piątek, 9 grudnia 2016

ZAKŁADKA

    Zakładka w pierwszej kolejności kojarzy nam się albo z książką albo z krawiectwem. Mój post dotyczyć będzie tej pierwszej. Pięćdziesiąt lat temu używałam jako zakładki wszystkiego, co nie niszczyło książki, a było pod ręką: papierek po cukierku, zerwany kwiatek, linijka, strzęp materiału. Zaginanie rogów lub pozostawianie książki otwartej, odwróconej do góry grzbietem, niszczy ją. Dlatego też zakładka jest ważnym elementem procesu czytania.
  Wtedy książka była moim najlepszym, bo zawsze dostępnym przyjacielem. Matka często zabraniała mi pójścia do mojej przyjaciółki Eli B., bo uważała to za stratę czasu ale nigdy nie sprzeciwiała się wizytom w bibliotece.Nie pamiętam dokładnie momentu, w którym dostałam od kogoś zakładkę, która składała się ze zdjęć warszawskich pomników, zamkniętych w folii obszytej lasetą. Na tej podstawie zaczęłam na „masową” skalę robić takie zakładki. Na brystolu naklejałam to, co udało mi się wyciąć z gazety(o pieniądze na naklejki musiałabym prosić rodziców, a oni uznaliby, że można tę forsę spożytkować lepiej), czyściłam z czarnego koloru stare klisze fotograficzne i później obszywałam tak złożoną z tych dwóch części zakładkę, wełną, kordonkiem, rzadziej muliną czy atłaskiem, robiąc na jednym z krótszych boków(miały one kształt prostokąta) ozdobnego chwosta. O tym jakie kształty mogą przybierać zakładki, decyduje wyobraźnia autora. W grafice Google pomysłów są setki. Właśnie wczoraj wieczorem zakończyłam projekt wykonywania zakładek książkowych dla uczniów Jotki. Kiedy w gronie komentujących pojawiła się autorka bloga http://paniodbiblioteki.blogspot.com/ bardzo się ucieszyłam, gdyż była to pierwsza bibliotekarka z jaką zetknęłam się w sieci. Powróciły wspomnienia lat młodości, kiedy to po studiach marzyłam o pracy z dziećmi, by móc za pomocą książki uczestniczyć w ich życiu. Złożyłam Jotce propozycję wykonania zakładek dla Jej ferajny, by w ten sposób uznać ich wspaniałą prace na polu czytelnictwa( na prawym marginesie Jej bloga są odnośniki do szkolnego bloga, który pokazuje działalność miłośników książek). Byłam pod wrażeniem, stąd mój pomysł. W chwili  jego składania, miałam już w głowie obmyślony plan. Gdy został przyjęty, przystąpiłam do opisania wszystkich: zakładki patchworkowe, zakładki dziergane, haftowane, papierowe.
   Z zakładek papierowych zrezygnowałam kilka dni temu, kiedy pomimo licznych próśb, nie udało mi się nakłonić syna do podłączenia drukarki. Byłaby ona pomocna, bo kartonik ozdobiony naklejkami, miały wzbogacać ciekawe cytaty lub autorzy i tytuły moich ulubionych pozycji. Doszłam do wniosku, że papierowe są najłatwiejsze do wykonania i młodzież może zrobić je sama, wykazując przy tym inwencję o wiele większą niż moja własna. Już na początku popełniłam błędy zakładając, że przeważać będą zakładki prostokątne, a różnić się będą rodzajem materiału i sposobem wykonania. Często prezentując swoje „dzieła” mówię o tym co źle zrobiłam, a nawet pokazuję takie „knoty”. Tym razem będzie podobnie, zilustruję posta zakładkami z pudełka" źle zrobione(do użytku własnego)". Gdy zakładki „możliwe do przyjęcia” trafią do adresata, a Jotka niektóre zechce pokazać, to będzie wyglądało, że to mnie chwalą, a nie ja sama siebie.:-)

 Zakładki patchworkowe miały być wykonane z materiałów, jakie miałam w domu, bo gdybym sama jechała do sklepu po nowe materiały, to nie warta byłaby skórka za wyprawkę. Nacięłam się prostokątów, kwadratów, trójkątów , kół i wszystko obrobiłam zygzakiem żeby się nie siepało. Przy zrobieniu jednej z pierwszych, kiedy okazało się, że szew, który miał być na lewej stronie, pokazał się na prawej, zniechęciłam się. Uznałam, że elementy do zszywania są za małe w porównaniu z umiejętnością posługiwania się maszyną i sprawnością rąk. Zaczęłam robić zakładki prostokątne, gdzie jedna strona była z danego materiału, druga z innego. Wydawało mi się to wystarczające. Przyszedł mój syn i powiedział: ”one są za mało kolorowe, nie ciekawe, beznadziejne". Zaczęłam na gwałt te już uszyte przyozdabiać tym, czym dysponowałam: frędzlami, taśmą ozdobną, wstążką, a nawet rzepami. Przyszywając frędzle do usztywnionej zakładki, zdeformowałam ją i zakończenie obszycia wyszło nieładnie.
Najbardziej synowi spodobały się zakładki obszyte ozdobną taśmą ale w tym przypadku odrzut nastąpił z powodu krzywego przeszycia jednego z boków.Inna tego typu zakładka odpadła już na końcowym etapie, bo albo kolor czerwony z taśmy pofarbował ją i inne, albo były to czerwone nici użyte do dziergania. Mam jednak nadzieję, że niewielkie zabarwienia na niektórych zakładkach znikną po kilkukrotnym wypraniu.





To przykład zakładki szydełkowej, gdzie obie strony różnią się kolorami motywów. Jednak po połączeniu obu i obramowaniu wyglądało to nierówno i nieciekawie. Rozprułam, teraz mam dwie zakładki tyle, że nie wykrochmalone.





Przedstawicielką zakładek dzierganych jest ta, zrobiona z grubej włóczki. Użyty materiał miał zagwarantować sztywność. Zakładka wyszła toporna i ewentualnie można byłoby jej użyć do bardzo dużych, grubych książek typu encyklopedia czy słownik. W dobie internetu nawet mole książkowe rzadko korzystają z tego typu wydawnictw, więc zakładka jest raczej nietrafiona. 



