczył do mieszkania około godziny 12.00 z takimi słowami na ustach: „daj swoją listę, bo jedziemy na zakupy”. Po 3 godzinach sprzątania pot mi spływał po twarzy i innych częściach ciała strugami, a ja nie byłam w ugodowym nastroju. A gdzie” przepraszam mamo, że nawaliłem w poprzednich dniach” albo jakiekolwiek inne słowa, które uspokoiłyby mnie, że pomimo poślizgu zdążymy ze wszystkim? Już w niedzielę zdałam sobie sprawę, że czego nie zrobię sama, to może nie być zrobione. Ponieważ oprócz dostarczonych już upominków miałam jeszcze jeden dla znajomych mieszkających za parkiem, wiedziałam że będę musiała wziąć taksówkę, by go Im wręczyć, bo choć mieszkamy od siebie o przysłowiowy „rzut beretem”, to na piechotę dla mnie za daleko, a K.J(tak będę określała na blogu syna) prędzej wyrzuci prezent do kosza i powie, że przekazał niż to faktycznie zrobi.  Przymus poruszania się taksówką sprawił, że zakupy postanowiłam zrobić osobiście w czwartek, by mieć pewność, że są. Dlatego na słowa syna, ujęłam się dumą i odpowiedziałam ”dawałam sobie radę przed twoim urodzeniem, dam i teraz. Sama jak widzisz sprzątam, sama zrobię zakupy”. Wyszedł trzaskając drzwiami. Nie wiem po kim on ma ten dziadowski nawyk, klamka u drzwi wejściowych już ledwo się trzyma. Jeszcze jedno czy dwa walnięcia i odpadnie, a ja zostanę zatrzaśnięta w chałupie.
   Po godzinnym odpoczynku, żeby rozprostować nogi, zabrałam się za sprzątanie kuchni. Około godziny 20.00, gdy już kończyłam, ponownie zobaczyłam swoją latorośl. Zajrzał do kuchni i zapytał: ”bigosu nie ma, a myślałem, że sobie podjem.” Wybuchający granat mniej by mnie rozerwał niż złość jaka się we mnie zebrała na te słowa. Odpowiedziałam, że raczej nie zjadłby niczego, co byłoby gotowane w brudnej kuchni, więc chyba naturalnym jest, że najpierw musiałam ją wymyć . Wyjątkowo potulnym głosem odparł: „rozumiem, a u mnie ani posprzątane ani zakupy nie zrobione, bo jak ty dla siebie nie chciałaś, to nam się nie chciało jechać”. Adrenalina podniosła mi się do granic wytrzymałości ale zacisnęłam zęby i powiedziałam tylko „kolacja jutro o 20.00”. „To mamy przyjść” zapytał. A czy jest jakiś powód, dla którego miałoby być inaczej odparłam. „Myślałem, że się gniewasz”. To o co mam pretensję to jedno, a to że nie chcę samotnej wigilii, to drugie skwitowałam. Dodałam także, że gdyby po psy przyszedł następnego dnia, a ja byłabym na zakupach, to niech powiesi firankę, którą zostawię przygotowaną na stole. Powiedział „dobrze” i wyszedł.
   O godzinie 22.00 zabrałam się za gotowanie bigosu. Nie wiem czy to ze zmęczenia, czy w tym dniu” nie płacili mi za myślenie” ale zamiast wyjąć z lodówki tylko mięsa do bigosu, ja wytargałam całość, również to do pieczenia. Z pieczeniem jest taka trudność, że ja nie używam piekarnika(mam taką fobię), więc dużo wcześniej ustaliłam z synem, że upieczemy mięso wtedy, gdy on będzie sprzątał, by móc jednocześnie doglądać mięsiw. Ponieważ nie sprzątał, a ja we wtorek nie powiedziałam" weź mięso do siebie i upiecz", to oprócz bigosu musiałam zrobić również pieczyste. Moją kuchnię trudno właściwie tak nazywać, bo jest to wnęka metr na metr bez drzwi. Nie mogę na blatach zostawiać jedzenia, bo moja suczka Masza, bardzo chętnie konsumuje wszystko, co jest w jej zasięgu. Dlatego do godziny 3 nad ranem nie wychodziłam odpocząć. Gdy kapusta była połączona z mięsem, w garnku piekł się schab, a w innym szynka, mogłam pójść rozprostować nogi. I to był mój błąd, obudził mnie zapach spalenizny. Schab oskrobałam z największego „węgla” i schowałam do szafki, a szynkę zostawiłam w garnku, mając świadomość, że „święty Boże nie pomoże” ani mięsu ani garnkom.
