środa, 24 sierpnia 2016

MOJE HOBBY - HAFT


    W serii postów posiadających wspólny tytuł „Moje hobby-...” opowiedziałam o moich „wprawkach” fortepianowych, filatelistyce, zmaganiach poetyckich i krawiectwie. Nie ono jednak było pierwsze w moich zapędach rękodzielniczych. Najpierw był haft.
   W czasie wakacji spędzanych jak zawsze w sanatorium, zapragnęłam nauczyć się haftować. Zrodziło się to nagle, bo nie miałam towarzystwa do rozmów czy spacerów. Musiałam być już pełnoletnia, bo mieszkałam w części przeznaczonej dla dorosłych. Chęć wykazania się w tej materii, była tak silna, że poszłam do sklepu,  kupiłam kawałek zwykłego białego płótna bawełnianego, dwa kolory muliny- różowy i zielony(jak groszek), bo tylko takie były i karnet z igłami.  Teraz  należało wymyślić wzór. Nie miałam żadnego pomysłu ani wprawy. Brakowało mi też białej kalki za pomocą, której mogłabym przerysować motyw z czasopisma i potem przenieść go na materiał. Niedostępna była także zwykła czarna kalka maszynowa. Dlatego jeden jedyny raz w życiu byłam rysownikiem. Na mojej podomce z kory, były wytłoczone duże kwiaty.Wzorując się na nich, narysowałam kilka takich na papierze, a następnie przeniosłam na materiał, rozmieszczając wzdłuż boków w określonej odległości od siebie i połączyłam łodygami z liśćmi. Ponieważ środek pozostał czysty, to umieściłam w nim moją ulubioną maksymę łacińską :”Per aspera ad astra”("Przez trudy do gwiazd"). W ten sposób określiłam czym po skończeniu może być ta robótka: mini serwetką lub makatką(po powrocie do domu, mama obrębiła brzegi robiąc dość szerokie zakłady, co przesądziło o jej losach). Nie za bardzo sprawa była przemyślana, bo jeżeli sentencja z gwiazdami, to bardziej pasowałyby one, a nie kwiatki.
    Nie spodziewałam się, że moja nowa pasja stanie się przedmiotem rywalizacji z matką. Co prawda z zadowoleniem przyjęła, że drugą moją pracą będzie obrus na rozkładany owalny stół jako prezent na Barbórkę, ale jednocześnie sama zaczęła haftować serwetki, bieżniki. Do dzisiaj ostał się tylko bieżnik 30 x 40cm, który  po wyhaftowaniu, obrobiła szydełkiem.
Tak wygląda róg owego bieżnika zrobionego przez mamę

   W tamtym czasie haftowałam przede wszystkim na kolorowym lnie( komplety:6 serwetek + bieżnik), bo była taka moda i ofiarowywałam je różnym ludziom w prezencie. Nie wyszywałam natomiast odzieży. Jedyne wyjątki stanowiła moja biała bluzka, uszyta parę lat wcześniej przez moją mamę(haft rozmieściłam na górze rękawa i na górze przodów) oraz strój sylwestrowy mojej siostry składający się ze spódnicy, krótkiej bluzeczki bez rękawów i chusty. Ponieważ było to uszyte z surówki w kolorze kawy z mlekiem, to parzenice na dole spódnicy i środku chusty były wyhaftowane ciemnobrązową tasiemką jedwabną o szerokości 3 mm, z której także były zrobione frędzle przy chuście.
Moja matka wiedziała jak nazywają się takie tasiemki, ja zapomniałam. To właśnie były "nici" do sukni tyle tylko , że w kolorze czekolady.

 Nigdy nie pokusiłam się o haft krzyżykowy, ani żeby haftować kupowane w pasmanteriach portrety osób, zwierząt czy pejzaże. Chociaż był okres kiedy bardzo lubiłam haftować, to sporadycznie używałam naparstka czy tamborka. Zazwyczaj zapełniałam wzór ściegiem atłaskowym pełnym lub cieniowanym, a do linii stosowałam częściej łańcuszek niż ścieg przed lub za igłą. Na kilku poszewkach umieściłam haft Richelieu.

Róg poszewki o wymiarach 80x80 cm




"Ażurnaja wysziwka", to 156 stronicowa książeczka , w której zamieszczono różne wzory ażurowe, w tym mereżki.






   

   Miałam taki moment, że bardzo podobały mi się mereżki, dlatego jeden biały bawełniany obrus zrobiłam w zazębiające się kwadraty i prostokąty, w których kontury były określone mereżką, a w środku nićmi białymi wyhaftowałam drobny motyw kwiatowy. Obrus pierwszy i biały mereżkowany trafiły do synowej, jako część wyprawy dla syna.(zdjęć mimo próśb nie zrobił, więc się nie wykażę prawdomównością). Upodobanie do tego rodzaju ażuru miałam od dzieciństwa, bo mama miała żółtą sukienkę, w której góra była przyozdobiona właśnie w ten sposób.
    

   Żadna z moich innych prac nie ostała się w domu, w związku z czym nie będzie zdjęć przedmiotów. Ponieważ jednak dbałam o podbudowę teoretyczną tak jak w przypadku szycia, to zdjęcia  książek prezentuję:
Pierwsza książka kupiona przeze mnie
Książka kupiona zanim w kiosku "Ruchu" upolowałam duże teczki z tym rodzajem haftu

Tę książkę pożyczyłam od kuzynki mojego ojca w roku 1974. Nigdy nie miałam później okazji jej zwrócić.

 





To są podobne teczki z motywami  haftów, każda poświęcona innemu jego rodzajowi

Pozycja poświęcona kolejnemu rodzajowi haftu.



Ostatni prezent imieninowy od niedoszłej synowej Oliwii, która była partnerką  syna przed obecną.
.
Jedna z pierwszych książek w kolekcji "hafciarskiej".

Nr 5 wydawnictwa "Uszyj sama"był poświęcony haftowi.




