wtorek, 16 stycznia 2018

IMIĘ PRAWDĘ CI POWIE

   Zastanawialiście się kiedyś nad swoim imieniem? Dlaczego rodzice wybrali właśnie takie, czym się kierowali:tradycją rodzinną, pochodzeniem imienia lub cechami, które mu przypisywano, a może modą?
  Nigdy nie pytałam rodziców dlaczego noszę takie imię. Wiem tylko, że drugie Maria nadano mi w szpitalu, bo obawiano się, że jako wcześniak mogę nie przeżyć i ochrzczono mnie „nieformalnie” nadając najpopularniejsze chyba imię żeńskie. Nie czytałam też informacji na temat jego pochodzenia, nie interesowały mnie cechy jakie są mu przypisywane.
   Moja matka była wielką wielbicielką imion rzadkich. Zauroczona imieniem Aldona namówiła swoją młodszą siostrę,by swej jedynaczce właśnie je nadała. Gdy urodziła się moja siostrzenica, to na drugie otrzymała Kinga. Gdybym ja urodziła córkę, to z wielką dozą prawdopodobieństwa nosiłaby imię Dobrochna jako drugie ulubione mojej rodzicielki. Syna przed imieniem Jurand uchroniła tylko interwencja mojego ojca, który przerywając dyskusję na temat imienia pomiędzy moją matką, moją chrzestną i mną, powiedział: "mój wnuk będzie się nazywał..". Imię nie tak wyszukane jak bohatera "Krzyżaków", ale przez wiele lat było utrapieniem dla mojego potomka, bo rówieśnicy(i nie tylko) przekręcali je, wyśmiewali.
Chyba w jakimś stopniu przejęłam fascynację rzadkimi imionami, bo bardzo podobają mi się :Elwira, Daria, Dagmara, Ewaryst. Byłam wprost zachwycona, gdy usłyszałam w telewizji imię Krzesimir. Chodzi oczywiście o znanego kompozytora Krzesimira Dębskiego, którego syn także muzyk otrzymał równie oryginalne imię Radzimir. W rodzinie Dębskich niespotykane imiona, to chyba tradycja, gdyż ojciec Krzesimira nosił imiona Włodzimierz Sławosz, a matka Aniela. Dzieci K. Dębskiego z pierwszego małżeństwa to syn Tolisław i córka Dobromiła. Ku mojemu wielkiemu zadowoleniu spotyka się współcześnie także Mieszka, Ziemowita(jest to zniekształcona forma staropolskiego imienia Siemowit), Bożydara. Popularne imię Przemysław, to zniekształcona forma imienia Przemysł,który to był królem Polski w latach 1295-96.
   Sprawa niecodziennych imion zawładnęła moimi myślami ponownie, wraz z emisją nowego serialu historycznego „Korona królów”(pisała o nim Gordyjka http://gordyjka.blogspot.com/ 6 stycznia 2018 r). W serialu obok imion powszechnie znanych i nadawanych dzieciom od wieków: Jan, Władysław, Kazimierz, Jadwiga, Elżbieta, pojawiają się mało znane lub wręcz brzmiące dziwnie ale bardzo ciekawe. Oto kilka z nich:
Aldona --to imię żeńskie pochodzenia litewskiego o nie jasnym znaczeniu. W Polsce stało się popularne dzięki zawieraniu małżeństw z litewskimi księżniczkami. Imię to zostało także spopularyzowane w utworze "Konrad Wallenrod” Adama Mickiewicza.

Kunegunda-imię żeńskie pochodzenia germańskiego. Wywodzi się od słów kuni (ktoś) ze szlachetnego rodu" oraz gund "walka", można określić jego pierwotne znaczenie jako "walcząca dla swojego rodu". Jego zdrobnieniem powstałym na gruncie węgierskim jest Kinga, spotykana także w Polsce. Kunegunda Łokietkówna(ur. ok.1295, zm.9 kwietnia 1333(mniej prawdopodobny rok 1331)-królewna polska i księżna świdnicka(jako żona księcia świdnickiego Bernarda) oraz księżna Saksonii(w latach 1329-1333 jako żona Rudolfa I Askańczyka).

Cudka
(XIV wiek)kasztelanka sieciechowska. Była córką Pełki,kasztelana sieciechowskiego i sądeckiego (1340-1350) oraz chorążego krakowskiego (1355), i Małgorzaty. Rodzice zapisali córce Tarnowiec wraz z przyległymi terenami, co potwierdził król Kazimierz III Wielki31 maja 1339. W tym też roku została żoną Niemierzy z Gołczy, dworzanina królewskiego i posła do Avinionu(1341). Mieli 4 dzieci: Niemierzę(utożsamianego z nieślubnym synem Kazimierza Wielkiego, Pełkę z Galowa, również uważanego za drugiego nieślubnego syna króla), Elżbietę-żonę Wojciecha Czeleja, Pachnę-żonę Paszka Trestki z Gedczyc.
W roku 1895 Oswald Balzer zasugerował, że Cudka była matką nieślubnych dzieci króla Kazimierza III Wielkiego. Dwa lata później Stosław Łaguna pogląd ten zakwestionował.

