piątek, 15 grudnia 2017

BOŻE NARODZENIE cz.1




 Niektóre zwyczaje bożonarodzeniowe( wiele z nich wywodzi się z obrzędów słowiańskich)przetrwały po dziś dzień, świadcząc o tym, jak głęboko były zakorzenione w sercach naszych przodków, skoro i nasze pokolenie nawiązuje do nich jako do najbardziej swojskiej tradycji, która przekazała nam relikty słowiańskich obrzędów w postaci zwyczajów zachowanych nie tylko na wsi ale i w miastach.
Wieczerza wigilijna była posiłkiem postnym. Wszystkie potrawy przyrządzano na oleju, oliwie lub maśle. Nasi arcy katoliccy przodkowie,mimo iż tak skrupulatnie przestrzegali postu, który ograniczał się zasadniczo do wyłączenia mięsa i słoniny,potrafili uczynić z tego ograniczenia, prawdziwie wyrafinowaną rozkosz dla podniebienia. Wśród 12 dań(tylu ilu apostołów) dominowały dania rybne przyrządzane na najprzeróżniejsze sposoby, wśród których nie mogło zabraknąć karpia(szczupaka) w szarym sosie.
Wigilię otwierała jedna z tradycyjnych zup:barszcz czerwony z uszkami,zupa grzybowa lub rzadziej migdałowa. Podawano sławny staropolski groch z kapustą, potrawy z grzybów suszonych,kompoty z suszonych owoców, głównie śliwek, słynną kutię i ciasta..Słodkie ciasta były mniej urozmaicone niż te wielkanocne. Przodowały pierniki i makowce. Nie brakowało staropolskich bab i korzennych ciasteczek.”*
Potrawy zawsze powinny składać się ze wszystkich płodów, jakie rodzi hojna przyroda: pól(potrawy mączne), sadu(owoce suszone orzechy),ogrodu(kapusta, groch, mak), lasu(grzyby) i oczywiście wody(ryby).”**
   O Bożym Narodzeniu wszyscy myślimy serdecznie i ciepło. Przypisuje się mu magiczną moc, bo łamiąc się opłatkiem przy wigilijnym stole zapominamy o swarach, urazach i niepowodzeniach, jakie nas spotkały w ciągu kończącego się roku. Na uroczycie nakrytym stole pojawia się dodatkowe nakrycie dla niespodziewanego gościa, zbłąkanego wędrowca czy samotnego sąsiada.
   Większość Świąt spędzałam z rodzicami i siostrą w mieście. Pewnego roku byliśmy jednak u dziadków na wsi. Wtedy zetknęłam się z kolędnikami, potocznie zwanymi Gwiazdorami. Zapukali do domu, a kiedy dziadek otworzył drzwi, weszli do ciepłej, mocno oświetlonej kuchni. Siedziałam na krześle przy stole i byłam bardzo wystraszona.Nie miałam więcej niż 5 lat, bo jeszcze wtedy nie chodziłam. Moja siostra i o dwa lata od niej starsza, najmłodsza córka dziadków-Grażyna, uciekły do pokoju i stamtąd przez otwarte drzwi patrzyły co się dzieje. Nie rozumiałam dlaczego dziwnie ubrani ludzie śpiewają i składają rymowane życzenia, a dorośli domownicy śmieją się przy tym w najlepsze. Kiedy występ dobiegł końca, dziadek każdemu kolędnikowi dał w dłoń drobny pieniądz, a stojącemu na przedzie diabłu, dodatkowo butelkę gorzałki.  Babcia w jednej ręce trzymała tacę z jedzeniem, a w drugiej ścierkę do naczyń. Wywijała nią w powietrzu, mówiąc żeby sobie ci przebierańcy poszli, bo straszą dzieci. W następnych latach wyczekiwałam kolędników w naszym miejskim mieszkaniu, ale zamiast nich do drzwi pukały dzieci, które odśpiewywały kolędy. Nie było wielkiej gwiazdy na kiju i przebrań. Rodzice dawali pieniądze i upieczone przez matkę pierniki.