Zdjęcie przedstawia zakładki, które wydawały mi się ciekawe, choć wyglądają niepozornie. Czerwona została wykonana z resztek ekologicznej torby na zakupy, jakie są sprzedawane w naszych sklepach. Obciągnęłam ją żółtą siateczką, w jakiej kupujemy warzywa. Ostatnim elementem miały być czerwono-żółte chwosty na krótszych bokach. Kiedy po odwróceniu zakładki na prawą stronę okazało się, że oba końce są różnej szerokości, została odrzucona i niedokończona, stąd jej mizerny wygląd. Robiąc tę zakładkę chciałam pokazać, że można ją wykonać praktycznie z każdego „odpadu”. Biało-niebieska(tzw.składana), faktycznie jest przeszyta w dwóch miejscach, tak, że „osiąga wielkość 1/3 długości. Trzecia była wykonana z bardzo kolorowego, lśniącego materiału i to miała być cała jej ozdoba.Zostały odrzucone ze względu na różną szerokość na obu końcach.
     Mnie najbardziej podobały się te ozdabiane satynową wstążką. Jednak w czasie przyszywania jej do zakładki często zdarzały się zaciągnięcia przez ząbki, a te wraz z krzywymi szwami były powodem odrzucenia. Zresztą krzywe szwy przydarzyły się zakładkom okrągłym, co po zszyciu dwóch kół po lewej stronie, po ich odwróceniu,czyniło je nieforemnymi figurami. Dlatego też do paczki wysłanej dzieciom, trafiło tylko 5 zakładek. Motywem ważniejszym od kształtu był umieszczony tam haft, który choć niewielki jednak zabrał trochę czasu i było mi po prostu szkoda je wyrzucić.
 Zakładki haftowane miały stać się "przebojem" tego projektu. Ponieważ pomimo wielogodzinnych przemyśleń, szkiców i zaangażowania w wykonanie i przy nich nie ustrzegłam się błędów.Są one po prostu przeciętne. Wysłałam jednak wszystkie 5, bo może jednak znajdą uznanie.




    Kiedy napisałam Jotce, że obawiam się,  iż moje prace rozczarują Ją i jej podopiecznych, odpisała: ”zupełnie nie martw się jakością, jak piszesz - każdy taki dar prosto z serca jest cenny, a ja będę dumna, że mogę dzieciom zaprezentować Twoje prace.”
Były to bardzo miłe i motywujące do dalszej pracy słowa. Przystępując do robienia zakładek, myślałam, że uporam się z nimi do końca wakacji i zrobię prezent na rozpoczęcie roku. Pogorszenie stanu zdrowia oraz inne względy natury rodzinnej znacznie wydłużyły ten okres. Kiedy trafią do adresatki, to bardziej będą mogły być upominkami pod choinkę. Chociaż długość ich „tworzenia” denerwowała mnie, bo świadczyła o mojej niesolidności, to z drugiej strony, praca ta trzymała mnie „przy życiu”, motywowała do wstania z łóżka.     W dniu wczorajszym paczka wyruszyła do adresatów, a post ten po miesiącu leżenia w "zamrażarce" publikuję. Ocenę mojego wysiłku przez dzieciaki poznacie z pewnością w przyszłym tygodniu, bo wtedy  zakładki dotrą na miejsce. Znając serdeczność "Jotki" wobec innych ludzi, w tym blogerów, jestem pewna, że poświęci temu post, ilustrując go zdjęciami  najlepszych Jej zdaniem.
   Moja blogowa mentorka- Zante w jednym z komentarzy napisała:” Twoja determinacja w robótkach ręcznych mnie powala”. Zawsze wychodziłam z założenia, że lepiej robić „coś”, niż nie robić nic. Od kilku dni, gdy paczka czekała, by ktoś z rodziny zabrał ją na pocztę, rozpoczęłam prace nad upominkiem dla Jagi, bo Jej, takowy obiecałam. Jeżeli zdrowie i "czarne chmury", jakie zebrały się nad moją rodzina pozwolą, to oczywiście pochwalę się i tym wyczynem.
   Choć może zabrzmi to górnolotnie, ale robienie tych zakładek było kołem ratunkowym, gdy chorowałam, rzucałam palenie i rozpaczałam, że muszę chodzik zamienić na wózek. Powiecie, że przy dzisiejszych możliwościach technicznych drukarek, maszyn do szycia i haftu, moje zakładki wyglądają jak z ery kamienia łupanego. No cóż jaka autorka, takie zakładki.   

wtorek, 22 listopada 2016

BYŁ TAKI KTOŚ -ministrant i oficer

                                                 





   Gdyby żył, miałby 85 lat i wczoraj świętowałby swoje imieniny. Mój ojciec Janusz, nie lubił wokół siebie rozgłosu, dlatego hucznie obchodziło się imieniny matki, a nie innych członków rodziny. Parę razy matka urządziła przyjęcie, którego głównym „bohaterem” był ojciec, ale były one podyktowane względami zawodowymi - awanse na poszczególne stopnie oficerskie, a nie osobistymi.
 