środa, 17 sierpnia 2016

JA KONTRA PANNA J

                                                         

   To o czym chcę dzisiaj napisać zaczęło się pod koniec sierpnia 2011 roku, kiedy wieczorową porą przekroczyłam próg własnego mieszkania, wracając z urlopu. Na powitanie obległy mnie obie suczki Vega i Masza ale nie wyłonił się ze swojego pokoju mój syn. Pomyślałam, że baluje gdzieś z koleżkami. Postanowiłam napić się herbaty, więc skierowałam kroki do kuchni. Zapalając światło automatycznie obejrzałam się na pokój syna. Najwyraźniej nie spodziewał się mojego powrotu, bo drzwi były otwarte na tyle, na ile pozwalała rozłożona kanapa.
   Obok mojego syna dostrzegłam czarne długie włosy i twarz kobiety z nozdrzami tak szeroko rozwartymi, że skojarzyły mi się ze  świńskim  ryjem. Po plecach przeszły zimne dreszcze jakbym miała febrę. Przeraziłam się nie na żarty taką swoją reakcją, bo nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłam widząc panienkę w pościeli syna. Zaczęłam obawiać się, że z tą będą kłopoty i to nie małe.
Gdyby nie to moje skojarzenie z ryjkiem, to dziewczyna z kanapy wyglądałaby jak ta powyżej. * ilustracja zaczerpnięta z Google- grafika.
   Następnego ranka liczyłam, że syn wyjaśni mi kim jest dziewczyna, bo nie była to ta , z którą dwa tygodnie wcześniej był na urlopie i spędził 3 ostatnie lata. Młodzi wstali w chwili, gdy byłam w kuchni. Uchylili drzwi(ja je zamknęłam poprzedniego wieczoru) i dziewczyna podając rękę powiedziała „jestem J...”. Rumor z pokoju dochodził spory, więc domyśliłam się, że syn sprząta. Przez głowę przemknęła myśl „potrafi zagonić go do sprzątania, niebywałe”. Nakłoniłaś mojego syna, do sprzątania swojego pokoju powiedziałam. Ona na to, że „lubi sprzątać.” Jeśli mi powiesz, że lubisz też prasować, to Ci nie uwierzę, rzekłam. Jej odpowiedź była twierdząca. Przez trzy lata ta wymiana zdań była najdłuższą jaka nam się trafiła.
Panna J zamieszkała u nas na parę tygodni, które zamieniły się w 5 miesięcy. Mój syn był w niej zakochany, co ciągle powtarzał, ale ja nie wierzyłam w podobne uczucie z jej strony. Sporą zasługą panny J było to, że nakłoniła syna do poszukania pracy. Oboje przez kilka miesięcy pracowali w T-mobile. Pieniądze z tego były marne, więc cały ciężar utrzymania 3 osób spadł na mnie. Święta Bożego Narodzenia w 2011 były jednymi z najgorszych, bo milczenie przy stole ciążyło. Od początku tej historii denerwowało mnie to, że syn wyszedł z założenia, że do swojego pokoju może sprowadzać kogo chce i ja nie mam nic do powiedzenia. Gdyby  na wstępie uczciwie powiedzieli jak się sprawy mają, że została wyrzucona z mieszkania, w którym dotychczas mieszkała, a na pomoc swojej rodziny nie może liczyć i na dokładkę jest bez pracy, to nie czułabym się taka zignorowana we własnym domu. Sama zaproponowałabym kilka wariantów rozwiązania problemu.
   W styczniu dałam pannie J pieniądze na wynajęcie pokoju na dwa miesiące, by tylko pozbyć się (co tu dużo mówić )niechcianego gościa z domu. Przez miesiąc mój syn pakował plecak , tym co było w lodówce i jeździł do panny J, która wynajęła pokój w mieszkaniu, gdzie już była para również młodych ludzi, miałam nadzieję, że się dogadają. Pokoik był wąską klitką, gdzie mieściło się niewiele sprzętów, a o dwóch osobach nawet nie było co marzyć. W przeciwnym razie syn być może przeprowadziłby się razem z nią.Liczyłam na zbyt dużo. Pod pretekstem, że mężczyzna podgląda pannę J w łazience, wróciła do naszego domu.
   Dziewczyna była cicha ale stanowiła źródło konfliktów moich z synem. Na niego miała sposób -płacz na zawołanie kiedy tylko coś szło nie po jej myśli. Kiedyś K.J podsłuchał moją rozmowę z adwokatem, którego pytałam jak mogę dokonać eksmisji syna, bo byłam na to gotowa. Nie wprowadziłam swojego zamiaru w czyn, bo dość niespodziewanie acz szczęśliwie znaleźli oboje pracę w jednej firmie. Tyle tylko, że ona miała pracować na miejscu, on dojeżdżał do Ożarowa. Wynajęli sobie kawalerkę i mieszkali w niej rok.. W czasie gdy byłam w szpitalu zamienili dotychczasową kwaterę na inną. Ponieważ pierwszego mieszkania nie widziałam, bo mnie nie zaprosili.Drugiego też nie pokazali mi aż do lutego tego roku, kiedy zrobiłam im nalot. Kubaturowo mieszkanie tak samo duże jak moje ale przyznaję ma dobrą aurę, bo i mnie w nim było miło posiedzieć.
   Widuję pannę J tylko na Boże Narodzenie. Ona do mnie nie dzwoni, rzadko prześle sms, czy nie potrzebuję czegoś ze sklepu, gdy jest promocja.Moich telefonów z reguły nie odbiera i nie oddzwania. Ma też zwyczaj nie odpisywać na sms-y wykręcając się zmęczeniem, a to mnie wkurza maksymalnie, bo na wiadomość można odpisać załatwiając potrzebę fizjologiczną, bo robi się to w pozycji siedzącej.  W chwili obecnej, gdy już zaakceptowałam ją jako członka rodziny, wolałabym wiele spraw uzgadniać we trójkę, a nie tylko z moim synem. Poniekąd rozumiem dystans synowej do mnie, bo nie zapomniała jak wyglądały nasze relacje przez pierwsze 3 lata. Niemniej jednak biorąc pod uwagę charakter mojego syna „nic się nie zarabia, żyje się jak hrabia”, tylko stawiając twarde warunki możemy doprowadzić do zmiany Jego postępowania. W przeciwnym razie sam się będzie staczał i ciągnął nas za sobą. Przez te lata przeszłam z moim synem piekło na ziemi, bo ciągle im brakowało pieniędzy i on „poszukiwał” ich nie w pracy, a w mojej kieszeni, a ostatnio również w hazardzie, co przeraża mnie najbardziej, bo wiem jak kończą ludzie od niego uzależnieni. Panna J o wyczynach K.J wiedziała wcześniej, znosiła w milczeniu jego pijaństwo i inne ekscesy(ja jak się okazało wiedziałam tylko o namiastce, sam się do tego przyznał). Nie liczyłam na to, że związek przetrwa 3 lata. Kiedy stało się to faktem, składając im życzenia świąteczne w 2014, poprosiłam żeby nie mówiła do mnie „pani Iwono” tylko „mamo”. Po utracie pracy z końcem minionego roku, ona znalazła pracę już pod koniec lutego. Słabo płatna i ciężka praca ekspedientki nie jest spełnieniem jej marzeń, ma wyższe aspiracje o czym mówi. Pracuje jednak, bo nie chce być ode mnie zależna finansowo. Za to ją szanuję. Mój syn jest bardzo trudnym we współżyciu człowiekiem z czego doskonale zdaje sobie sprawę, bo sam mówi, że nie wie jak J z nim wytrzymuje. Ich związek jest dla mnie dziwny, gdy syn się skarżył, to mówiłam otwarcie, by go zakończył i nie wpędzał dziewczyny w lata. On jednak z jednej strony, nie wyobraża sobie życia bez Niej, a z drugiej potrafi sprawić przykrość w najmniej odpowiednim momencie. A Ona? Raz wszczyna awanturę z błahego powodu, innym razem reaguje płaczem  na kłopoty, albo (co jest według mnie najgorsze) pociesza go, że nic się nie stało, gdy ten narobi głupot.
   15 sierpnia była 5 rocznica ich poznania. Nie ukrywam, że wzruszyłam się, bo ja nie miałam tyle szczęścia, by być z kimś tyle czasu, a bardzo chciałam żeby życie osobiste syna było udane o wiele bardziej niż moje własne. Na dwa dni przed 5 rocznicą ich poznania omawiałam z moim ancymonem sposób w jaki powinni lub chcieliby ją uczcić. Po wyjściu ode mnie nawyczyniał tyle, że zmarnował doniosłość tego wydarzenia i kilka innych rzeczy.