   Zawsze też pod obrus było włożone siano. Jako młode panienki nie wróżyliśmy z niego wyciągając pojedyncze źdźbła. A podobno kiedy młoda dziewczyna wyciągnęła "zielone źdźbło oznaczało ono powodzenie w miłości i rychły ślub. Sczerniałe -niepowodzenie,pokrzyżowanie planów małżeńskich, a nawet i staropanieństwo"
   Kto z nas nie uległ pokusie, by sprawdzić, czy w wigilijny wieczór zwierzęta przemawiają ludzkim głosem? Mój syn, który zwierzęta kocha bardziej niż ludzi, każdego roku pytał żartobliwie swoje psy, czy się odezwą. „ Po wigilii tu i ówdzie utrzymywał się zwyczaj dawania zwierzętom domowym po kawałeczku opłatka dla zapewnienia im zdrowia i pięknego przychówku. Wierzono iż o północy, zwierzęta rozmawiają ludzką mową, lecz podsłuchiwanie takiej rozmowy nie przynosiło szczęścia. W okolicach szczególnie nawiedzanych przez wilki, wynoszono przed zagrodę resztki jadła wigilijnego. Tak ugoszczone nie wyrządzały gospodarzowi szkód.”*
 W miastach nie praktykuje się zwyczaju stawiania snopów niewymłóconego zboża w czterech kątach izby(lub tylko w jednym od wschodniej strony), w której spożywa się wieczerzę wigilijną. Na wsiach ten zwyczaj jest jeszcze kultywowany. W „Encyklopedii Staropolskiej” Zygmunta Glogera znajdujemy taki opis:” Stawianie snopów zboża po rogach izby, w której zasiadają do uczty wigilijnej, dotąd napotykane u ludu, było zwyczajem niegdyś we wszystkich warstwach powszechnym. U pani podwojewodzyny Dobrzyckiej w Pęsach na Mazowszu, jeszcze w pierwszej połowie XIX w. nie siadano do wilii bez snopów żyta po rogach komnaty stołowej ustawionych. Lud wiejski, po uczcie wiglijnej, ze słomy tych snopów kręci małe powrósła i wybiegłszy do sadu owiązuje niemi drzewa owocowe w przekonaniu, że będą lepiej rodziły. **
   Ilu z nas pielęgnuje inne stare zwyczaje związane z Bożym Narodzeniem, tak by najmłodsze pokolenia zdobywały o nich wiedzę i przekazywały je swoim dzieciom i wnukom, gdy przyjdzie na to czas?
Dla przypomnienia oto kilka z nich:**
  1. "Z duszami zmarłych dzielono się także symbolicznie opłatkiem, składając go na dodatkowym talerzu, stawianym na wigilijnym stole”. Niekiedy dla „nieobecnych” dokładano do tegoż opłatka odrobinę każdej potrawy."
  2. Jeśli chciało się zapewnić powodzenie domowi, to przy wigilijnym stole winna zasiąść parzysta liczba biesiadników. Dobrze było położyć pod stół wigilijny coś żelaznego(sierp, siekierę a nawet pług) i oprzeć na nim na chwilę nogi by nogi twarde jak żelazo mieli i nie kaleczyli ich sobie na cierniach.”
  3. Otóż dawniej należało zachować:pospolicie uroczysty spokój, tak, że oprócz gospodarza nikt głośno nie mówi, lub że tyko starsze osoby rozmawiają, a inni migami się porozumiewają, co komu trzeba. Czynią tak dlatego, aby w roku nie było kłótni w domu, lub żeby w przyszłym roku nie byli gadułami... Strzegą się jeść łakomie. Uważają, żeby nikomu nie upadła łyżka, ten bowiem umiera w ciągu roku.
    Dopiero po tak odbytej wieczerzy można było iść na pasterkę i rozpocząć bożonarodzeniowe biesiady przy śpiewie kolęd.”
*( z książki M.Lemnis, H.Vitry „W staropolskiej kuchni").
**( z „Boże Narodzenie w staropolskiej tradycji” Radosława Lolo).