   Urodził się w Ząbkach pod Warszawą jako pierwsze dziecko Aleksandra i Bronisławy. Nie poznałam swoich dziadków, jak wyglądali mogłam przekonać się oglądając jedynie ich zdjęcie ślubne. Patrząc na swoją babkę widziałam w niej skromną, zalęknioną kobietę. Nie wiem czy miała jakiś zawód i czy pracowała. Przyglądając się Jej, miałam pewność, że charakter ojciec odziedziczył po niej. Zmarła wydając na świat młodszego syna Zbigniewa, w roku 1934. Dziadek Aleksander był księgowym, zmarł w roku 1953, moją siostrę zobaczył kilka razy, bo urodziła się na rok przed Jego śmiercią. Ojciec nigdy ze mną nie rozmawiał o swojej rodzinie, ani ze strony matki, ani ze strony ojca. Ciotkę Krystynę jedyną krewną ze strony matki poznałam podczas wakacji w roku 1973, a jedyną ciotkę po mieczu mniej więcej w tym samym czasie. Dziadek Aleksander, robił na mnie złe wrażenie. Wydawało mi się, że był człowiekiem surowym, wręcz bezwzględnym(może sprawiły takie odczucie, te wąskie, zaciśnięte usta). Nie wiem dlaczego rosło we mnie przekonanie, że więcej wymagał od najbliższych niż od siebie samego. Na pewno był człowiekiem wierzącym, bo obaj synowie służyli do mszy. Mam jednak wątpliwości czy był dobrym i troskliwym rodzicem. Jak twierdziła moja matka bardzo dobrze dogadywała się z teściem. To by potwierdzało przypuszczenie, że oboje mieli despotyczne zapędy, lubili dominować nad spokojniejszymi i lubili manipulować ludźmi, by osiągnąć cel.
    Nie wiem kiedy dziadek Aleksander ożenił się po raz drugi i co sprawiło, że przenieśli się do Warszawy. Mogę się jedynie domyślać, że powodem była praca. Mój ojciec nie miał dobrych relacji z macochą. Moja matka bardzo naciskała na kontakty ze świekrą, choć ojciec za każdym razem, gdy szedł do Niej, wyglądał jak człowiek skazany na ścięcie. Dla mnie „babka” była niską, otyłą, gderliwą i wiecznie niezadowoloną kobietą. Wrocławskie mieszkanie, to była jasna kuchnia, w której zawsze nas przyjmowała i ciemne, zagracone pokoje z zaciągniętymi w oknach kotarami. W czasie tych wizyt, ojciec uciekał do sąsiadów mieszkających piętro wyżej. Rodzina M., to było małżeństwo z synem i córką. Ojciec w ich obecności przestawał być spięty, potrafił wesoło rozmawiać i dowcipkować. Nie potrzeba było psychologa, by zorientować się, że czuje się tam lepiej niż w ojcowskim domu . Nie pamiętam, żeby macocha odwiedziła nas w naszym mieszkaniu na ul. Świerczewskiego. Gdy w roku 1963 przenieśliśmy się do mieszkania służbowego, to wszyscy z wielką ulgą przyjęli fakt, że kontakty z macochą ojca ustały.
   Ojciec zawsze tęsknił za Warszawą i przez wiele lat starał się o przeniesienie do stolicy. O swoim dzieciństwie nie mówił nic, może cieniem na nim kładła się śmierć brata Zbyszka, za którego czuł się odpowiedzialny. Dziesięcioletni Zbyszek w czasie łapanki schował się w kościele, w którym był ministrantem. Niemcy rozstrzelali zgromadzonych tam ludzi, a potem podpalili. Ocalały ksiądz, który przez zakrystię wydostał się na zewnątrz, powiadomił dziadka o śmierci młodszego syna. Zastrzelony Zbyszek nakrył księdza własnym ciałem. Mój ojciec w tym czasie ukrył się w krzakach na skwerze i przeleżał tam do zmroku. Nie wiem, czy dziadek winił ojca, za śmierć młodszego dziecka. O całej historii dowiedziałam się od mojej matki, gdy byłam już dorosłą kobietą(a ona z książki Lesława Bartelskiego „Mokotów 44”). Poznawszy dramat ojca zaczęłam lepiej rozumieć jego postawę życiową i dokonywane wybory. O wczesnej młodości mówił tylko jedno zdanie:” chodziłem do najlepszego Liceum im. S. Batorego”. Wymawiał je zawsze z dumą i wielkim rozrzewnieniem. Doskonale znał matematykę, której „nauczał” moją siostrę, mnie i wszystkich moich kuzynów. Nie był człowiekiem wielkiego umysłu, błyskotliwym z nieprzeciętnym polotem, trudno byłoby go nazwać wybitnym mówcą. Nie nadawał się na adwokata czy prokuratora, występującego na sali sądowej. Był uczciwym wyrobnikiem, powierzone zadania wykonywał dokładnie, bez nadmiernego ociągania ale i bez niepotrzebnego pośpiechu, który mógłby negatywnie wpłynąć na rezultat. Prawo jednak znał doskonale i chętnie udzielał porad w tym zakresie, nie biorąc za to pieniędzy. Nie chciał także założyć własnej kancelarii, tak jak zrobiło to kilku jego wojskowych kolegów.
   Nie znam okoliczności przeprowadzki ojca z Warszawy do Wrocławia i nie wiem dlaczego znalazła się w nim moja matka. Nigdy w rodzinnych opowieściach kwestie te nie wypłynęły. Poznali się, gdy on studiował w dzień prawo , a po zajęciach zarabiał jako księgowy, by mieć z czego się utrzymać. Odnajmował od przyjaciół oszkloną werandę na której sypiał. Dlaczego nie mieszkał z własnym ojcem i macochą, pozostanie rodzinną tajemnicą. Kiedy matka była zła na ojca (najczęściej po awanturze, którą sama wcześniej rozpoczęła), powiadała że wyszła za niego,bo żal jej było tego chudziny, który granatowy, drelichowy kitel nosił zamiast płaszcza. Twierdziła też, że prawnikiem został dzięki niej, bo się z nim uczyła, wspierała go. W takich momentach  byłam wściekła na nią. Sama wiem jak ciężko było dostać się na studia, utrzymać na nich i je ukończyć, bo to przeżyłam. Dlatego wiem, że ojciec studiował, gdyż rozumiał, że jest to szansa na lepsze życie. Nikt nie zmusiłby Go do studiowania gdyby sam tego nie chciał. On jednak chciał, bo Ją kochał., bo był spragniony rodziny i własnego najskromniejszego mieszkanka. Jako osoba od najmłodszych lat skazana przez otoczenie i najbliższych na staropanieństwo z racji kalectwa, sferę uczuć gloryfikowałam w pewnym okresie ponad miarę, dlatego też wypowiedzi matki na temat Jej pobudek wyjścia za mąż, tak bardzo mnie irytowały. Czy moja matka kochała ojca, pewnie tak chociaż nie lubiła się przyznawać do błędów i nie manifestowała uczuć. Świadomie umniejszała znaczenie uczuć i seksu w relacjach międzyludzkich, jakby bała się, że otwarte wyrażenie własnego zdania w tej kwestii będzie oznaką słabości, a pozytywne- wyuzdaniem.    Ojciec w tym względzie też był powściągliwy. Mogłybyśmy z siostrą nazwać się „dziećmi zimnego chowu”, bo mówiąc szczerze zarówno przy poście o matce jak i tym, zastanawiałam się, ile razy usłyszałam od nich słowa „kocham cię”.Pamięć jest zawodna dlatego, gdybym napisała, że nigdy, to pewnie byłabym bardzo niesprawiedliwa wobec własnych rodziców. Matka poświęciła się leczeniu mnie i uzyskaniu przeze mnie największej możliwej w tej sytuacji sprawności- to była Jej miara miłości do mnie. Siostra już od najmłodszych lat w kontrze do matki, nigdy nie czuła się przez Nią kochana. Podobno kiedy była ukarana staniem w kącie za złe zachowanie, to potrafiła w nim tkwić do powrotu ojca z pracy, by „naocznie” zobaczył jaką wyrodną matką jest jego żona . Dlatego też siostra była nazywana „córeczką tatusia”, nie tylko ze względu na fizyczne do Niego podobieństwo ale przede wszystkim ze względu na bardzo mocne więzi uczuciowe ich łączące. Natura tak podziałała, że ja jestem odmłodzonym wizerunkiem matki, ale charakterologicznie podobna do ojca, a siostra wręcz odwrotnie. Kiedy już po śmierci rodziców powiedziałam siostrze, że charakter ma po matce, to oburzyła się tak bardzo, że o mało nie doszło do awantury. Ojciec swoją miłość do matki i nas, wyraził wstąpieniem do wojska, które dawało szansę na służbowe mieszkanie i stałe zarobki, jak powszechnie wiadomo były one w resortach mundurowych najwyższe. Konkurować mogłoby tylko górnictwo, ponieważ praca pod ziemią była jeszcze bardziej ryzykowna dla życia niż w milicji czy wojsku.

                                                                                                                                                                                                                           Jakby z perspektywy lat nie patrzeć na małżeństwo moich rodziców, to bezspornym pozostaje fakt, że przeżyli ze sobą 38 lat i gdyby nie nagła śmierć ojca, to kto wie czy nie obchodziliby 50-lecia pożycia.