   Kiedy zaczęli ze sobą sypiać i w późniejszych latach nie przypuszczałam, że dzisiaj będę pisała posta na cześć „synowej”( w Sylwestra K.J włożył jej na palec pierścionek).Nie ma już panny J, teraz jest Córka. W dniu 5 rocznicy, każdemu z osobna złożyłam stosowne życzenia, o dziwo oboje za nie podziękowali.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

PRZYGNĘBIENIE I NIESMAK

31.07.br

   Wizyta papieża w Polsce w związku ze Światowymi Dniami Młodzieży, wprowadziła taką podniosłą i uduchowioną atmosferę, że nie bardzo chciało mi się pisać o czymkolwiek. Jest niedziela godzina 10.00 rano, ja po mieszkaniu znowu jeżdżę, bo wczoraj wieczorem nogi przestały się ruszać. Zaczyna mnie to wnerwiać, ale jednocześnie intryguje, co jest powodem tego, że dwa dni nogi są lekkie i mogę przy pomocy chodzika się przemieszczać, a potem kolejne 2 czy 3 lewą noga ruszyć nie mogę i muszę wsiąść na wózek. Obawiam się, że może to mieć związek ze zmianami w mózgu, które oddziałują na system nerwowy stąd zbyt duże napięcie w nogach. Jeżeli tak, to konieczny byłby dobry neurolog, a do lekarzy tej specjalności od chwili przeprowadzki do Warszawy nie mam szczęścia. Raz tylko, krótko po śmierci mamy trafiłam w przychodni wojskowej, na młodego, fantastycznego lekarza, który nie tylko, że przebadał mnie bardzo wnikliwie, to dał kilka skierowań na różne badania. Niestety zanim udało mi się ustalić gdzie, które badanie mogłabym zrobić najszybciej, to ważność skierowań minęła, a lekarka pierwszego kontaktu nie mogła wystawić nowych. W tym czasie pan doktor zmienił miejsce pracy i choć udało mi się Go namierzyć w placówce prywatnej, to jednak okazało się, że owszem kiedyś pracował ale teraz już nie.

8.08.br
   Polecam post Leszka z bloga „Refleksje po 60” zatytułowany „P(odli)i S(kundleni)". Nagonka na gen. Zbigniewa Ścibor-Rylskiego, to najohydniejsza postawa jaką można było okazać wobec człowieka tak zasłużonego. Od 50 lat czyli od chwili, gdy zaczęłam sobie zadawać pytania w pewnych kwestiach(w tym wydarzeń historycznych), dwie daty 1 sierpnia i 1 września, rozkładają mnie emocjonalnie na łopatki. W tych dniach nie oglądam filmów fabularnych czy dokumentalnych, nie oglądam relacji z obchodów. Zapalam tylko znicz w podziękowaniu dla tych, którzy walcząc z okupantem ginęli, cierpieli, bym ja mogła teraz żyć w wolnym kraju. Nie rozgraniczam czy wolność dał mi żołnierz AK, Armii Radzieckiej, czy Batalionów Chłopskich. Dla mnie oni wszyscy walczyli o to w co wierzyli, zmierzając do jednego celu różnymi drogami. 
 Z tym co napisał Leszek w swoim poście zgadzam się w 100 procentach z małym zastrzeżeniem. Cytowaną przez niego wypowiedź wygłosiła nie pani Jakubowska ale pani Elżbieta Jakubiak, dawniejsza posłanka PiS-u, obecnie zjednoczona z tym ugrupowaniem jako współzałożycielka „Polska Razem” Jarosława Gowina. Kiedyś uważałam tę kobietę za jedną z niewielu zdroworozsądkowych. Podobne zdanie miałam także o Tadeuszu Cymańskim. W ostatnim jednak czasie ich wypowiedzi, bywają tak niedorzeczne, graniczące z bredniami najwyższego lotu, że musiałam zmienić nastawienie. Dzisiaj już powoli otrząsam się z niesmaku jaki wywołały u mnie tegoroczne obchody 72 rocznicy Powstania Warszawskiego. Bohaterom tych 63 krwawych dni nie potrzebne są wysyłane do nich pocztówki. Im potrzebny jest spokój, godziwej wysokości emerytura wraz z przynależnymi dodatkami kombatanckimi, by mogli godnie dożyć kresu swoich dni.
   Zdrowotnie u mnie nie najlepiej, nogi nadal bolą, szczególnie gdy deszczowo, pochmurnie i szaro. Dzisiaj miałam jechać na zakupy do Rossmanna, Biedronki i apteki. Zrezygnowałam i zasiadłam do tej notki. Przez te minione dni niewiele robiłam, a bezczynność wykańcza mnie z kolei psychicznie. Nie znalazłam sposobu jak połączyć moment, gdy nogi nie dają do wiwatu z działaniami praktycznymi. Są to bardzo krótkie chwile, dobrze jest, kiedy każdego dnia mogę godzinę posiedzieć przy laptopie, maszynie do szycia lub z szydełkiem w dłoni.  