sobota, 9 grudnia 2017

NIE MÓW

Gwałcąc
nie zdobyłeś władzy nade mną
posiadłeś tylko moje ciało.
Dusza została czysta,
a resztę pochłonęła niepamięć.
Pozostała pogarda.

Nie mów, że mnie kochasz
nie mów, że już nie będziesz
nie mów, że to dla mojego dobra.

Siniaki zbledną,
rozcięta warga przestanie krwawić,
połamane kości się zrosną.
Pozostanie nienawiść.

Nie mów, że nie chciałeś,
nie mów, że to z nerwów,
nie mów, że mnie kochasz,

Ty nie wiesz co to miłość.

czwartek, 30 listopada 2017

O PSACH I KOTACH


   Może to przypadek, a może „prawo serii”. W ostatnich tygodniach tylko na ulubionych przeze mnie blogach, ukazało się kila postów o zwierzętach. Autorzy ujmują sprawę zwierząt różnorako. Od dowcipnych cytatów odnośnie kotów: TATUL „Kocie opowieści”, przez smutny opis losu zwierząt bezdomnych: IWONA KMITA „Zwierzęcy seniorzy”, aż po śmierć: ARIADNA „Wydmuszka” i GORDYJKA „ Jak Sunia odzyskała swobodę”.
   Podziwiam Tatula http://tatulowe.blog.onet.pl/za samozaparcie i wzbogacenie postu 80 cytatami.
   Wielkie gratulacje i gromkie brawa należą się Iwonie Kmicie http://iwonakmita.pl  za propagowanie akcji
DESIGN DLA ZWIERZĄT. Zainteresowani pomocą dla bezdomnych i starych zwierząt znajdą informację tutaj: https://www.facebook.com/designdlazwierzat.
   Wzruszające teksty Ariadny http://ariadna.piszecomysle.pl i Gordyjki  http://gordyjka.blogspot.com/ wycisnęły łzy z oczu.
   Wszystkie wymienione teksty stały się impulsem do napisania tego postu.


Tak wyglądała, gdy trafiła do nas z Palucha



   4 listopada zakończyła swój 11 letni żywot ukochana suczka mojego syna Wega. Była mądrzejsza niż wielu ludzi, z którymi zetknęłam się w swoim życiu. Prawdziwa przyjaciółka, nie narzucająca się ze swoją miłością, ale umiejąca wyczuć kiedy ja lub jej pan potrzebowaliśmy pocieszenia. Mój syn popłakiwał dwa dni, a do dzisiaj nie potrafi się emocjonalnie i psychicznie pozbierać. Za każdym razem, gdy ją wspominamy, do oczu napływają łzy, a głos więźnie w ściśniętym żalem gardle. W dniu odejścia Wegi zarzucał mi nieczułość i nie przeżywanie we właściwy sposób tej straty. Potrafiłam tylko siedzieć przed komputerem i bezmyślnie grać w kierki. Nie płakałam, ale jej brak odczuwam codziennie. Utrata tego psa jest jednym ze 120 powodów, dla których roku 2017 nie mogę uznać za dobry. 

Tak w najlepszym okresie swojego dorosłego życia.
 
  Druga osamotniona suczka jest osowiała, a gdy poszła z synem do sklepu, to wyła pod nim rozpaczliwie, głośniej niż jadący na sygnale ambulans. Gdy wychodzi na spacer, podbiega do każdego czarnego psa, który jest podobny do Wegi. Przygnębienie ogarnęło nasze ciała i umysły. Nadchodzące święta nie cieszą, a zbliżający się nowy rok budzi więcej obaw niż nadziei. 