   Kiedy w roku 1971 spełniło się wielkie marzenie ojca i został służbowo przeniesiony do Warszawy, przez 3 lata życie naszej rodziny toczyło się dwutorowo. Ja kończyłam pierwszą klasę liceum(groziło mi wyrzucenie z powodu oceny niedostatecznej z biologii), a siostra robiła maturę i po niej próbowała dostać się na prawo. My z matka mieszkałyśmy we Wrocławiu, ojciec kwaterował w warszawskim hotelu oficerskim. W wakacje roku 1973,  odwiedziłam go i była to dla mnie wielka przygoda i przeżycie. Pokoje znajdowały się nad lokalem rozrywkowym, gdzie codziennie odbywały się dancingi, więc co noc mogłam nasłuchać się najmodniejszych przebojów i oczami wyobraźni widzieć tańczących. W swoim życiu tańczyłam tylko raz, miało to miejsce na weselu córki wspomnianej wcześniej rodziny M. Wychodziła za mąż za sportowca podnoszącego ciężary. Był mężczyzną słusznej postury, bardzo przystojnym, w którym ja 16 latka zakochałam się i od tej pory, mój ideał mężczyzny był bardzo do niego podobny. To właśnie pan młody zatańczył ze mną, a jego słowa”odpręż się, trzymam Cię mocno i nie pozwolę Ci upaść”, brzmiały jak najczulsze wyznanie. Niestety żaden inny mężczyzna, którego było mi dane poznać później w swoim życiu, podobnych już nie wypowiedział. Moja wizyta w Warszawie była bardzo bogata w ważne wydarzenia. Nie zwiedzałam z ojcem miasta, bo widocznie uznał, że gdy zamieszkamy tu na stałe, będę miała niejedną okazję. Najpierw zabrał mnie do miejsca swego urodzenia i przedstawił mnie swoim sąsiadom z czasów dzieciństwa. Byli to prości ludzie, ugościli nas kaszanką zagryzaną ogórkiem kiszonym jako zakąską do pół litra czystej wódki(ja dostałam herbatę). Wtedy widziałam ojca szczęśliwego w sposób podobny do tego jaki towarzyszył mu w domu rodziny M. Innego dnia poznałam ciocię Krystynę, jej męża i dwoje dzieci. Mieszkali przy placu Unii Lubelskiej i ich mieszkanie w porównaniu z naszym wrocławskim przedstawiało się nad wyraz okazale. Ugoszczono nas na białym obrusie z elegancką porcelaną, na której spoczywały najlepsze wędliny i chleb tak puszysty i biały jak obłok na niebie. Pomimo serdecznego przyjęcia, atmosfera była drętwa, ugrzeczniona. Oczywiście w tamten czas przypisywałam to skrępowanie temu, że kuzynostwo nie widziało się wiele lat. To od tej cioci pożyczyłam książkę „Haft modny”, której nigdy nie miałam sposobności zwrócić. Podskórnie wyczuwałam, że do rewizyty nie dojdzie, bo mój ojciec ma świadomość „przepaści” w stylu życia i nie odważy się zaprosić tych ludzi do naszego nowego warszawskiego mieszkania. Jedyną krewną ze strony dziadka Aleksandra była ciocia Helena, którą też wtedy poznałam. Mieszkała na ul. Żelaznej w dwupokojowym mieszkaniu z młodszym synem Stanisławem, jego żoną Elżbietą i  ich dwoma małymi synami. Z tą rodziną utrzymywaliśmy kontakty do chwili śmierci matki, która była pod wielkim wrażeniem intelektu Stanisława, filozofa z wykształcenia, a pracującego w telewizji z racji znajomości kilku języków obcych.
   Ojciec mając rodzinę ze strony swoich rodziców w „wydaniu” szczątkowym, bardzo lgnął do rodziny matki. Był szanowany przez moją babcię Helenę, która poskramiała swoją córkę w awanturniczych zapędach, gdy ojciec nie wykazywał zainteresowania pracami polowymi. Babcia intuicyjnie wyczuwała, że jej zięć, wcześnie osierocony, potrzebuje ciepła, akceptacji i serdecznego traktowania. Relacje z rodziną matki uległy pogorszeniu, gdy mój ojciec odmówił załatwienia swojemu chrześniakowi zwolnienia od służby wojskowej. Nigdy nie szukał protekcji ani dla swoich dzieci ani dla rodziny. Taką miał zasadę, tak bardzo nierozumianą przez innych.
     W odróżnieniu od matki , nie należał do osób towarzyskich. W początkowym okresie małżeństwa popadł w niewłaściwe towarzystwo alkoholowo-pokerowe, ale pod groźbą utraty rodziny, skończył z tym i przez resztę życia był abstynentem. We Wrocławiu miał jednego przyjaciela, był nim Henryk Jaśkowiak, kolega z pracy. Ja uwielbiałam jego żonę, nazywaną ciocią Lodzią. Pochodziła z kresów i miała bardzo wesołe usposobienie. Podobnie w Warszawie ojciec ogromnym zaufaniem obdarzył kolegę z pracy, Stefana, jednak ich znajomość na gruncie prywatnym nie była utrzymywana, dlatego też nie poznałam jego żony, syna ani córki.
   Tato był skrytym człowiekiem, nigdy nie mówił o swoich problemach, kłopotach i obawach. Nie był złotą rączką, nie radził sobie z „męskimi” pracami domowymi. Niemniej jednak odkurzał, zmywał naczynia i gotował gdy matka była nieobecna. Nigdy nie miał wygórowanych potrzeb względem siebie. W ramach tzw. „mundurówki” zakupywał sobie bieliznę osobistą, koszule i buty. Cywilne ubrania nabywał tak rzadko, że aby w ogóle je miał kupowano mu kurtki, płaszcze w ramach prezentów imieninowych lub gwiazdkowych. Swetry robiła matka, a lepszy garnitur kupił dopiero na ślub córki. Zawsze jednak dbał o to,  by żona i dzieci miały to, co niezbędne. Co prawda zawsze była to odzież najtańsza, bo na droższą nie było nas stać, ale nigdy nie byłam głodna, zawsze miałam potrzebne ubranie, podręczniki i zeszyty.
Nie jadał śniadań w bufecie, kanapki robił sobie w domu, a kawę i herbatę parzył grzałką w pokoju. Jedynym odstępstwem od tej zasady były dni, gdy odwiedzałam go niespodziewanie, schodziliśmy do bufetu,kupował mi herbatę i pączka.  Sama dostawałam od rodziców 100 zł(czerwony Waryński) kieszonkowego ale nie przyszło mi wówczas do głowy, że pracujący ojciec też ma wydzielane przez żonę pieniądze na papierosy, bo niestety tej jednej słabości, nie potrafił sobie odmówić. Całą pensję zawsze oddawał matce na życie,na prezenty dla najbliższych brał z mundurówki,(oczywiście miało to miejsce dopiero wtedy, gdy było możliwe wzięcie gotówki zamiast sortów mundurowych).
 Do końca życia wykorzystywał możliwość zapewnienia wczasów rodzinie w ośrodkach wojskowych. Raz były to góry, innym morze. Nie pływał, wchodził do wody po kolana, zazwyczaj aby mnie asystować, gdy chciałam się popluskać.Matka śmiała się z niego, że "umie pływać po warszawsku, dupa po piasku". Sporty zimowe też były mu obce, ale starszej córce kupił figurówki, a mnie łyżwy dwupłozowe.
   Matka zawsze chciała postawić na swoim zarówno w poglądach jak i czynach. Ojciec potrafił wysłuchać, nie krytykował, rzadko też udzielał rad. Nigdy nie moralizował ale zawsze był gotów do pomocy każdemu, kto jej potrzebował. Szanował wszystkich ludzi, bez względu na wykształcenie, pochodzenie społeczne czy status finansowy. Nawet w stosunku do ludzi mu nieżyczliwych zachowywał się grzecznie i jedynie mimiką wyrażał swój stosunek do takiej osoby, zachowując dystans.. Miał spokojne usposobienie, nie słyszałam żeby się z kimś pobił. Nigdy nie użył przemocy wobec nas. Czasami, gdy w awanturze z matką brakowało mu argumentów i czuł się bezsilny to przeklinał. Zdaniem matki najgorszą jego odzywką było „idź biednemu na łopatę”. Wulgarne ale skuteczne słowa zazwyczaj kończyły największą awanturę. Był człowiekiem wytrwałym i upartym w dobrej sprawie. Jednak w chwilach konfliktu pierwszy mówił przepraszam. Ja zostałam przez Niego ukarana tylko raz. Gdy byłam nastolatką, chamsko odezwałam się do matki. Gdy wychodziłam z ich pokoju, ojciec kopnął mnie w dupę z taką siłą, że jemu kapeć spadł z nogi, a ja przeleciałam przez przedpokój i zatrzymałam się na ścianie własnego pokoju.
   Zawsze był gotów dla dobra dzieci i wnucząt oddać przysłowiową ostatnią koszulę. Ponieważ nie chciał żebym prowadziła sama samochód, bo „nie uczyni z auta jeżdżącej trumny dla swojego dziecka”, to zawsze był na moje zawołanie, gdy nie mogłam dotrzeć po pracy do domu. Był moim osobistym kierowcą, zawsze prowadził uważnie, bezpiecznie. Przez to Jego przeświadczenie o prowadzeniu samochodu, pomimo zrobionego prawa jazdy, nigdy nie prowadziłam auta, a szkoda bo teraz byłaby to ceniona umiejętność.
   Miał swoje wady ale dla każdego kto go znał, było to coś innego. Dla matki był mało ambitnym, nieprzedsiębiorczym człowiekiem, minimalistą w każdym calu. Dla otoczenia człowiekiem uprzejmym ale nie spontanicznym. Nie posiadał szczególnych uzdolnień ani nie interesował się czymś tak bardzo, żeby można było mówić iż ma hobby.Często towarzyszył matce przy rozwiązywaniu krzyżówek i chociaż czytał mało, to jednak sporo wiedział.
    Odkąd pamiętam cierpiał na nagniotki, które powodowały(mimo iż systematycznie je wycinał), że chód miał taki jakby kulał. Dlatego też koledzy z pracy nazywali go „chora nóżka”. W wojsku o ile się nie mylę przepracował 23 lata i z powodu choroby krążenia przeszedł w stan spoczynku. Zginął w sierpniu 1989 roku, kiedy to pospieszył z pomocą wędkarzowi, atakowanemu przez dwóch pijanych młodych ludzi, którzy na tacie wyładowali swoją złość, gdy zaczepiany przez nich człowiek zdążył uciec.
 