    W dzień wigilii wstałam około 8 i choć miałam „piach” pod powiekami, to po codziennym rytuale: ciśnienie, kawa...rozpęd, udałam się na zakupy. Na szczęście trafiłam na przesympatycznego kierowcę, który najpierw podwiózł mnie pod „Biedronkę”.Ponieważ nie kupiłam w niej mielonego na pieczeń rzymską, którą obiecałam „synowej”, to zadzwoniłam do syna żeby jeżeli tę potrawę chcą mieć, kupili mięso oraz napoje (także alkoholowe). Z wielkim zdziwieniem usłyszałam pretensje syna, że był po psy, a dom zastał zamknięty i mogłam chociaż napisać smsa, że wychodzę. Miał szczęście, że nie chciałam słać wiązanki przy kierowcy, bo w przeciwnym razie usłyszałby, że po pierwsze dzień wcześniej uprzedzałam o zakupach, po drugie myślący człowiek nosi klucze od domu przy sobie, po trzecie wielokrotnie się zdarzało, że sms-ów nie odczytywał na czas. Porządnie podminowana moim zdaniem niesłusznymi pretensjami,  podjechałam do sklepu gospodarstwa domowego. W  związku ze spaleniem mięsa, obawiałam się, że garnków nie doszoruję. Brak mięsa mogłam znieść, bo jak to powiadają „obędzie się cygańskie wesele bez marcepana” ale bez garnków nie, tym bardziej, że część z posiadanych przeze mnie, syn wypożyczył „na wieczne nieoddanie”. Z okazji świąt postanowiłam zaszaleć i kupiłam 4 garnki ze stali nierdzewnej(bardzo spodobały się mojemu synowi gdy już je zobaczył), 2 garnki emaliowane i jedną patelnię. Wraz z zakupami z „Biedronki” miałam 6 sporych reklamówek i zastanawiałam się jak wniosę je po 10 schodach do windy. Na pomoc młodych nie miałam co liczyć, bo gdy do nich dzwoniłam, to się dowiedziałam, że są na zakupach i po psy przyjdzie dopiero gdy je zakończą. 
   Ja tymczasem podjechałam pod dom znajomych i przekazałam gwiazdkowy upominek.. Byli zaskoczeni, a ja zadowolona, że mogłam w tym szczególnym dniu, wywołać uśmiech na czyjejś twarzy. Z taksówki zadzwoniłam do sąsiadki mieszkającej nade mną, prosząc żeby jej syn(mój ulubieniec) pomógł mi z zakupami, gdy będę pod domem. Wielkość człowieka mierzy się wielkością jego dobroci. W głosie sąsiadki wyczułam nutę niezadowolenia, bo właśnie Paweł szykował się do wyjścia ale oczywiście mnie nie zawiedli. Młody człowiek wniósł mi toboły pod same drzwi, a ja je złożyłam w przedpokoju, bo dalej nie byłam w stanie z powodu bólu nóg i zmęczenia.
   Mój syn zjawił się jakąś godzinę później,  postawił torby z napojami na środku kuchni(bo tak trudno było je wyjąć z reklamówek i umieścić alkohol w lodówce, a napoje na blacie obok czajnika) i poszedł z psami. Gdy wrócił, to jego jedyną reakcją na siaty, było stwierdzenie”ale zakupy zrobiłaś”. Nie zajrzał do toreb, nie przeniósł ich do kuchni. Muszę mu oddać sprawiedliwość, że zapytał czy ma przyjść wcześniej żeby mi pomóc, a ja odmówiłam sadząc, że w ciągu tych kilku godzin które zostały do 20, dam radę z potrawami, przygotowaniem stołu, ubraniem choinki i zamienieniem domowej podomki na stosowny do chwili strój. Był czwartek około godziny 15.00.