środa, 25 października 2017

KONCERT SKRZYPCOWY

zaczerpnięte z Google
    Na Jej blog http://liiviia2.blogspot.com/ trafiłam przypadkiem, akurat w momencie, gdy zamieściła notkę „Sami swoi...polska szopa”. Napisałam pod nią komentarz:Ryzykowne jest wypowiadanie się na jakiś temat tylko na podstawie tego, co się przeczytało. Takie podejście jest dopuszczalne w stosunku do tematów naukowych, a raczej popularno- naukowych, bo te mają opracowania sporządzone przez fachowców i możemy z tekst wyciągnąć fragmenty, którymi argumentować będziemy swoje za lub przeciw. Jeżeli chodzi o sztukę, to należałoby się zapoznać z interpretacją danego reżysera, by móc porównać z oryginałem(dramatem Wyspiańskiego)i dopiero wtedy wypunktowywać słabość wystawienia. Twoja opinia przypomina mi trochę powiedzenie "nie lubię zupy szczawiowej", a na pytanie dlaczego, udzielenie odpowiedzi "bo nie i już". Po absolwentce polonistyki oczekiwałabym czegoś więcej.
Autorka odpowiedziała:” Nie lubię wulgaryzmów i publicznej obsceny , a jeszcze bardziej nie lubię ulicznej zadymy w imię sztuki.I Wyspiański nie ma z tym nic wspólnego.
Ostatnie zdanie Twego komentarza jest cokolwiek nie na miejscu .”
Zareagowałam słowami:Jeżeli poczułaś się obrażona stwierdzeniem, że "spodziewałabym się czegoś więcej", to w czym widzisz niestosowność mojego komentarza? Ja też nie lubię wulgarności, zadym ulicznych w imię czegokolwiek. Tak jak stwierdziłam powyżej, aby porównywać dwie rzeczy ze sobą trzeba mieć silne argumenty przeciwko przedmiotowi krytyki i równie mocne dla obrony dzieła porównywanego. Po prostu u Ciebie tego mi zabrakło, a przecież przygotowanie masz mocniejsze od innych. Pozostaję mimo wszystko pełna życzliwości, co mam nadzieję, będzie mi dane udowodnić w innych komentarzach. Dziękuję za odwiedziny u mnie na blogu, mam nadzieję że nie są ostatnimi .Mój komentarz był wyrazem niedosytu odczuwanego po przeczytaniu tekstu autorki, a nie próbą Jej ośmieszenia.
   Tak zaczęła się moja znajomość z Liviią. Kilka postów później zaproponowałam kontakt e-mailowy. W pierwszym liście przyznałam się, że nie jestem znawczynią muzyki poważnej, a gry na skrzypcach nie lubię. Nowa znajoma postanowiła przekonać mnie, że uprzedzenie do skrzypiec jest spowodowane nieznajomością właściwych utworów. Wraz z listami przesyłała mi wybrane przez siebie „kawałki” wykonywane przez wybitnych wirtuozów tego instrumentu: David Garret „Babushka”, Nigel Kennedy „ Jovano Jovanke”, Vanesa Mea „Romeo&Juliet”, Vittorio Monti „Csardas”, Andre Rieu „My way”, Lara Fabian „Je T'aime”. Czy wy znacie te utwory? Jeżeli nie to posłuchajcie, naprawdę warto!(Nie włączam do tekstu klipów, bo i tak nie chcą się otwierać na blogu).
   W prosty sposób uświadomiła mi jak bardzo się myliłam do tego rodzaju muzyki. Po odpisaniu na jej ostatni list, postanowiłam posłuchać kilku utworów w wykonaniu Andre Rieu. Okazało się, że są wśród nich moje ulubione, a znane z radia, gdy słuchałam jeszcze „Lata z radiem” lub wcześniej „Koncertu życzeń” nadawanego kiedyś w niedzielne popołudnia. Bez wychodzenia do filharmonii miałam ucztę muzyczną i poprawiłam sobie nastrój. W tym samym momencie postanowiłam napisać o Krakowiance, która na swoim blogu pisze w przeważającej mierze o wydarzeniach kulturalnych, a robi to w sposób ciekawy, zrozumiały także dla laików.