na spacerze z naszym pierwszym psem Bejem
Jego życie było bardziej szare niż kolorowe, ale on się nie skarżył. Wydawać by się mogło, że szczytem jego oczekiwań jest po powrocie z pracy, wyprowadzenie psa, zamienienie butów na kapcie i błogie lenistwo przed telewizorem lub z gazetą w ręku. Ktoś obserwujący mojego ojca z bliska nazwałby go niepozornym, a może nawet nudnym i nie mogłabym oponować, bo oba stwierdzenia byłyby w pełni uzasadnione. Czasami odnosiłam wrażenie, że „przepraszał za to, że żyje”, tak jakby uważał iż wyjście żywym z pożogi wojennej jest wystarczającym darem, niemal cudem i nie należy domagać się niczego więcej.  

poniedziałek, 7 listopada 2016

SŁOTA, CHANDRA I KŁOPOTY

                                                


   
Bardzo mi się spodobało to zdjęcie, dlatego włączam je
do swojego posta, mając nadzieję, że autor(ka) nie będzie miała
nic przeciwko temu.  Zazdroszczę "Pozytywnej" optymizmu.
Dwudziesty ósmy października, był jak piątek trzynastego dla najbardziej pechowych czy zabobonnych. Zaraz po przebudzeniu pilot od dekodera zsunął się z pudełka z lekami, prosto do szklanki z napojem. Przez 24 godziny nie mogłam oglądać TV. Niewiele jest co prawda tam ciekawego, ale ponieważ nie mam radia i nie gra mi muzyka, to chcę żeby chociaż gadano cokolwiek. Pomimo pechowego ranka humor miałam przyzwoity, nogi nie za mocno bolały i dałam radę wysiedzieć przy laptopie. Poczytałam kilka blogów i napisałam posta pt. „Zakładka”. Myśli przelewałam na ekran bez większych zastojów. Jednak po skończeniu, w trakcie czytania i korekty, wzrastała moja irytacja. Czegoś w tym tekście brakowało, a ja nie nie umiałam określić na czym polega szkopuł. Odłożyłam notkę do „zamrażarki” wierząc, że jak zajrzę do niej następnego dnia, to może humor będzie lepszy, ja mniej samokrytyczna lub doznam olśnienia i poprawię to od ręki.
Popołudniu robiąc sobie obiad, źle odstawiłam ulubiony dzbanek i spadł na posadzkę. Ponieważ był plastikowy, to wyszczerbił się w kilku miejscach i z żalem oraz bólem serca, musiałam go wyrzucić. W ten sposób spełniło się porzekadło „nieszczęścia chodzą parami”.
   Ostatnie dni października dżdżyste i ponure najzwyczajniej w świecie przespałam, a w nocy tłukłam się jak „Marek po piekle”. Pierwszy listopada spędziłam w minorowym nastroju, bo jest to dzień, który zawsze działał na mnie przygnębiająco. Od 2 do 5-tego dziergałam upominek dla Jotki, bo chciałam żeby jej dzieciaki dostały zakładki, a Ona coś, co Jej mnie przypomni nie tylko w jesienne wieczory. Rzecz jest niewielka i prawdziwe rękodzielniczki może dziwi iż zajęło mi to tyle czasu. Sprawa jest prosta: pierwszego dnia zrobiłam ¾, drugiego dnia większość sprułam i odrzuciłam zniechęcona. Trzeciego i czwartego dokończyłam pracę.
   Miesiąc temu mój syn skaleczył sobie prawą rękę. Nie poszedł do lekarza tylko „leczył” ją sam. Częściej mu się rana otwierała i ropiała niż wygajała. W związku z tym znów nie było mowy o malowaniu figurek czy jakimkolwiek zarabianiu. Moja złość spływała po nim jak po kaczce woda. W miniony czwartek pokazał mi wygojoną rękę, to znaczy rana jest zasklepiona ale pozostała gula, szpecąca rękę. U mężczyzny to nie przeszkadza, więc nic nie powiedziałam. Byłam szczęśliwa, że będzie wreszcie mógł zacząć nie tylko malować ale i sprzątać, bo moje mieszkanie bardzo tego potrzebuje. Poza tym obiecał, że w niedzielę obetnie mi włosy, żeby było wygodniej je myć i o nie dbać. W niedzielę rano przyszedł dość wcześnie, nawet zrobił mi kawę i śniadanie. Gdy miał już wychodzić(zawsze robi to szybko, jakby przebywanie z matką pod jednym dachem groziło mu pomorem),zauważyłam, że dwa palce prawej ręki są złączone plastrem. Zapytałam co się stało. Przyznał się, że w piątek zabalował tak mocno,  iż przy upadku najprawdopodobniej złamał sobie rękę. Była mocno spuchnięta gdy ją widziałam ale łudzę się, że to tylko stłuczenie, bo w przeciwnym razie, kto wie jak długo znów nie będzie mógł podjąć się jakichkolwiek zajęć, a przecież święta za pasem.
   Dochodzi godzina dziewiąta, rozpoczyna się nowy tydzień, a ja piszę tego posta w nadziei, że może jeszcze o mnie nie zapomnieliście. Nastrój mam nadal pod psem, deszczowo i ponuro za oknem, więc mogłabym wrócić do ciepłego łóżka i udawać, że mnie nie ma. Tym bardziej, że gołe nogi marzną od podłogi, a od nich przeziębia się reszta ciała. Zapowiedź takiego „grypowego” stanu miałam już w zeszłym tygodniu, na szczęście rozeszło się po kościach. Najprościej byłoby założyć dresy i nie wyziębiać się ale nie wiem dlaczego drażni mnie, gdy mam na nogach spodnie, skarpety lub kapcie. Gdy wstaję, to ubieram się z rozsądku, a już po dwóch godzinach zdejmuję wszystko. Jak powiadają „złej baletnicy przeszkadza rąbek u spódnicy”, ja właśnie tak się ostatnio zachowuję i wcale mi się to nie podoba. Może w tym tygodniu uda mi się przeczytać zaległe posty z września i października u Iwony K( „http://iwonakmita.pl/), dotrzymując w ten sposób obietnicy, że od listopada będę czytywała jej bloga na bieżąco. Więcej na temat " kobiety po 50-ce” w okolicach 20 grudnia, bo wtedy  będzie inauguracja Jej nowego czasopisma „Czas na wnętrze”.
    Do zobaczenia za tydzień, bo wtedy(choć trudno w to uwierzyć),  minie rok istnienia "Karuzeli".