Na tegorocznej wigilii była mniej elegancka niż na tym zdjęciu. żałuję, że nie umiem go powiększyć, bo wtedy przekonalibyście się, że "te oczy nie mogą kłamać".





poniedziałek, 28 grudnia 2015

TRYPTYK ŚWIĄTECZNY: część 1

     Nastał ten dzień kiedy wielu z nas wypowiada utartą formułkę „Święta, święta i po” i z ociąganiem wraca do codziennych obowiązków. Niektórzy myślą już o zbliżającym się sylwestrze. Panie, które jeszcze nie mają kreacji na tę jedyną w roku noc, biegają po sklepach lub buszują w internecie, szukając czegoś niepowtarzalnego, w czym wyglądać będą bosko. Mężczyźni mają lepiej, bo rzadko który nabywa na tę okazję nowy garnitur. Najczęściej ograniczają się do nowej koszuli, która będzie współgrała z krawatem otrzymanym na gwiazdkę. Wyjściowe buty wyglansują godzinę przed wyjściem, nie robią bowiem tego błędu co kobiety, że ubierają całkiem nowe buty, które obetrą nogi do krwi, narobią pęcherzy.
   Ja przez trzy tygodnie grudnia szykowałam prezenty dla ludzi obcych(w znaczeniu: nie rodziny) którzy w ciągu tego roku okazali mi zrozumienie, pomoc, obdarzyli uśmiechem i dobrym słowem. To był główny powód, dla którego nie było notek na blogu.
   Chciałam je opakować w okrągłe pudełka, „imitujące” postać Mikołaja. W tym celu zakupiłam dzięki synowej 20 arkuszy czerwonego brystolu. Ona od siebie dorzuciła 6 krążków ozdobnej wstążki w kilku kolorach i bibułkę niekarbowaną. W moim planie była luka, która się ujawniła w momencie przystąpienia do wykonywania opakowań. Nie zadbałam o wystarczająco mocny i w odpowiedniej ilości klej i zszywki. W efekcie tego niedopatrzenia, posiadane w domu zszywki się gięły, a nie spinały, klej nie trzymał wystarczająco trwale.
    Noc z 19 na 20 grudnia poświęciłam na zrobienie „brzuchów” 5 Mikołajów. Wtedy złapałam się na tym, że nie bardzo wiem jak wieczko ma zamykać dolną część pudełka, a jednocześnie przypominać głowę w czapce. Bardzo liczyłam na inwencję twórczą syna, który uzdolniony manualnie, a jednocześnie umiejący dostrzec niedoskonałości mojego pomysłu, podpowie rozwiązanie. Niestety syn przyszedł w stanie dziwnym, nie wiedziałam czy skacowany, czy nietrzeźwy. Zirytowałam się okrutnie, bo to oznaczało, że nie tylko rady nie dostanę ale co było ważniejsze, nie będzie sprzątania, a moje świąteczne porządki ograniczą się do umytych w sobotę okien. Kiedy on po powrocie ze spaceru z psami, poszedł do siebie, ja ze złości i bezsilności wyrzuciłam efekt całonocnej pracy do śmieci. W tym momencie byłam nie tylko bliska rezygnacji z własnoręcznie wykonanych opakowań ale i z dania przygotowanych już prezentów. Przemawiały za tym nie tylko nieudane „Mikołaje” ale także zbyt słabo wykrochmalone aniołki, gwiazdki i dzwonki.
   W chwili samokrytycyzmu doszłam do wniosku, że „nie warta skórka za wyprawkę”, bo za pieniądze wydane na nici, kartony i wstążki, mogłam kupić drobne upominki. Tyle tylko, że nie byłoby w nich tego emocjonalnego „ładunku”, który jest gdy robi  się coś dla kogoś własnoręcznie. A mnie chodziło właśnie o ten osobisty element. Ponieważ była niedziela, to mój syn stwierdził, że nigdzie mi nie kupi ani odpowiednio mocnego kleju ani lakieru do włosów, którego chciałam użyć do dodatkowego usztywnienia robótek. 
   Resztę dnia poświęciłam na wycinanie zwykłych prostopadłościanów, które miały posłużyć jako pudełka na moje prezenty. Na ten pomysł „wpadłam", gdy rozpakowywałam bombki kupione kilka dni wcześniej w „Rossmanie”, które w takich opakowaniach były, tyle tylko że nie kartonowych.