   Blog w obecnym miejscu założyła 23 VIII 2015 roku, a wcześniejszy prowadziła na Interii(nie podała jego nazwy, więc nie mogę Was do niego odesłać). W jednej z pierwszych notek napisała:"Ten piękny utwór muzyczny dedykuję tym wszystkim ,którzy kochają skrzypce.I tym ,którzy są dopiero na początku drogi do tej miłości.I wszystkim moim czytelnikom ,za to ,że czytają,że komentują ,ze rozumieją. ” Dedykacją okazał się utwór „My way” spopularyzowany przez Franka Sinatrę, a tu przedstawiony w wykonaniu wspomnianego już Andre Rieu.
   Lubi łacińskie maksymy, tak jak ja. Oto dwie z nich: „ Homo totiens moritur,quotiens amittit suos -człowiek umiera tyle razy, ile razy traci swoich bliskich”, „Nihil citius arescit quam lacrime. Nic nie wysycha szybciej od łez.”.
   Jest osobą wykształconą, ukończyła dwa fakultety i choć wiedzę zdobytą na studiach wykorzystuje przy prowadzeniu bloga, to się nią nie popisuje. Wręcz przeciwnie jest nad wyraz skromna. Duży wpływ na Jej obecną postawę ma poważna choroba, do której się przyznała na blogu w roku 2016. O sobie poza tym pisze niewiele( notki: „Sankt Petersburg”, „Przyjaciele”, „Skrzypce”). Natomiast rozpiętość tematyczna postów mówi wystarczająco dużo, aby dostrzec w Niej bardzo wrażliwą osobę, kochającą muzykę, teatr, film i malarstwo. Trzyma rękę na pulsie odnośnie wydarzeń społecznych(rozpoczęcie roku akademickiego) i kulturalnych odbywających się w Krakowie. Kocha to miasto i wszystko, co się w nim dzieje jest Jej bliskie.
    Przodkowie przyjechali do Polski ze Lwowa i Ona bardzo mocno czuje się związana z tym miastem. Znając trudną sytuację Polaków mieszkających na Kresach, udziela się w organizacji „która pomaga polskim rodzinom na Ukrainie ,Białorusi ,Mołdawii ,częściowo Litwie ,Estonii i Łotwie. Częściowo ,bo państwa unijne nie są biedne.
   Uwielbiam ludzi ambitnych i z pasją, autorka bloga jest taką kobietą-piękną z wyglądu(mam Jej zdjęcie) i wewnętrznie. Pisze o muzyce , od opery(„Straszny dwór”) poprzez muzykę klasyczną( F. Chopin, J.Strauss, D.Szostakowicz) do popularnej (Edyta Geppert, Maciej Maleńczuk, Grzegorz Turnau). Nie obce są Jej wydarzenia historyczne, na temat których zabiera głos, dając własną ocenę(Powstanie Warszawskie, recenzja filmu o „Roju”).
   Dzięki Niej poznałam dwa nowe blogi i ich autorów : http://mozaikarzeczywistosci.blogspot.com/, http://ja-amasja.blogspot.com/. Do nich zaglądam raz w tygodniu. Moje grono internetowych znajomych poszerza się, a ja wzbogacam się o nowe doznania, czuję się szczęśliwsza, bo moja samotność nie wydaje się tak duża.
   Mam nadzieję, że Liwia nie weźmie mi za złe, że uchyliłam rąbka tajemnicy o Niej, a Wy zaglądniecie na bloga by poznać(lub przypomnieć sobie) Kraków i jego mieszkańców, widzianych Jej oczami.




czwartek, 19 października 2017

JESIEŃ SIĘ ZACZĘŁA

                                             
  
Mimozami jesień się zaczyna,
złotawa, krucha i miła,
To ty, to ty jesteś ta dziewczyna,
która do mnie na ulicę wychodziła.