czwartek, 13 października 2016

"MOJA KREW, MÓJ JAD, MOJA ZŁOŚLIWOŚĆ"

    Tytuł posta, to jedna z jej życiowych dewiz. Po przeczytaniu tego zdania, w jednym z komentarzy, zmieniłam sposób patrzenia na własnego syna.
   Na bloga trafiłam przez przypadek ale nie było go już , gdy następne cztery dni spędziłam na czytaniu postów od deski do deski. Przyczyna była jedna: spodobało mi się poczucie humoru autorki, jej samozaparcie w realizacji postanowień. A przede wszystkim dostałam ataku zazdrości, gdy widziałam materiał ilustracyjny doskonale dobrany do każdego tematu. Składają się na niego zdjęcia posiadaczki bloga jak i rysunki z Google. Aparat mam, dostęp do grafiki Google też, a jednak tak dobrze ozdabiać swoich notek nie potrafię. Bardzo spodobały mi się słowa : „ZANIM OSĄDZISZ MNIE I MOJE ŻYCIE , WŁÓŻ MOJE BUTY, PRZEJDŹ DROGĘ MOJEGO ŻYCIA. PRZEŻYJ MOJE PORAŻKI. WYTRWAJ TYLE CO JA WYTRWAŁAM. UPADNIJ TYLE CO JA UPADAŁAM. JEŚLI TO PRZETRWASZ,TO BĘDZIESZ MIAŁ PRAWO MNIE OCENIAĆ...TYLKO MYŚLĘ,ŻE CIĘ TO PRZEROŚNIE.” Co prawda ostatnie zdanie tej myśli brzmi trochę zarozumiale, ale czy dlatego że ja mam kompleksy, muszę krytykować ludzi z dużym poczuciem własnej wartości?
Swój dom pod Rzeszowem uwielbia odnawiać i meblować sama. Może powinnam Ją wynająć do swoich 30 m2, bo syn się nie kwapi , a do specjalistów nie mam szczęścia.





Jest miłośniczką zwierząt, chociaż uważa , że mieszkanie w bloku, to nie miejsce dla psa.. I za to jej nie lubię, bo co ja zrobiłabym bez mojej Maszy i Vegi? Do kogo gadałabym, przecież nie do obrazu- nie posiadam. Też jestem zdania, że zwierzęta powinny mieć odpowiednie warunki do życia, dużo miejsca do wybiegania się. Nie każdy jednak może mieć przydomowy ogród, a własne posłanie w najmniejszym nawet mieszkaniu lepsze jest od klatki w schronisku czy budy z łańcuchem na podwórzu.




Podjęła walkę z nadwagą i bez względu na pogodę biega. Ja na biegi się nie piszę, ale przydałaby mi się jej wytrwałość i konsekwencja. Oprócz tego wypieka własny chleb, niektóre przepisy bardzo oryginalne(z octem balsamicznym). Te posty omijałam świadomie, bo chociaż jest wiele amatorek takich wypieków, to ja do nich nie należę.

 Komponuje według własnych pomysłów koktajle i napoje. Te chętnie piłabym, gdyby ktoś je za mnie robił i podstawiał mi pod nos, bo nie lubię wystawać w kuchni, nawet gdybym miała „gadżety gotującej kobiety”.





Przy pracach kuchennych wspomagają ją różnego rodzaju roboty wielofunkcyjne, te jednak są nie na każdą kieszeń. Jej Duży czyli mąż, kieszenie też ma spore, więc nic dziwnego, że fundusze na takie prezenty znajduje.Tak moje panie, Jaga ma ślubnego, który na urodziny czy rocznicę ślubu, nie kupuje wałka do ciasta tylko takie urządzenie, które ciasto wyrobi i upiecze. Nic więc dziwnego, że żonusia swoim panom schlebia. Wraz z Dużym i „Babą Jagą” mieszka ich potomek. Dorównuje on rodzicielom w aktywności, przedsiębiorczości i poczuciu humoru.


Autorka bloga ma ogromną wiedzę teoretyczną na różne tematy, o których pisze. Omawia je prześwietlając problem dogłębnie ale nie ma tam moralizatorstwa, nudy czy przesady. Lubię Jej posty „popularnonaukowe”, bo uczą i bawią. Jakby tego było mało, ta kobieta powie Ci wszystko o konkretnej, paście do zębów, ulubionych ciasteczkach czy lekach, bo jest testerem. Gdy ona napisze, że coś jest dobre, to ja w to wierzę.
Przez inne blogowiczki była 3 krotnie wyróżniona nagrodą „Liebster Blog Award”. Osobiście uważam, że odpowiedź na 11 czy 33 pytania, nie da nam prawdziwej wiedzy o odpowiadającym, dlatego też nie lubię tego rodzaju quizów. Wolę czytać bloga danej osoby od pierwszego do najnowszego postu(chociaż akurat ja dziwnym trafem robię to w odwrotnej kolejności).
    Teraz czytuję regularnie: https://jagatoja.blogspot.com/   i to nie dlatego, że Jaga wyznaje zasadę „Jestem dobra w tym co robię, albo nie robię tego w ogóle”. (bo z tym akurat nie zgadzam się). Odwiedzam jej bloga raz w tygodniu, bo lubię ludzi pozytywnie zakręconych. Nie mam szczęścia w życiu,  ale do ciekawych blogów tak.. Jeżeli zechcesz sprawdzić czy napisałam prawdę, to będzie miło i mnie i mojej bohaterce. Zapraszam.