wtorek, 26 lipca 2016

WOJNA DOMOWA

    Przez czerwcową chorobę narobiły mi się zaległości w każdej dziedzinie. Przede wszystkim lodówka świeciła pustkami i domagała się uzupełnienia. Ponieważ za zakupy w większości płacę kartą kredytową, to muszę robić je sama. Od 7 lipca stoi w pokoju paczka z czasopismami dla autorki bloga „Szydełko Kiry” i nie mogę się doprosić syna, by zaniósł ją na pocztę. Od czternastego lipca zaczął świętować swoje 32 urodziny, wydając swoją i moją kasę(ze wspólnego konta), co sprawiło, że do 22(sobota) mieliśmy ciche dni i nie odzywałam się do niego. W sobotę zażądałam obecności ich obojga i wygarnęłam co myślę o tym wszystkim: tzn. o wydawaniu 100 zł dziennie i narzekaniu, że ciągle nie mają pieniędzy, o nie szukaniu pracy przez 7 miesięcy i o życiu mrzonkami o własnej działalności. Fakt, że nadużywa alkoholu, sprawy też nie ułatwia. Przez 3 dni siedziałam bez chleba, żywiąc się zamówioną pizzą. Przez tydzień piłam tylko „Żywiec Zdrój” i kawę, bo zabrakło mi herbaty, a K.J nie chciałam o nic prosić, bo gdybym pierwsza się odezwała to, uznałby, że jego przewinienia zostały darowane.
    W niedzielę z duszą na ramieniu ale udało mi się samodzielnie wykapać, ubrać i nawet buty wkładałam tylko 15 minut. Gdy byłam gotowa do wyjścia wkroczył mój syn z pytaniem”wybierasz się gdzieś”? Idę na zakupy, bo Ty w piątek nie raczyłeś zrobić tych, o które prosiłam - odpowiedziałam. Wtedy oświadczył, że właśnie tego dnia skradziono mu telefon. Dostałam szczękościsku, bo kupiony był w lutym z wziętego wtedy kredytu. Gdy wrócił ze spaceru z psami poprosił o pożyczenie 50 zł, bo w ramach zakończenia obchodów urodzin, byli poprzedniego dnia w klubie i wydał wszystkie posiadane pieniądze. Powiedziałam, że za darmo nie rozdaję, jak chce, to może zarobić idąc ze mną na zakupy, bo będzie ich dużo, więc ktoś musi je wnieść do domu. Godzina 11 rano, a on mi mówi, że chętnie by pomógł ale właśnie towarzystwo czeka, a on nie ma telefonu ani nie zna numeru by ich zawiadomić, że oto matka potrzebuje pomocy. Nieciekawe to musiało być towarzystwo, które w niedzielę od rana „tankuje”ale tak czy siak nie chciałam kompromitować tego mojego ochlapusa, że zaprasza na urodzinowe piwo i nie ma za nie czym zapłacić,więc pieniądze dałam.Gdybym odmówiła, to byłaby awantura i niepotrzebnie bym się zdenerwowała, a miałam przed sobą zadanie do wykonania, zapełnienie lodówki. On poszedł w swoją stronę, a ja powlokłam się do sklepu. Wielu rzeczy z listy nie kupiłam, bo ceny bardzo wysokie, a wybór marny. Dlatego czeka mnie jeszcze wyprawa kolejna,  ale nie wiem kiedy się na nią zdobędę, bo do domu wróciłam na ostatnich nogach i cały poniedziałek przeleżałam. Jak zrobiłam zakupy, to zadzwoniłam na telefon synowej i kazałam temu swojemu ancymonowi przyjść, żeby miał kto dźwigać. Stało się tak jak przypuszczałam, fakt że poprosiłam o pomoc, on uznał za pogodzenie się i następnego dnia poprosił o kolejne pieniądze, tym razem na chińczyka, bo synowa chora leży, a jemu się nie chce gotować. Nauczył się przez te lata jak mną manipulować, jakich argumentów używać, by swoje uzyskać. Przecież synowa nie jest winna, że on postępuje niewłaściwie , więc nie mogę odmówić jedzenia, szczególnie że chora. Przegrałam kolejną wojnę pod hasłem :”Synu weź się do roboty i usamodzielnij się, bo matka nie będzie żyła wiecznie.” W związku z powyższym humor mam wisielczy. Jedynie czytanie blogów trochę poprawia mi nastrój, ale już się boję co mnie czeka w sierpniu.