   Ujmując ściślej rozpoczęła się krótko po tym jak 16 września dopadł mnie jakiś wirus. Obezwładniający ból głowy, katar, kaszel i dreszcze, to główne objawy choroby. Rozpoczęłam leczenie metodami domowymi, bo to była sobota i nie miałam siły szukać lekarza w placówce ze świąteczną pomocą. Na 20 września byłam umówiona z neurologiem, więc chciałam doprowadzić się do jako takiego stanu, gdyż na tej wizycie zależało mi szczególnie. Niestety „Scorbolamid”, mleko z masłem, czosnkiem i miodem, nie dały oczekiwanego rezultatu.
   Spotkanie z neurologiem byłam zmuszona odwołać. Na pójście do lekarza pierwszego kontaktu też się nie zdobyłam, bo ból głowy utrzymuje się do dzisiaj, chociaż inne dolegliwości ustąpiły z końcem miesiąca. Osłabienie trwa, co w połączeniu z lenistwem daje szansę chandrze, która mnie ogarnęła. Nie czytałam systematycznie ulubionych blogów, nie miałam ochoty pisać u siebie.
   Co prawda nastąpiła poprawa sytuacji rodzinnej, bo od 1 października syn rozpoczął pracę, ale jest na okresie próbnym, więc dopóki nie dostanie umowy stałej, raczej nie ma szans, na to by mógł wziąć wolne, by mnie wozić po lekarzach. Spędzam dni na nic nie robieniu, a noce na bezsenności. Nawet robótki ręczne mnie nie ciągną i rozpoczęta jeszcze przed przeziębieniem serwetka leży odłogiem i „prosi” o dokończenie, a ja jestem głucha na nieme wezwania. Tuż przed okresem niemocy fizycznej i psychicznej skończyłam „pokrowiec” do wózka, by zamaskować coraz większe rozdarcie ceratowego siedziska. Zrobiłam go z resztek starych włóczek, bo żal mi było je wyrzucać. Nie wypróbowałam jeszcze tego w praktyce, bo jest on zrobiony na „wyjście”, a okazja na nie się jeszcze nie zdarzyła.
Spód

Przód

   Mój sąsiad z 4 piętra sprzedał mieszkanie, szkoda bo był to jeden z najsympatyczniejszych i najprzystojniejszy mieszkaniec naszej klatki schodowej. Nowy właściciel, co jest w pełni zrozumiałe od kilku tygodni remontuje mieszkanie. Najprawdopodobniej "pruje" ściany, by wymienić elektrykę, bo między 9 a 17 wiertarka pracuje, dając tylko kilkuminutowe wytchnienie od wibracji i hałasu. Nie jestem w stanie się skupić, by pisać lub robić coś innego, a sensownego. Nawet tv nie da się oglądać, bo niewiele słychać z tego co mówią. W związku z powyższym nastrój mam "pod zdechłym Azorkiem", chociaż od początku tygodnia pogoda w dzień słoneczna i bóle reumatyczne nadchodzą dopiero nocą.
   Post ten miał być wytłumaczeniem i usprawiedliwieniem dość długiej nieobecności na blogu. Mam nadzieję, że następna notka ukaże się niebawem , a i moje komentarze na Waszych blogach będą liczniejsze i ciekawsze w treści.
   Życzę Wszystkim udanego października.