   Następnego dnia syn, gdy zobaczył efekt mojej kolejnej nieprzespanej nocy, stwierdził: „co to za gówno zrobiłaś ? To nie wytrzyma wysyłki." Nie miałam siły tłumaczyć, że opakowane tak prezenty będę wręczała osobiście, a nie za pośrednictwem kuriera czy poczty. Jego zachowanie odebrało mi jednak znaczną część satysfakcji, że znalazłam rozwiązanie, dalekie co prawda od pierwotnego planu ale zwalniające mnie od szukania gotowych torebek z okazjonalnymi nadrukami. Swoją drogą w tym roku miałam pecha, bo w sklepach, w których robiłam zakupy nie było ani reklamówek z podobizną Mikołaja, ani papierowych torebek. Ozdobne torebki kupiłam w ilości 4 ostatnich dopiero w gospodarstwie domowym w dzień wigilii(nadruki nie nawiązywały do świąt).
   Przygotowane dla znajomych podarunki przekazałam na ostatnią chwilę we wtorkowy wieczór. Ich zdziwienie, uśmiechy i rozmowa z jedna z obdarowanych były najlepszą nagrodą za cały trud. Pozwolę sobie przytoczyć tę wymianę zdań między mną, a młodą kobietą, bo wzruszyłam się bardzo:
- To dla mnie? Pani sama , to zrobiła?
- Tak
- Ja zawsze podziwiałam ludzi, którzy umieją wydziergać takie rzeczy. Długo pani, je robiła?
- Gdy się komuś daje coś z serca, to ilość godzin się nie liczy.
Pudełko też?
Kiwnęłam głową.
- A mogę otworzyć i zobaczyć?(uśmiechnęłam się).
- To prezent dla pani. (Kobieta wyciągnęła rękę, by rozwiązać wstążkę).
 - Nie, pokażę najpierw mężowi i dziecku.(rozbawiło mnie to).
     Dla takiego momentu warto było ślęczeć z szydełkiem w dłoni i zdobywać odciski od nożyczek przy wycinaniu i gięciu w odpowiednich miejscach brystolu. Ani wydziergane rzeczy ani ich opakowanie, nie były doskonałe. Mam tego świadomość. Ponieważ jak już wspomniałam przybyłam do tych ludzi w ostatniej chwili, gdy już szykowali się do wyjścia i myślami byli w swoich własnych domach, to pożegnałam się choć zaproponowano mi herbatę, kiedy okazało się, że zamówiona przeze mnie taksówka będzie za 30 minut.          Wyszłam w mrok i walcząc z silnym wiatrem szłam w kierunku miejsca, gdzie miano podjechać. Na moje szczęście przemiłe dyspozytorki z mojej ulubionej korporacji, podesłały mi samochód po 10 minutach, więc nie zdążyłam nawet zmarznąć. Co prawda ja przegapiłam moment wjazdu taksówki i ona czekała na mnie w innym miejscu niż stałam, ale na szczęście zachowałam na tyle przytomność umysłu, by z pomocą dyspozytorki doszło do spotkania mojego i taksówkarza. Okazał się nim młody człowiek(w wieku mojego syna, a może nawet młodszy), który zapytany czy zechce na mnie poczekać w następnym miejscu, do którego planowałam się udać czyli przy poczcie, odparł że nie, co trochę mnie zmartwiło. Zrozumiałam jego odmowę, gdy już siedząc w taksówce zobaczyłam na ekranie czegoś co przypominało tablet, trzy nowe zlecenia. Nie wiem, co wpłynęło na zmianę zdania przez kierowcę, ale gdy podwiózł mnie pod budynek i pomógł mi wysiąść, powiedział:”proszę się nie spieszyć, ja tu będę czekał.”
   Wysłałam priorytetem karty z życzeniami dla przyjaciół spoza Warszawy(późno ale może choć część doszła przed świętami) i wróciłam do samochodu. „To gdzie teraz”? . Pod Megasam odparłam. ,,Pani mówi, gdzie ten sklep". Podjechał tak, żebym miała jak najbliżej wejście. Obawiałam się nawet, że złamał jakiś przepis i może mieć problemy z policją. Powiedział, że mam się tym nie martwić. Kiedy wyszłam z zakupami ze sklepu, ledwo powłóczyłam nogami, a on to wyczuł, bo wjechał na chodnik i zatrzymał się tuż przede mną, chcąc mi zaoszczędzić pokonania nawet tych kilku metrów. Niewiele brakowało, żebym się rozpłakała. Byłam bardzo, bardzo zmęczona ale i szczęśliwa, że trafiam na obcych, dobrych ludzi. Resztę przedświątecznego wtorkowego wieczoru leżałam. Co prawda nie spałam 3 noc z rzędu i nie bardzo wiedziałam czy z bólu nóg czy z radości, że wykonałam plan ale wierzyłam, że środa będzie pomyślna.      


