![]() |
| Z oczu,uszu, fryzury i uzębienia podobieństwo uderzające! |
Rada
małpa, że się śmieli,
Kiedy mogła udać człeka,
Widząc panią raz w kąpieli,
Wlazła po stół – cicho czeka.
Pani wyszła, drzwi zamknęła
Małpa figlarz – nuż do dzieła!
Wziąwszy pański czepek ranny,
Prześcieradło
i zwierciadło –
Szust do wanny!
Dalej kurki kręcić żwawo!
W lewo, w prawo,
Z dołu, z góry
Widząc panią raz w kąpieli,
Wlazła po stół – cicho czeka.
Pani wyszła, drzwi zamknęła
Małpa figlarz – nuż do dzieła!
Wziąwszy pański czepek ranny,
Prześcieradło
i zwierciadło –
Szust do wanny!
Dalej kurki kręcić żwawo!
W lewo, w prawo,
Z dołu, z góry
Aż
się ukrop puścił z rury.
Ciepło – miło – niebo – raj!
Ciepło – miło – niebo – raj!
W roku 2004, parę miesięcy po śmierci mamy, podjęłam decyzję o remoncie swojego mieszkania. Pierwszy raz w życiu porywałam się na coś takiego, bo wcześniej wszystkim zajmowała się Rodzicielka. Nie miałam rozeznania ani w kosztach materiałów, ani w kwestii fachowców. Pieniądze jakie otrzymałam w spadku, remont w przeważającej części pochłonął. Nikt ze znajomych, nie chciał wierzyć, że odnowienie mieszkania(bez pokoju syna) kosztowało aż tyle. A ja plułam sobie w brodę, bo fachowcy, choć pochodzący z tzw. polecenia, okazali się partaczami, którzy za usługi brali kolosalne pieniądze, a ich praca nie była tego warta. Wyjątek stanowił glazurnik, starszy człowiek, który zawsze był punktualny i większość pracy wykonał dobrze, a jeszcze lepiej zakamuflował niedoróbki, które ja dostrzegłam już po rozliczeniu.
W
remoncie najważniejsza była dla mnie łazienka, ponieważ chodziło
o likwidację wanny i zamontowanie brodzika z kabiną. Wspomniany
glazurnik namówił mnie na wyższy , niż ten który parę tygodni
wcześniej montował u sąsiadów mieszkających nade mną. W tamtym
czasie chodziłam już z podpórką, ale nogi podnosiłam na tyle
sprawnie, że zakupiona armatura, nie stwarzała problemów.
Pozwoliłam sobie także na panel prysznicowy z hydromasażem i to
był lek na całe rozgoryczenie remontem. Co wieczór biczowałam
ciało, czułam się zrelaksowana i nie miałam kłopotów ze snem.
Moja radość trwała parę lat, dopóki kamień nie osiadł na
rurkach i nie pozapychał dyszy. Woda zamiast nimi zaczęła ściekać
po panelu i musiałam zrezygnować z hydromasażu. Pozostał tylko
prysznic.
Przez
następnych kilka lat zaczęłam odczuwać coraz większe trudności
z wchodzeniem do brodzika. Wykonywałam prawie akrobacje cyrkowe, by
zdrową nogę oprzeć o podest na którym stoi pralka, podciągając
się jednocześnie na rękach, słabszą nogę stawiałam w kabinie i
siadałam na przyściennym taborecie. Kiedy zorientowałam się, że
osłabłe ręce już nie utrzymują ciężaru ciała, zaczęłam
domagać się od syna małego podestu, po którym mogłabym się
„wdrapywać" do brodzika. On jednak bojąc się, że takie coś
ucieknie mi spod nóg, a ja rozwalę sobie głowę, nie chciał tego
zrobić. Zaczęłam poszukiwania gotowych schodków, ale w internecie
były albo za wysokie albo plastikowe
przeznaczone
dla dzieci. Pewnego dnia trafiłam do
sklepu ze sprzętem rehabilitacyjnym, w którym zobaczyłam coś
takiego, o co mi chodziło. Dwustopniowy podest służył pracownikom
do ściągania towaru z wyższych półek. Niestety na sprzedaż nie
posiadali niczego zbliżonego. Najstarszy z personelu mężczyzna
powiedział, że za 100 zł może coś takiego mi zrobić.
Przedobrzył sprawę i przedmiot wyszedł za długi, za wysoki. Na
szczęście facet okazał się rzetelny i już bez dopłaty zrobił
całkiem zgrabny, nowy stołeczek. Przez
kilka lat, spełniał swoje zadanie.
Kiedy okazało się, że mam tak duży problem z podnoszeniem nóg, iż nie mogę oderwać stopy od posadzki, nawet przy pomocy syna,
trzeba było pomyśleć o zmianie brodzika. Zrobienie
wpuszczanego w podłogę nie wchodziło w rachubę, gdyż wymagałoby
to cięcia stropu(tak powiedział fachowiec). Wymiana na niższy
groziła uszkodzeniem terakoty, której posiadane zapasy mogły nie
wystarczyć na uzupełnienie ubytków.
Przez
kilka miesięcy walczyłam z synem, by zlikwidował kabinę,
zastępując ją kotarą prysznicową.
Byłam przekonana, że
siadając na stołku tuż przy brzegu , będę przekładała nogi i
trzymając się uchwytu podciągała do pozycji stojącej,żeby wejść
do środka brodzika. Niestety chociaż syn zrobił znacznie więcej,
bo wyciął połowę wysokości, a ja przemeblowałam łazienkę, by
wstawić taboret, to jednak i tak mam problem z samodzielnym
wchodzeniem.Pomyślałam o zamontowaniu poręczy przypodłogowych, ale wcale nie jestem pewna czy ułatwiłyby wchodzenie, bo problemem są nogi, którymi nie mogę się zaprzeć o dno, by podnieść się z taboretu czy wózka.
Kilka
dni temu, kiedy przyszedł mi do głowy pomysł napisania postu o
moich perturbacjach kąpielowych znalazłam na Google grafika wannę
z drzwiczkami. Teraz będę myślała nad zamianą brodzika na taką
wannę, chociaż szczerze mówiąc moja słaba wyobraźnia
przestrzenna, nie umie pojąć jak woda nie będzie przeciekała w
miejscach łączenia się drzwiczek z brzegami i dnem wanny.
Dawniej
mawiano "częste mycie, skraca życie". Ja swojego nie
chciałabym skrócić przez niefortunny upadek.
Pogoda
w Warszawie słoneczna, życzę więc dobrego nastroju i udanego
weekendu.