                                 

piątek, 15 września 2017

NIE JEDZCIE STOKROTEK

Tytuł notki zaczerpnęłam z mojego ulubionego filmu, mówiącego o miłości, afirmacji życia, szczęśliwej rodzinie. (pomimo wielokrotnych prób nie udało mi się wkleić z you tuba właściwego klipu, bo nie chciał się na blogu otworzyć).  














    Takie same wartości odnajdziecie w niewielkiej, bo liczącej 110 stron książeczce "Zwariowałam". Jej autorką jest blogerka Jadwiga Śmigiera. Wydawnictwo Literackie "Białe pióro" wydało ją w 2015. Do moich rąk trafiła za pośrednictwem "Jotki", która miała przyjemność poznać autorkę w czasie Jej wizyty w Inowrocławiu.  Spotkanie zaowocowało książką z autografem. Wszystko o książce mówi sama autorka w dedykacji „nie dla sławy i nie dla pieniędzy...Nie po to by zaspokoić swoje ambicje i cokolwiek komukolwiek udowodnić...zdecydowałam się zebrać i wydać w formie niewielkiej książki swoje wspomnienia. O swoich korzeniach, dzieciństwie, młodości, podróżach, dzieciach, wnukach. I o teraźniejszości”.                                                                              
    Jest to przepiękna opowieść napisana stylem lekkim jak piórko, którą ledwie zaczyna się czytać, a już się kończy, bo lektura tak wciąga, że czas mija błyskawicznie.   Nie ma co opowiadać o miejscach bliskich sercu autorki:Gródku Jagiellońskim, o ogrodach babć: Broni i Marysi. O dziewczynce szukającej stokrotek.  To po prostu trzeba przeczytać, bo najpiękniejsze nawet słowa, nie oddają tych wzruszeń  i emocji, które wyzwalają się w czasie czytania. Wraz z autorką możecie odbyć kilka wspaniałych podróży do miast i miejsc niezwykłych. Nie będę zdradzać ich nazw,by nie odbierać przyjemności odkrywania    Ja pochłaniałam zawartą w tych opowieściach wiedzę z „otwartą gębą” i wybałuszonymi ślepiami.  Aż mi dech zapierało z zachwytu. Jak być wartościowym człowiekiem, wychować wspaniałe dzieci i doczekać wnuków?  Tego dowiecie się czytając dwie ostatnie części "Teraz" i "Szczerbaty i Pytalski...". Dodatkowym walorem tej publikacji są bardzo starannie dobrane ilustracje pochodzące z rodzinnych zbiorów.                                                                                  
   Moja matka uważała się za kobietę inteligentną i oczytaną. Starannie dobierała lekturę. Gdyby żyła i mogłaby przeczytać „Zwariowałam”, potem zrobiłaby dwie rzeczy: pojechałaby zobaczyć miejsca,  o których mowa w książce i poważnie podeszła do zamysłu napisania „Sagi”, którą zaczęła, ale nie dokończyła. Uwielbiała bowiem ludzi z pasją, spełniających marzenia, odważnych by żyć „na maksa”.  A ja marzę o tym, by poznać osobiście „Stokrotkę”, nie tylko autorkę tej przecudnej książki, ale także bloga http://stokrotkastories.blog.pl/. Zamierzam również sięgnąć po  "Nadal wariuję" czyli kontynuację tych wspomnień.                                                                                                                         