sobota, 23 lipca 2016

"POKÓJ NAD ŚWIATEM" czyli zaproszenie do galerii

                                    
    Czekając na poprawę pogody, czytałam wspaniałego bloga. Właściwie powinnam napisać oglądałam, bo tekstu jest w tym miejscu tylko tyle, by objaśnić sytuację, w której obraz  powstał. Im bardziej zagłębiałam się w zawartość postów tym rósł mój zachwyt i jednocześnie odzywały się wyrzuty sumienia. Ich powodem był mój syn, który był ostatnim rocznikiem, kończącym 8-klasową podstawówkę. Kiedy rozmawialiśmy o wyborze kolejnej szkoły, nie ukrywał że marzy o Liceum Plastycznym. Dla mnie sprawa była o tyle skomplikowana, że w ostatnim roku nie przykładał się do przedmiotu i na świadectwie była tylko 4. Znam mojego syna jak mało kto, jest osobą słabą psychicznie i nie umie sobie radzić z porażkami czy nawet drobnymi niepowodzeniami. Uznałam, że z oceną dobrą z plastyki w liceum kierunkowym nie ma szans w zetknięciu z uczniami mającymi wyższe oceny. Nawet gdyby w czasie egzaminu uznano jego zdolności plastyczne, to przysłowiową kropką nad „i” byłoby świadectwo, mógłby się do szkoły nie dostać z braku miejsc. Pozostał w szkole sportowej, która do dziś nam obojgu odbija się czkawką.Gdybym wiele lat temu posłuchała syna i pozwoliła mu iść własną drogą, to być może byłby teraz tak wspaniałym człowiekiem, jak osoba, której poświęcam tę notkę.
    Wracając do bloga, od którego rozpoczęłam post. Jego autorka twierdzi, że jest malarką amatorką, bo ukończyła tylko Liceum Plastyczne, a nie ASP. Osobiście się z takim zdaniem nie zgadzam, bo dla mnie osoba, która ukończyła szkołę kierunkową jest profesjonalistą, spierać się można jedynie o stopień tego zawodowstwa.
  Blog "Czary mary" http://witrazezcukru.blogspot.com/ jest pełen koloru, radości, światła, optymizmu i nadziei, pomimo że jego autorka nie miała lekkiego życia. Z powodu traumatycznych osobistych przeżyć jest zalękniona i niepewna czy jutro będzie tak jasne, słoneczne jak są jej obrazy, ale w pracach pozostaje wierna swoim zasadom by piękno tego świata górowało nad jego brzydotą. Wielka szkoda, że autorka nie miała w Polsce wystawy, sądzę że z braku wystarczającego rozeznania na rynku sztuki, ma na nią niewielkie szanse w Holandii, gdzie obecnie mieszka. Ja jednak wierzę, że może znajdzie się ktoś przedsiębiorczy i mocno zdeterminowany, by namówić autorkę na wydanie albumu ze wszystkimi Jej pracami. Byłby to dowód na to, że w czasach, o których niektórzy mówią „słusznie minione”, żyli i tworzyli wspaniali ludzie. Dla naszych wnuków i ich potomków byłby to dowód na to, że choć nie mamy wpływu na to w jakim czasie i ustroju przyszło nam żyć, to swoją pracą i postawą życiową możemy pokazać co oznacza WSPANIAŁY, WARTOŚCIOWY, UZDOLNIONY POLAK.


A teraz korzystając jedynie z reprodukcji zamieszczonych w Google zapraszam was na spacer ... do galerii




  Tak dziwnie się złożyło, że w Google nie znalazłam prac z serii pór roku, czy krajobrazów tworzonych metodą "szpachelkową", ale mój post miał być tylko zachętą, do głębszego poznania autorki, poprzez obejrzenie Jej bloga. Maradag(taki obrała sobie nick) zmaga się teraz z bolesną chorobą rąk. która nie pozwala jej malować tyle ile by chciała i mogła. Wierząc, że leczenie przyniesie należyty skutek, oczekuję na dalsze prace tej dzielnej, o wielkiej wyobraźni i talencie kobiety.