czwartek, 24 grudnia 2015

Życzenia

   Przez trzy tygodnie dziergałam aniołki, gwiazdki i dzwonki, ofiarowałam je życzliwym ludziom w prezencie wraz z życzeniami. Myślałam, że będę miała więcej czasu by opowiedzieć o perypetiach świątecznych. Niestety wyszło tak jak zawsze, wszystko na ostatnią chwilę. Za kilka godzin zasiądziemy do wigilijnego stołu, złożymy najbliższym i gościom życzenia. Zmęczenie po sprzątaniu i zakupach odebrało mi zdolność myślenia, dlatego nawet na częstochowskie rymy nie mogę się zdobyć.
                                  Z okazji Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku
                                   wszystkim, którzy zechcą odwiedzić mojego bloga
                                    życzę spełnienia marzeń, zdrowia, radości i pomyślności finansowej.
   Obiecuję, że w 2016 będę pisywała częściej i mam nadzieję ciekawiej.
Tak wyglądał Mikołaj w czasach mojego dzieciństwa, choinka nie została uwieńczona na fotografii. W paczkach znajdowały się pomarańcze, cukierki, czekolada i orzechy.  Za Mikołajem w czapce z bibuły siedzę ja w towarzystwie ojca.
Do zobaczenia.

poniedziałek, 30 listopada 2015

LEŻĘ I KWICZĘ

                                                                     