wtorek, 12 września 2017

HISTORIE PRAWDZIWE: Landrynkowy chłopiec




     To, co dzisiaj chcę opowiedzieć wydarzyło się między rokiem 1970 a 1974, czyli w czasie moich licealnych lat. Był słoneczny dzień, wracałam ze szkoły w niezbyt dobrym nastroju. Szłam ze spuszczoną głową, uważnie patrząc pod nogi, by nie wywinąć orła na nierównym chodniku. Nagle usłyszałam dziecięcy głosik wołający „kurwa, kurwa”. Zaskoczona przystanęłam i spojrzałam przed siebie, a potem na boki. Byłam sama. Głos umilkł, więc ruszyłam w kierunku domu. Zrobiłam zaledwie parę kroków, a wołanie się powtórzyło. Obróciłam się wokół własnej osi i zobaczyłam przed sobą małą, nagą postać w żółtych, majteczkach frote. Opalone na brąz ciałko, było chudziutkim może 5-letnim chłopcem. Patrzył na mnie spode łba.
-Na mnie wołasz? zapytałam
-Odpowiedział kiwnięciem głowy
-Czy wiesz, co to słowo znaczy?
-Pokręcił przecząco głową
-To jest bardzo brzydkie słowo i nie można na nikogo tak mówić, odparłam. Dlaczego  mnie przezywasz? spytałam, ale nie odpowiedział. Czy robisz tak, bo ja tak dziwnie chodzę?
-Przytaknął
   Wtedy odezwał się we mnie moralizator. Powiedziałam, że gdy byłam mniejsza od niego, to zachorowałam i kiedy wyzdrowiałam, to już nie umiałam chodzić inaczej. Dodałam także, że kiedy się kogoś brzydko nazywa, to temu komuś jest przykro i smutno. Nie powinieneś przezywać innych, dodałam. Odwróciłam się w kierunku swojego wieżowca i poszłam dalej.
   Szybko zapomniałam o tym incydencie, bo nie pierwszy raz spotkałam się z taką reakcją na kalectwo, choć nigdy wcześniej nie było to wyzwisko. Bardzo często dzieci pytały:  „mamo, a dlaczego ona tak dziwnie chodzi”? Zazwyczaj wtedy matki ciągnęły dziecko za rękę z taką siła, iż dziw, że nie wyrywały kończyny z barku. Czasami kobiety bąkały „przepraszam” ale zanim się oddaliły,  ja próbowałam podjąć rozmowę, dając dziecku odpowiedź na jego pytanie. W takich przypadkach, dziecko uśmiechało się, zadowolone że nie zostało zignorowane. Częstsze jednak były rejterady, jakby zaspokojenie ciekawości malucha było przestępstwem.
   Od spotkania z chłopcem minęło kilka dni. Znów wracałam ze szkoły i jak to wtedy często bywało głowę miałam zaprzątniętą własnymi, niewesołymi myślami. Nagle wyrosła przede mną postać, musiałam raptownie się zatrzymać. Cud, że nie wyrżnęłam jak długa, przygniatając sobą małego znajomego. Stał przede mną o kilka kroków, w takiej odległości, abym nie mogła go uderzyć, gdybym miała taki zamiar. Wyciągnął do mnie rączkę i otworzył zaciśniętą dłoń. Była brudna, a na niej leżał jeden cukierek bez papierka. Zaniemówiłam. Nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać, bo zrozumiałam, że są to przeprosiny za pierwsze spotkanie.

  • To dla mnie, zapytałam? Tak jak wówczas nic nie powiedział tylko pokiwał głową. Gdyby nie fakt, że wtedy krzyczał za mną przekleństwo, to pomyślałabym, że mam do czynienia z niemową.
  • To miłe, że chcesz mi oddać swojego cukierka, ale ja nie lubię słodyczy, powiedziałam starając się, by mówić poważnie chociaż w środku wszystko się skręcało ze śmiechu. Zrobisz mi przyjemność, jeżeli zjesz go za moje zdrowie, odparłam. Jego twarzyczka rozjaśniła się uśmiechem, a ja zobaczyłam szczerbate uzębienie. Wsadził cukierka do ust błyskawicznie, jakby się bał zmiany zdania i pobiegł w kierunku podwórka.   
    Zdarzenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że zawsze warto rozmawiać, bez względu na to, czy ma się za interlokutora dorosłego czy dziecko. Nigdy więcej się nie spotkaliśmy, a ja byłam z siebie dumna, bo uznałam, że odniosłam pierwszy sukces wychowawczy.