czwartek, 14 lipca 2016

ZE STAREGO KALENDARZA-zanim nastaną lepsze dni

                                                
 Od poniedziałku nie poznaję sama siebie. Przez tę deszczowa pogodę nie śpię nocami tylko przewracam się z boku na plecy, a z nich na drugi bok. Wszystko to okupione bólem, bo stawy nóg nie chcą, by giczały chodziły, a nadgarstki, łokcie i barki, by ręce pracowały. Co prawda głowa stawów nie ma , a też leniwa się zrobiła i ma intelektualny urlop(chyba wzięła bezpłatny, bo ja nie wyraziłam na niego zgody). Za to w dzień spałabym cały czas, dobrze że pęcherz czuwa i co półtorej godziny daje znać o sobie, a i żołądek nie pozostaje w tyle. W przeciwnym razie zapadłabym na letni sen i spała jak suseł. 
   Jedno co w ciągu tych dni mogłam robić, to czytanie blogów. Przeleciałam wszystkie ze swojej listy, jak zawsze w każdym tygodniu, skupiwszy się jednak na takim, o którym będę chciała powiedzieć słów kilka w momencie, gdy mój intelekt osiągnie stosowne IQ.
     Żeby jednak nie było iż o Was zapomniałam sięgnęłam po głębokie rezerwy laptopowej "zamrażarki" i wybrałam kilka informacji z każdego działu  starego kalendarza. 
      Na początek żarcik taki :
Podjeżdża radiowóz pod dom Kowalskich. Wysiadają dwaj policjanci, dzwonią do drzwi. Kowalski spogląda przez wizjer:
-Kto tam?
-Policja
-Czego chcecie?- dopytuje się zza zamkniętych drzwi Kowalski.
-Porozmawiać
-A w ilu jesteście?
-We dwóch.
- To porozmawiajcie między sobą.
                                                                **
    Gdyby się okazało, że dowcip mało zabawny, to może usatysfakcjonują was porady z zakresu "dobrze wychowany" . Każdy  powinien wiedzieć jak należy się z drugą osobą przywitać , dlatego też:
    Rękę na powitanie wyciąga pierwszy ten,kto jest towarzysko uprzywilejowany: kobieta do mężczyzny, a osoba starsza do młodszej. Przy dużej różnicy wieku starszy pan ma prawo wyciągnąć dłoń do młodej dziewczyny. W relacjach służbowych zaś pierwszy rękę wyciąga przełożony,nawet mężczyzna do podwładnego, także jeśli jest to kobieta. Podczas powitań zawsze młodszy wita starszego(starszy ranga pracownik ma prawo oczekiwać powitania od pracownika niższego szczebla). Choć dobrze wychowany szef – mężczyzna, nigdy nie czeka na pozdrowienia od kobiecego personelu. Bo druga zasada uprzejmości mówi, że mężczyzna pierwszy kłania się kobiecie.
    Całowanie dłoni, to obyczaj szarmancki ale staroświecki, gest ten jest zarezerwowany dla kobiet bliskich, dojrzałych i dostojnych.
    Jeżeli gospodarze witają gości przez całowanie w policzki,trzeba się do tego dostosować, samemu jednak nie trzeba zmuszać się do pocałunków, wystarczy uściskać witanego.
    „Do widzenia” zawsze mówi ten, kto wychodzi, opuszczając duże grono, wystarczy poprzeć ten zwrot ogólnymi ukłonami. Z gospodarzami trzeba jednak pożegnać się osobiście.
    Gdyby w czasie wizyty zaproszono nas do stołu, to pamiętajmy że:
    Jeśli nie jest nam potrzebny nóż do dalszego jedzenia, należy odłożyć go, opierając o brzeg talerza. Ryby należy jeść nożem i widelcem(dwoma widelcami jest przestarzale). Natomiast elegancko podane ryby wymagają użycia noża i widelca o specjalnym kształcie, zaprojektowanych do jedzenia tego typu dań. Nawet najtwardsze mięso,najbardziej gorąca zupa, to nie powód do dzwonienia sztućcami o talerz,mlaskania lub siorbania. Gdy nie można inaczej lepiej zrezygnować z potrawy niż jeść ją tak hałaśliwie.
                                                                ***
      W najbliższym czasie nie planujecie składać wizyt ani też nikogo przyjmować, bo właśnie macie urlop by zrobić w domu drobne porządki?  Ja też je planuję, ale u mnie od 10 lat kończy się na zamiarach, a czynów brak. Niemniej jednak kilka rad Babuni(tej kalendarzowej oczywiście, bi mój syn nie kwapi się, żebym ja nią została),  może wam się przyda:
    Jeśli nie możesz nawlec nitki przez ucho igły, usztywnij jej koniec odrobiną lakieru do włosów lub paznokci. Mydło w kostce może być praktyczną poduszeczką do igieł. W dodatku namydlony czubek łatwiej wchodzi w tkaninę. To rada dla tych, którzy tak jak ja powinni coś uszyć, coś poprawić, a tym czasem maszyna pokazuje im :( 
    Przy praniu firanek do ostatniego płukania dodaj łyżkę cukru, będą sztywniejsze. Jeżeli kremowe firanki straciły swój odcień, zamocz je na chwilę w zimnej herbacie, a potem rozwieś bez wyżymania. Aby wełniane dzianiny nie traciły miękkości i elastyczności, płucz je w wodzie o tej samej temperaturze, jaką miała woda do prania. Zbyt duża różnica temperatur sprawia, że ubrania sztywnieją lub zbiegają się. Żeby czarne ubrania nie blakły w praniu, pierz je odwrócone na lewą stronę, a od czasu do czasu dodaj do płukania wywar z liści orzecha, to pogłębia czerń.
    Aby przedłużyć życie nowych rajstop, zamocz je w wodzie i zapakowane w woreczek foliowy włóż na kilka godzin do zamrażarki.
      Skrzypiące drzwi możesz nasmarować wazeliną kosmetyczną lub posypać zeskrobanym z ołówka grafitem.(moje drzwi co prawda nie skrzypią ale górny zamek przekręca się tak trudno, że dwóch rąk muszę używać i wtedy zawsze boję się, że padnę na podłogę jak długa, tym bardziej, że klamka ledwo się trzyma i któregoś dnia zostanie mi w ręku).
                                                                     ***
        Dla tych, którzy zmęczyli się składaniem wizyt, szyciem, praniem i naprawianiem skrzypiących drzwi na zakończenie mam coś relaksującego dla ciała  i żołądka, bo wiadomo, że nic tak człowieka nie wprawia w dobry nastrój jak aromatyczna kąpiel i coś pysznego do zjedzenia.
         Co prawda ja mam brodzik, więc aromatyczna kąpiel odpada, a i pyszne babeczki też nie wskazane, bo akurat jestem hetero i wolę seks od jedzenia. Niestety chwilowo żywego egzemplarza rodzaju męskiego brak, a wibrator to jednak tylko erzac. Dlatego mnie przyjdzie obejść się i bez babeczek i bez seksu ale wy jeżeli macie okazję i z jednym i z drugim, to do dzieła.
      Stres i zmęczenie często bywają przyczyną kłopotów z potencją. Pomoże na nie seler. To warzywo zawiera olejki eteryczne i inne substancje, sprzyjające lepszemu ukrwieniu narządów płciowych. Panowie powinni pić po szklance soku z selera z łyżka miodu przez kilka tygodni.
      Moi drodzy! Z kłopotami bywa tak, że wcześniej czy później dają się rozwiązać, więc jeżeli z powodu stresu macie chwilowe kłopoty z potencją, to spokojnie, bo
      Olejki aromatyczne:ylang ylang i goździkowy, to znane afrodyzjaki. Zawierają substancje lotne, które odstresowują,odświeżają i poprawiają krążenie. Kąpiel z którymś z nich(zwłaszcza wspólna, obojga partnerów)sprzyja relaksowi i wzmaga chęć na seks.
      Imbir cieszy się od dawna sławą skutecznego afrodyzjaku. Podawany w niewielkich ilościach, roznieca miłosne zapały szybko i na długo. Gotuj pół łyżeczki mielonego imbiru w ½ litra wody przez 5 minut, przecedź, dodaj nieco soku z cytryny i miodu. Podawaj do picia wieczorem.
      Przez wieki utrwaliła się wiara, że dobrymi afrodyzjakami są niektóre pokarmy, np.trufle, krewetki, ostrygi, a z mniej luksusowych jajka i czekolada. Apetyt na seks możesz więc rozniecić, przyrządzając na kolację omlet z jajek lub jaja po wiedeńsku, sałatkę przyprawioną truflowym olejem, a na deser gorącą czekoladę.
          Jeżeli nie gustujecie w potrawach podanych powyżej jako menu na kolację, to może poniższe przepisy was zadowolą?
    BUŁECZKI Z BEKONEM:
    składniki: 30dkg. Mąki,2 dkg drożdży, 4 dkg masła,2 żółtka,1/2 szklanki mleka,łyżeczka cukru, sól, tłuszcz; na farsz:  20dkg surowego bekonu,cebula, przyprawa do gyrosa Galeo.
             Przygotowanie:
             1. mąkę wymieszać z pokruszonymi drożdżami. Dodawać letnie mleko,żółtka, cukier i szczyptę soli. Zagnieść ciasto i odstawić do wyrośnięcia. Gdy zwiększy objętość,formować bułeczki, ułożyć je na natłu-szczonej blasze i odstawić w ciepłe miejsce.
    2.Bekon i obraną cebulę drobno posiekać. Przesmażyć razem na patelni, doprawić solą i przyprawą do gyrosa Galeo. W podrośniętych bułeczkach zrobić wgłębienia i nakładać farsz. Piec 30 min. w temp.220st.
      BABECZKI Z OWOCAMI
      składniki:gotowe korpusy słodkich babeczek, 2 szklanki kremówki, 15 dkg cukru pudru, 20 dkg drobnych owoców(np. poziomek), cukier waniliowy Galeo.
      Przygotowanie:
      1. Owoce umyć, osączyć. Schłodzić kremówkę. Schłodzoną ubić, dodając pod koniec ubijania cukier puder i cukier waniliowy.
      2. Gotowe babeczki napełnić ubitą kremówką, na wierzchu ułożyć po kilka owoców.
               BABECZKI Z KREWETKAMI 