„Leżę sobie pod gruszą, na dowolnie wybranym boku” tak swego czasu śpiewała Maryla Rodowicz. Ja też leżę ale nie pod gruszą tylko na łóżku i boku wybrać nie mogę.
    Około 20 listopada ciśnienie atmosferyczne wynosiło 1018, a to sprawiło, że łeb mi rozsadzało. Dwa dni wcześniej skończyły mi się leki na nadciśnienie i odwodnienie. Byłam jednak przekonana, że doczekam 2 grudnia, bo wtedy mam wizytę u lekarza pierwszego kontaktu. Kiedy syn zmierzył mi ciśnienie i wskazało 196 na 110, to orzekłam - aparat jest zepsuty, bo to nie możliwe żeby przy takich wartościach człek jeszcze dychał. Po czym niewiele myśląc położyłam się z kompresem na całej głowie i trwałam tak 3 dni. Po tym czasie ból ustąpił, a ja szwendałam się po domu z mocnym postanowieniem, że w ramach prezentu gwiazdkowego zafunduję sobie nowy ciśnieniomierz. W tym celu posłałam syna do apteki, by zorientował się w modelach i cenach. Farmaceuta polecał naramienny, bo rzekomo dokładniejszy niż nadgarstkowy. Naramienny mam i sama nie za bardzo umiem się z nim obchodzić, bo albo mi się zwija albo puszcza rzep i pomiar trzeba powtarzać. Poza tym może ten aparat, który mam jest jednak sprawny, więc po co mi drugi. Postawiłam na nadgarstkowy ale go jeszcze nie kupiłam, bo przecież poczułam się lepiej, to można poczekać do następnej renty.
    Syn mocno zaniepokojony moim stanem pognał w minioną środę do przychodni i uzyskał receptę na właściwy lek. Tego dnia, a właściwie o 0.30 w nocy wstając do łazienki zachwiałam się i padłam na stolik. Mebel będący na kółkach, wysunął się spode mnie i przywitałam się z podłogą. Była ona mokra, bo w czasie upadania przewróciłam dzbanek z wodą, który trzymam na stoliku na wypadek pragnienia. Ściągnęłam z łóżka prześcieradło i rzuciłam w kałużę, a sama trąc tyłkiem po panelach przesunęłam się pod okno. Tam wspierając się na dwóch krzesłach, już po 5 minutach przyjęłam pozycję pionową. Był to swoisty rekord, bo zazwyczaj zajmuje mi to znacznie więcej czasu. Opierając się o szafę dotarłam do chodzika, który zaprowadził mnie do łazienki. Dopiero gdy wróciłam do łóżka, poczułam ból w prawym udzie. Pod skórą dało się wyczuć spore stwardnienie. Obecnie jest to siniak o wymiarach 8x9cm, którego dopieszczam żelem z kasztanowca, by szybciej zniknął. Leżeć na tym boku nie mogę, na plecach nie lubię, a na brzuchu nie umiem. Pozostaje mi tylko lewy bok ale wtedy czuję dziwny ucisk pod piersią. Zawsze kojarzę go z sercem, choć kiedy coś takiego czułam będąc w szpitalu i poprosiłam lekarza, o  krople nasercowe, to mnie zapytał ”a skąd pani wie, że to serce”. Odparłam, że większość ludzi w tym miejscu ma serce, więc mi się tak skojarzyło. Nic nie odpowiedział ale żadnego leku też nie podał. Od tamtego czasu gdy pod lewą piersią odczuwam kłucie lub ucisk, nie jestem pewna co to. Dobrze, że potrafi ono jeszcze bić, bo dzięki temu wiem nie tylko, że je mam ale także że żyję.

Wszystkim czytającym życzę miłego dnia.

sobota, 21 listopada 2015

KIM JESTEM

     Autorka „Subiektywnych komentarzy”, do lektury których gorąco zachęcam (www.subiektywnekomentarze.blogspot.com), udzieliła mi obszernych wskazówek jak na danym portalu założyć bloga. Po pierwsze miałam posiadać konto na Google. W sprawach komputera i internetu jestem „ciemna jak tabaka w rogu”,dlatego też poprosiłam syna, żeby za mnie to zrobił. Dzięki instrukcjom Zante wzbogaciłam swój profil .To czego o mnie nie znajdziecie tam, starałam się zawrzeć w tej notce.
   Jestem Wrocławianką,która w stolicy Dolnego Śląska spędziła pierwsze 18 lat życia. Za sprawą ojca, rodowitego Warszawiaka, zamieszkałam wraz z rodziną na Żoliborzu w roku 1974.Cztery lata później ukończyłam studia w Instytucie Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej(dzisiaj nazywa się on nieco inaczej), który swą siedzibę ma na rogu Nowego Światu i Świętokrzyskiej. Moje studiowanie było trudne, byłam trójkowiczem, oblałam kilka egzaminów, nie chciano mnie wysyłać na praktyki do ZSRR czy NRD. Z końcem roku 1978 rozpoczęłam pracę zawodową ale zgodę na nią uzyskałam podstępem, bo w tamtych czasach osoba z orzeczoną I grupą inwalidztwa miała zakaz pracy. Od 1990 jestem na rencie i chociaż szukałam pracy, to tylko 2 razy dostałam propozycję i to na krótko. Na szczęście w roku 1984 urodziłam syna i brak pracy zawodowej nie był tak mocno odczuwalny, bo z bibliotekarki przeobraziłam się w samotną matkę. Przez pierwsze 17 lat w większości przypadków byłam szczęśliwym rodzicem, dumnym ze swego syna. Później jego indywidualizm zaczął dominować, a mój autorytet maleć, by w chwili obecnej osiągnąć poziom zerowy.
    Od czterech lat wraz z partnerką moja latorośl wynajmuje mieszkanie, więc ja mieszkam z dwoma suczkami, które pozostawił mi na pamiątkę. Niestety żaden mężczyzna nie chciał być obecny w moim życiu na tyle długo,bym mogła powiedzieć:”jestem w związku”. Posiadanie partnera na stałe nie było mi widocznie pisane. Do najbliższej rodziny zalicza się jeszcze moja siostra wdowa,jej córka z mężem i ich dwoje dzieci.
    Obecne życie upływa mi na czytaniu i robótkach ręcznych. Oba zajęcia aplikuję sobie naprzemiennie. Kiedy nie mam ochoty ani czytać ani szydełkować czy szyć(to ostatnie wychodzi mi najgorzej i jest tylko na własny użytek), to oglądam telewizję, gram na komputerze w kierki, literaki lub układam pasjanse. Nie umiem gotować, śpiewać ani tańczyć. Czy pisanie bloga rozproszy samotność i wzbogaci moje monotonne życie? Czas pokaże.  