wtorek, 11 października 2016

PRZEPRASZAM

   Z wielkim zdziwieniem zauważyłam dzisiaj, że w poście poprzednim "Najwyższy czas",  myśl z bloga Leptira została nie pokazana w tekście, chociaż stanowiła jeżeli nie najciekawszą, to bardzo istotną jego część. Nie wiem czemu stan taki przypisać ponieważ w tekście, który napisałam i jest w wersji roboczej słowa te istnieją. Nie pierwszy raz słowa wyróżnione wytłuszczonym drukiem,  nie były takie po opublikowaniu tekstu. Dlatego też zamiast tego stosowałam inny rodzaj czcionki, gdy jakiś fragment tekstu chciałam podkreślić i ten sposób był do tej pory skuteczny. Nie rozumiem dlaczego tym razem stało się inaczej i w opublikowanym tekście w miejscu tych wspaniałych słów jest puste miejsce. Za zaistniałą sytuację przepraszam czytelników,a nade wszystko autorkę bloga, z którego cytat pochodził "NIGDY NIE JEST ZA PÓŹNO, ŻEBY ZACZĄĆ OD NOWA, ŻEBY PÓJŚĆ INNĄ DROGĄ I RAZ JESZCZE SPRÓBOWAĆ. NIGDY NIE JEST ZA PÓŹNO, BY NA STACJI ZŁYCH ZDARZEŃ, ZŁAPAĆ POCIĄG OSTATNI I DOJECHAĆ DO MARZEŃ".
     Mam nadzieję, że taka wpadka więcej mi się nie zdarzy. Utrzymująca się deszczowa pogoda powoduje, że bolą mnie ręce, nogi i całe ciało. Umysł jest wyłączony i mam kłopoty z poprawą jakiegokolwiek tekstu, który w formie roboczej czeka na swój czas, by zaistnieć na blogu. 
    Pełna wiary, że wkrótce wrócą mi siły, pozdrawiam wszystkich odwiedzających, czytających i komentujących. 












piątek, 30 września 2016

NAJWYŻSZY CZAS...

                                                           


   Najwyższy czas przestać użalać się nad sobą, i zacząć normalnie funkcjonować jak wielu moich znajomych z blogowego światka.
   Wszystkie sierpniowe noce miałam bezsenne. Gdy udało mi się między 5 a 7 rano zapaść w drzemkę, to po przebudzeniu miałam lepszy dzień. Większość jednak była naznaczona frustracją, złością na cały świat i czepianiem się o byle co. Skupiało się to na synu, który jako jedyny ma ze mną codzienny kontakt. Najgorsze nadeszło 5 września, gdy po podniesieniu się z wersalki nie potrafiłam przesunąć nogi ani o centymetr. W odstawkę poszedł chodzik, a jego miejsce zajął wózek inwalidzki. Na nim poruszam się od tego właśnie dnia. Byłam świadoma, że kiedyś ten czas nadejdzie, nie sądziłam jednak, że nastąpi to tak szybko. Liczyłam, że mam przed sobą jeszcze 10-15 lat. Popadłam w rozpacz, jakiej nie pamiętam w swoim życiu, nawet po śmierci rodziców, nie zachowywałam się tak histerycznie. Pierwszy tydzień leżałam i beczałam. O dziwo mój syn był dla mnie w tym okresie bardzo wyrozumiały. Robił posiłki albo przynosił gotowe z domu, nie prowokował i nie było awantur. Co prawda z okazji urodzin swojej dziewczyny i swoich imienin(obie okazje dzieliły dwa tygodnie) przychodził zamulony a nawet zawiany, co świadczyło o tym, że ostro balowali, ale jedynymi złymi skutkami takiego stanu rzeczy były mocno nadwyrężone finanse.   Być może to sprawiedliwość dziejowa, że jak w jednej sferze jest źle, to w drugiej pokazuje się światełko w tunelu. Mój syn, sprzedał 3 figurki, czym udowodnił, że może w ten sposób powiększać swój budżet, ale na pewno nie jest to sposób na jedyne źródło utrzymania. Następne tygodnie oswajałam się z myślą, że wózek, to teraz mój „najlepszy” przyjaciel. Jeżdżenie na nim zmniejszało cierpienie, bo nie musiałam powłóczyć nogami, co nigdy nie obywało się bez bólu, ale mam trudności z prowadzeniem go. Skręcanie jakoś już mi wychodzi, natomiast jazda po prostej, kończy się buzowaniem kół w miejscu. Poza tym jedno koło ciągle gubi powietrze, dlatego nie odważyłam się wyruszyć na dwór. Syn miał opory by się ze mną pokazywać, gdy poruszałam się za pomocą chodzika, więc obawiam się, że wiezienie mnie wózkiem, jest poza jego wyobraźnią. Pozostali członkowie rodziny, choć ich poinformowałam o zmianie sposobu poruszania się, nie wykazali ochoty odwiedzenia mnie, co sprawiło mi niemałą przykrość. Widocznie prawdziwe jest powiedzenie, że z rodziną najlepiej się wychodzi na zdjęciu. Przez ten miesiąc próbowałam raz w tygodniu czytać blogi ale niewiele z tego wynikało, bo łapałam się na tym, że treść wpisów do mnie nie dociera. O pisaniu własnych postów nie było mowy, bo robiłam błędy nawet dokonując opłat i gdyby mnie syn nie pilnował w tych momentach, to narobiłabym niezłego bałaganu w swoich finansach.
   Wielokrotnie wspominałam, że nic mnie tak nie męczy jak bezczynność. Jednak kiedy próbowałam coś robić, to tak knociłam wszystko, że powiększałam swoją frustrację i nienawiść do samej siebie. Najbardziej martwił mnie projekt „zakładka”, którego realizację rozpoczęłam w czerwcu, a zamierzałam skończyć przed 1 września. O nim więcej opowiem w poście, gdy całkowicie to przedsięwzięcie zakończę. Paradoks polega na tym, że myśl o tym zajęciu trzymała mnie w kupie, żebym się całkowicie nie pogrążyła, a z drugiej strony, gdy w lepsze dni próbowałam coś w tym temacie robić, to efekty były opłakane. Na trzy zrobione zakładki tylko jedna była do przyjęcia, pozostałe lądowały w śmieciach lub były odkładane do pojemnika z napisem „na użytek własny”(ich zdjęcia pokażę Wam przy stosownej notce, mam nadzieję wkrótce).
   Wczoraj poczułam się na tyle dobrze, że zasiadłam do czytania ulubionych blogów. Z wielką przyjemnością przeczytałam na blogu http://cobytujeszcze.blogspot.com/ o deja vu. Kto nie zna http://subiektywnekomentarze.blogspot.com/, to zachęcam do przeczytania jak zawsze u tej autorki bardzo mądrego i jak wskazuje tytuł „poruszającego” tekstu. Ja złapałam szczyptę dobrego humoru dzięki przezabawnemu postowi, niezawodnego „Czarnego Pieprzu”(http://czarnypieprz.blogspot.com/). Skołatana dusza doznała wyciszenia po przeczytaniu kilku najnowszych notek Leptira http://leptir-visanna7.blogspot.com/, gdzie mądrość życiowa autorki, wzbogacona została bardzo głębokimi myślami innych :Nigdy nie jest za późno żeby zacząć od nowa, żeby pójść inna drogą i raz jeszcze spróbować. Nigdy nie jest za późno, by na stacji złych zdarzeń, złapać pociąg ostatni i dojechać do marzeń”-słowa Św. Jana Pawła II zacytowałam bez zgody blogerki, ale zrobiły na mnie tak duże wrażenie, że postanowiłam je przytoczyć, dla tych, którzy być może myśli tej nie znali lub nie trafili do tej pory na wspomnianego bloga.
   Wszyscy inni, których poczytałam w dniu wczorajszym przyczynili się do tego, że postanowiłam pogodzić się z nieuchronnym i wrócić do pisania czyli robienia tego, co poza szyciem rzeczy do niczego niepodobnych, dzierganiem serwetek dalekich od doskonałości, lubię robić najbardziej.