    składniki : gotowe babeczki z wytrawnego ciasta, 3 łyżki oliwy,10 łyżek ryżu,15 dkg krewetek z  zalewy, łyżka Ziół Prowansalskich Galeo,sól czosnkowa Galeo,pieprz czarny mielony Galeo.
              Przygotowanie:
              1. Zagotować 3 szklanki osolonej wody. Wsypać ryż, ugotować.Odsączyć i przesmażyć na łyżce oliwy. 2.Rozgrzać 2 łyżki oliwy, wsypać zioła prowansalskie, dodać szczyptę soli czosnkowej, i odcedzone z zalewy krewetki. Chwilę podsmażyć, dodać ryż, wymieszać.3.Przygotowane nadzienie doprawić do smaku solą czosnkową i pieprzem.Ostudzić. 4. Korpusy babeczek napełnić ryżem z krewetkami, można przybrać czerwonym pieprzem.        
              BABECZKI KAJMAKOWE
      składniki : opakowanie gotowych korpusów słodkich babeczek; na krem :2 puszki słodzonego mleka skondensowanego, kostka masła,opakowanie budyniu śmietankowego, cukier waniliowy Galeo, ½ litra mleka, suszone owoce do dekoracji.
      Przygotowanie
      .Puszki z mlekiem skondensowanym włożyć do garnka, zalać całkowicie wodą. Gotować na średnim ogniu 3 godziny. Wystudzić. Ugotować budyń na mleku, ostudzić.
      2. Utrzeć wystudzony budyń z masłem na krem, dodać cukier waniliowy. Połączyć z masą, która powstała z mleka skondensowanego. Nałożyć krem do babeczek, udekorować je umytymi, suszonymi owocami.
          Do miłego zobaczenia, mam nadzieję już wkrótce, przecież nie będzie padało bez końca, tym bardziej, że 19 lipca mój syn kończy 32 lata i przydałoby się wyśmienite samopoczucie i jeszcze lepszy humor. 
      * materiał ilustracyjny wybrany z Google grafika

    niedziela, 10 lipca 2016

    NAŁÓG


       Historia jest tragiczna, chociaż rozpoczęła się niewinnie 41 lat temu. Po pierwszym roku studiów (tak mi się wydaje, że to właśnie było wtedy) wyjechałam do sanatorium do Ośrodka Rehabilitacyjnego w Lądku Zdroju. Poznałam tam dwie Górnoślązaczki: Olę i Celinę. Olka była na etapie popalania papierosów. Dla mnie temat nie był nowy, bo wszyscy członkowie mojej rodziny byli palaczami. Ja do opisywanego momentu wzbraniałam się dzielnie. Kiedy jednak Olka wyciągnęła paczkę „Feminy” i powiedziała, „one są bardzo słabe, spróbuj”, no to nie chciałam wyjść na cykora.

    To jest właśnie miejsce, w którym rozpoczęłam swoją  nikotynową edukację. W tej chwili nosi nazwę Dom Weterana.
    od takiej paczki się zaczęło