niedziela, 15 listopada 2015

WSTĘPNIAK

    W grudniu minie rok jak zamieściłam ostatnią notkę na moim dotychczasowym blogu „Moje hobby to życie”. Prowadziłam go 5 lat na „Blogomanii”. Początek tego roku nie był udany i przez dłuższy czas niczego na blogu nie zamieszczałam. Kiedy zdecydowałam się coś napisać, okazało się, że portal ten przestał istnieć. Poza ogromnym szokiem, ogarnął mnie nieopisany smutek, bo niespodziewanie utraciłam spisane wspomnienia i najciekawsze wydarzenia ze współczesności.

   W ciągu tych kilku lat blogowania, wielu ciekawszych blogerów zakończyło prowadzenie bloga, przechodząc do następnych wyzwań jakie niesie życie. Pierwszego bloga zaczęłam pisać, bo chciałam zostawić synowi trochę informacji o mnie z czasów, gdy go jeszcze nie było. Współczesne moje”wpadki i upadki” miały mu pokazać, że mając nawet ograniczone możliwości fizyczne czy finansowe można spędzać czas inaczej niż przed komputerem. Jego jednak historia rodziny nie interesuje. Bloga nie czytał, robili to jednak obcy ludzie,których nie poznałabym w realu. Z kilkoma osobami się zaprzyjaźniłam,piszemy maile, rozmawiamy przez telefon, wysyłamy sobie życzenia świąteczne. Dzięki blogowi moje życie się wzbogaciło i to jest wielka korzyść i dar od losu. Zapragnęłam założyć nowego bloga ale nie mam pomysłu co do jego formy i treści. Nie powtórzę tych słów, z których składały się posty pierwszego bloga, opowiadając o moim dzieciństwie, okresie dorastania i życiu dorosłym. Będę pisała o codzienności 61 latki. Blog będzie nosił tytuł „Na karuzeli życia”. Życie było, jest i będzie dla mnie najważniejszą wartością, dlatego w nazwach obu blogów ono występuje jako symbol radości istnienia.
   Jedna z moich internetowych znajomych zamknęła pisanego do tej pory bloga i wystartowała z nowym pomysłem. Jej „Subiektywne komentarze” zamieszczane na blogspot.com, natchnęły mnie myślą, żebym właśnie w tym miejscu spróbowała pisać od nowa. W ostatnich latach modne było powiedzenie Leszka Millera, że „ prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym nie jak zaczyna ale jak kończy”, a po czym się poznaje prawdziwą kobietę? Wiecie, bo ja nie.  Zresztą w moim przypadku, to nieważne, bo zawsze mówiłam, że nie jestem kobietą tylko bibliotekarką .
   Wyuczony zawód napawał mnie dumą, ale wykonywałam go zbyt krótko. Nie opuszcza mnie uczucie niedosytu i zawodowego niespełnienia. . W ciągu minionych 25 lat, nie udało mi się powrócić do tego, co tak kochałam:obcowania z czytelnikiem, którego życie mogłabym wzbogacać proponowaną lekturą.
   Maria Koterbska śpiewała:"karuzela,karuzela, na Bielanach co niedziela". Nie wiem jak często będzie się kręciła moja karuzela. Gdyby jednak znaleźli się tacy śmiałkowie, którzy powirowaliby razem ze mną, to serdecznie zapraszam. Iwona.