    Dziękuję, że przez ten miesiąc zamieszczaliście komentarze, będące dowodem tego, że ktoś jeszcze o mnie pamięta, a może nawet lubi? Miłego października, który już tuż tuż. Może nie będzie zbyt deszczowy, ponury i smutnawy.  

środa, 24 sierpnia 2016

MOJE HOBBY - HAFT


    W serii postów posiadających wspólny tytuł „Moje hobby-...” opowiedziałam o moich „wprawkach” fortepianowych, filatelistyce, zmaganiach poetyckich i krawiectwie. Nie ono jednak było pierwsze w moich zapędach rękodzielniczych. Najpierw był haft.
   W czasie wakacji spędzanych jak zawsze w sanatorium, zapragnęłam nauczyć się haftować. Zrodziło się to nagle, bo nie miałam towarzystwa do rozmów czy spacerów. Musiałam być już pełnoletnia, bo mieszkałam w części przeznaczonej dla dorosłych. Chęć wykazania się w tej materii, była tak silna, że poszłam do sklepu,  kupiłam kawałek zwykłego białego płótna bawełnianego, dwa kolory muliny- różowy i zielony(jak groszek), bo tylko takie były i karnet z igłami.  Teraz  należało wymyślić wzór. Nie miałam żadnego pomysłu ani wprawy. Brakowało mi też białej kalki za pomocą, której mogłabym przerysować motyw z czasopisma i potem przenieść go na materiał. Niedostępna była także zwykła czarna kalka maszynowa. Dlatego jeden jedyny raz w życiu byłam rysownikiem. Na mojej podomce z kory, były wytłoczone duże kwiaty.Wzorując się na nich, narysowałam kilka takich na papierze, a następnie przeniosłam na materiał, rozmieszczając wzdłuż boków w określonej odległości od siebie i połączyłam łodygami z liśćmi. Ponieważ środek pozostał czysty, to umieściłam w nim moją ulubioną maksymę łacińską :”Per aspera ad astra”("Przez trudy do gwiazd"). W ten sposób określiłam czym po skończeniu może być ta robótka: mini serwetką lub makatką(po powrocie do domu, mama obrębiła brzegi robiąc dość szerokie zakłady, co przesądziło o jej losach). Nie za bardzo sprawa była przemyślana, bo jeżeli sentencja z gwiazdami, to bardziej pasowałyby one, a nie kwiatki.
    Nie spodziewałam się, że moja nowa pasja stanie się przedmiotem rywalizacji z matką. Co prawda z zadowoleniem przyjęła, że drugą moją pracą będzie obrus na rozkładany owalny stół jako prezent na Barbórkę, ale jednocześnie sama zaczęła haftować serwetki, bieżniki. Do dzisiaj ostał się tylko bieżnik 30 x 40cm, który  po wyhaftowaniu, obrobiła szydełkiem.
Tak wygląda róg owego bieżnika zrobionego przez mamę

   W tamtym czasie haftowałam przede wszystkim na kolorowym lnie( komplety:6 serwetek + bieżnik), bo była taka moda i ofiarowywałam je różnym ludziom w prezencie. Nie wyszywałam natomiast odzieży. Jedyne wyjątki stanowiła moja biała bluzka, uszyta parę lat wcześniej przez moją mamę(haft rozmieściłam na górze rękawa i na górze przodów) oraz strój sylwestrowy mojej siostry składający się ze spódnicy, krótkiej bluzeczki bez rękawów i chusty. Ponieważ było to uszyte z surówki w kolorze kawy z mlekiem, to parzenice na dole spódnicy i środku chusty były wyhaftowane ciemnobrązową tasiemką jedwabną o szerokości 3 mm, z której także były zrobione frędzle przy chuście.
Moja matka wiedziała jak nazywają się takie tasiemki, ja zapomniałam. To właśnie były "nici" do sukni tyle tylko , że w kolorze czekolady.

 Nigdy nie pokusiłam się o haft krzyżykowy, ani żeby haftować kupowane w pasmanteriach portrety osób, zwierząt czy pejzaże. Chociaż był okres kiedy bardzo lubiłam haftować, to sporadycznie używałam naparstka czy tamborka. Zazwyczaj zapełniałam wzór ściegiem atłaskowym pełnym lub cieniowanym, a do linii stosowałam częściej łańcuszek niż ścieg przed lub za igłą. Na kilku poszewkach umieściłam haft Richelieu.

Róg poszewki o wymiarach 80x80 cm




"Ażurnaja wysziwka", to 156 stronicowa książeczka , w której zamieszczono różne wzory ażurowe, w tym mereżki.






   

   Miałam taki moment, że bardzo podobały mi się mereżki, dlatego jeden biały bawełniany obrus zrobiłam w zazębiające się kwadraty i prostokąty, w których kontury były określone mereżką, a w środku nićmi białymi wyhaftowałam drobny motyw kwiatowy. Obrus pierwszy i biały mereżkowany trafiły do synowej, jako część wyprawy dla syna.(zdjęć mimo próśb nie zrobił, więc się nie wykażę prawdomównością). Upodobanie do tego rodzaju ażuru miałam od dzieciństwa, bo mama miała żółtą sukienkę, w której góra była przyozdobiona właśnie w ten sposób.
    

   Żadna z moich innych prac nie ostała się w domu, w związku z czym nie będzie zdjęć przedmiotów. Ponieważ jednak dbałam o podbudowę teoretyczną tak jak w przypadku szycia, to zdjęcia  książek prezentuję:
Pierwsza książka kupiona przeze mnie
Książka kupiona zanim w kiosku "Ruchu" upolowałam duże teczki z tym rodzajem haftu

Tę książkę pożyczyłam od kuzynki mojego ojca w roku 1974. Nigdy nie miałam później okazji jej zwrócić.

 





To są podobne teczki z motywami  haftów, każda poświęcona innemu jego rodzajowi

Pozycja poświęcona kolejnemu rodzajowi haftu.



Ostatni prezent imieninowy od niedoszłej synowej Oliwii, która była partnerką  syna przed obecną.
.
Jedna z pierwszych książek w kolekcji "hafciarskiej".

Nr 5 wydawnictwa "Uszyj sama"był poświęcony haftowi.