    O ile pamiętam stateczna, zrównoważona i zawsze rozsądna Celinka, nie brała udziału w tym niecnym procederze. Pod jednym względem moja koleżanka miała rację, papierosy były słabiutkie, bo pusty filtr zgniatałam zębami, a część wypełniona tytoniem wydawała mi się nad wyraz krótka i po kilku pierwszych „szlugach” nie czułam się napalona ani tym bardziej uzależniona. Tkwiło we mnie głębokie przekonanie, że panuję nad nową „umiejętnością” i w każdej chwili mogę to zakończyć.
       Z natury jestem człowiekiem otwartym i szczerym. Nigdy nie lubiłam tajemnic, sekretów, działania w ukryciu.Wiedziałam, że rodzice nie będą zachwyceni tym, że palę papierosy, ale po powrocie do domu nie chciałam oszukiwać, kryć się i kombinować. Chociaż listy z sanatorium pisywałam rzadko, bo to tylko miesiąc rozłąki, to jednak wtedy poszedł w świat tekst zatytułowany „Kochani rodzice, zaczęłam palić papierosy”, a dalej było to co już wiecie z dwóch wcześniejszych zdań.Jak wspomniałam papierosami „Femina” nie byłam zachwycona i powiedziałam sobie, że jeżeli mam już palić, to takie, by je „czuć”. W moje życie wkroczyły „Zefiry”. Lubię zapach i smak mięty, więc przez jakiś czas były to „moje” papierosy. Po rozpoczęciu roku zaczęłam jednak eksperymentować z innymi markami. Od rodziców dostawałam 100zl(czerwonego Waryńskiego) kieszonkowego w miesiącu i nie obchodziło ich, jak ja to wydaję. Biorąc pod uwagę, że pierwszą rzeczą było kupienie bloczka(100 sztuk) biletów ulgowych, to te 50(zielony Świerczewski) na niewiele wystarczało.  Mentol wysuszał mocno gardło, na scenę wkroczyły „Carmeny”. Długie, białe i mocno aromatyzowane, nie zagrzały miejsca w mojej torebce. Po nich było „Caro”, przez krótki czas „Klubowe”, które stale palił mój ojciec. Z chwilą gdy siostra wyszła za mąż zapanowała w rodzinie moda na „Ekstra mocne”, bo takie palił jej mąż. Wszyscy poza ojcem przerzuciliśmy się na „schabowe”. Były warte swej nazwy. Najgorzej z tym nałogiem było w czasie, gdy tytoń był na kartki. Nie wystarczało przydziału na osobę, dla naszej rodziny. Ja raz w kantynie jednostki kupiłam karton „Wiarusów”, bo były w wolnej sprzedaży ale nie dla siebie tylko dla swojej lekarki, ginekologa. Ponieważ przyjęła mnie na wizycie prywatnie u siebie w domu i nie chciała za to pieniędzy, to "Wiarusy" dałam w podziękowaniu.
       Przez te 40 lat ceny papierosów ulegały zmianom. Kiedy te, które aktualnie paliłam drożały, to poszukiwało się tańszych lub w takiej samej cenie ale „lepszych” smakowo. Dlatego też przez ostatnie kilka lat „małpując” matkę paliłam „Goldeny”, a ostatni rok „Winstony”.
       Nadszedł czerwiec 2016 roku, kaszel, ból głowy, złe samopoczucie i przeświadczenie, że to wszystko z powodu zbyt dużej ilości wypalonych papierosów. Pali się więcej, bo człowiek się oszukuje, że papieros uspakaja, gdy stres dobija, bo nic nie układa się tak jak by się chciało. Choroba jednak wzięła górę i nie ciągnęło do papierosa dzień, potem drugi i następne. Po pięciu dniach nie palenia, gdy zaczęłam brać antybiotyk, czułam się wprost rewelacyjnie: z rana nic nie dusiło w piersiach, nie było kaszlu i flegmy. Tylko poczucie lekkości, jakby nagle ubyło lat. Powiedziałam sobie wytrzymałaś 5 dni, wytrzymasz tydzień, a potem były trzy następne. Nie palę od miesiąca. Jak długo wytrzymam? Nie mam pojęcia. W 2012 i 2013 roku, gdy leżałam najpierw tydzień, a potem dwa w szpitalu, to też nie paliłam, bo nie chciało mi się z nogami jak balon drałować na dwór by się zaciągnąć. Jednak pierwszą rzeczą jaką robiłam po opuszczeniu szpitala było zapalenie papierosa i powrót do nałogu. Kiedy różni ludzie namawiali mnie, żebym rzuciła palenie, bo mam skrócony oddech, bo zaburzenia krążenia, to śmiałam się, że każdy musi na coś umrzeć, a u mnie przynajmniej „gruźlicy nie stwierdzą z braku płuc”. Po trzech tygodniach od rzucenia palenia, wzięłam kalkulator do ręki i zrobiłam proste działania matematyczne 41 lat x 365 dni x paczka papierosów dziennie równa się 14965 dni x 10 zł za paczkę(średnia cena) to daje 149 650 zł. Całkiem niezłą sumkę puściłam z dymem, a jeżeli uwzględnić, że cena niektórych papierosów przekraczała 10 zł, a niekiedy paliło się więcej niż paczkę, to gdyby zaokrąglić tę kwotę do 200 000, to być może nie popełniłoby się wielkiego błędu.
    Nie namawiam palaczy żeby rzucili palenie, tym bardziej że alkoholik niepijący nawet wiele lat, nadal jest alkoholikiem, bo w każdej chwili może sięgnąć po kieliszek. Tak jest z każdym innym nałogowcem: palaczem, hazardzistą, seksoholikiem.
       Kiedy tydzień nie paliłam, to mój syn powiedział: po takim czasie, głupio byłoby wrócić ale ja Cię czymś zdenerwuję i Ty sięgniesz z powrotem po fajki. W ciągu tego miesiąca denerwował mnie wielokrotnie, tak jak niezliczoną ilość razy łapałam się na tym, że chce mi się zapalić. Przypominałam sobie wtedy te wieczory(bo wtedy najczęściej to nachodzi) kiedy zlewałam się potem, czułam niewytłumaczalny lęk i nerwowość. Bałam się, że antybiotyk nie działa, a mnie dopadła sepsa. A to była reakcja organizmu na odstawienie nikotyny. Podobno jak się wytrzyma te objawy przez miesiąc, to w miarę upływu czasu będzie lepiej. Póki co nie jest. Do niedawna w każdym pokoju leżał jeden papieros ale syn je wypalił „żeby ciebie nie kusiło” mówił, gdy po nie sięgał. Przez te 30 dni teoretycznie zaoszczędziłam 400 zł, bo nie wydałam ich w czerwcu na papierosy. Kupiłam sobie w tej kwocie drukarkę ze skanerem 180 zł, pompkę do kół i maszynkę do strzyżenia włosów. Ponieważ jednak w czerwcu ogólnie na utrzymanie wydałam znacznie więcej pieniędzy,  więc tej „papierosowej oszczędności” nie widać. Mam jednak nadzieję, że w swoim postanowieniu nie wracania do palenia wytrzymam pozostałe miesiące(jeżeli nie życia, to przynajmniej tego roku) i wtedy zacznie być ona odczuwalna nie tylko na zdrowiu ale i w kieszeni. Jedyna rzecz nad jaką nie potrafię jeszcze zapanować, to jedzenie kanapek, zup, kotletów co dwie godziny, a pomiędzy nimi zagryzanie paluszkami, krakersami, cukierkami lub żucie gumy., gdy nachodzi chęć zapalenia.  A przecież nadmierne kilogramy są dla mnie równie niewskazane jak palenie. Wczoraj syn był w aptece po suplement diety na chrząstkę stawową, maść na zmienioną skórę podudzi, a o „Apetiblocku” zapomniałam.
       NIKOGO DO NICZEGO NIE NAMAWIAM, opisałam tylko to co się wydarzyło w czasie tego "chorowitego" miesiąca.