Niemierza z Gołczy h. Mądrostki, zwany Mądrostka,podkomorzy sandomierski i dyplomata wywodził się z lokalnej małopolskiej rodziny możnowładczej raczej świeżej daty. Przodkowie jego ufundowali przed rokiem 1325 drewniany kościół parafialny w Gołczy koło Miechowa.

Bolko(„bardzo sławny”) -zdrobnienie od Bolesława, dawniej zapisywane również jako Bosław. Imię dynastyczne polskiej dynastii Piastów i czeskiej Przemyślidów, dziedziczone po linii żeńskiej(imię kognacyjne). Ostatnim jego piastowskim przedstawicielem był Piast mazowiecki Bolesław V, książę warszawski. Podobne imiona:Bolebor, Boleczaj, Boleczest, Boletut ,Bolemir oraz Bolemysł. Bolko II Mały- książę świdnicki, syn Kunegundy Łokietkówny i księcia świdnickiego Bernarda.

Spytko- zdrobnienie od Spycimira,(Spyćmier,Spyćmir,Spyćmierz)– staropolskie imię męskie, złożone z członu Spyci-(„nadaremnie”), oraz członu-mir(„pokój, spokój, dobro”). Najbardziej znany był Spycimir Leliwita – kasztelan krakowski, zm. 1352/1354. Prawdopodobnie już w czasach króla Władysława Łokietka był jego zaufanym dyplomatą, od 1320 wiele dokumentów królewskich nosi podpis Spycimira. Później został jednym z wychowawców królewicza i późniejszego króla Kazimierza Wielkiego. Jako jego poseł reprezentował Królestwo Polskie w sprawach najwyższej wagi państwowej. Jego osoba jest symbolem polskiej dumy, poczucia wartości i braku kompleksów niższości ówczesnego społeczeństwa polskiego. On to miał w na dworze króla czeskiego Karola IV Luksemburskiego w Pradze wygłosić legendarną mowę polityczną. Przechowała się ona w relacji kanclerza cesarskiego do wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego z 1357:”Wasz cesarz niższym jest od papieża. Składa przed nim przysięgę. Nasz król ma od Boga swoją koronę i miecz swój, a własne prawa i obyczaj przodków przenosi nad wszelkie prawa cesarskie”.

Świętopełk(Świętopałk)– starodawne (obecnie rzadkie) imię słowiańskie oznacza „święty”(tj. silny, mocny),pułk(tj. Oddział; ). Można więc je tłumaczyć jako „ten, który posiada mocny, silny, oddział wojska.” Najbardziej znani: Świętopełk Mieszkowic-przedwcześnie zmarły syn Mieszka II i Ody. Świętopełk II Wielki-książę Pomorza Gdańskiego 1220-1266.

   Czy wy w rodzinie, wśród znajomych bądź sąsiadów, macie ludzi o ciekawych, niespotykanych imionach? Czy są to imiona polskie czy zaczerpnięte od innych narodów?

   Nie chcę oceniać czy serial, który stał się punktem wyjścia do niniejszego postu zasługuje na krytykę, jaką znalazłam za pośrednictwem Google: "Korona królów" miała być wielkim hitem TVP. Widzowie jednak co i rusz doszukują się kolejnych wpadek w serialu. Produkcja zadebiutowała na antenie w Nowy Rok. Już po pierwszych dwóch odcinkach serial został mocno skrytykowany przez widzów.Wytknięto omijanie ważnych historycznych wątków, słabe aktorstwo, ukazywanie zdarzeń, które nie miały miejsca w tamtych czasach czy mało realistyczne kostiumy. Wyśmiano również charakteryzację niektórych aktorów.” Wszak polscy pisarze „historyczni” też umieszczali w swoich dziełach zdarzenia i postacie fikcyjne. Głównymi bohaterami „Trylogii” Henryka Sienkiewicza są postacie fikcyjne, mające jednak odległe pierwowzory historyczne o autentycznych nazwiskach:Jan Skrzetuski(wzorowany na historycznej postaci Mikołaja Skrzetuskiego, po którym otrzymał nazwisko i „zbaraski epizod”), Michał Wołodyjowski(częściowo wzorowany na autentycznej postaci pułkownika Jerzego Wołodyjowskiego),Andrzej Kmicic (pierwowzorem tej postaci był strażnik wielki litewski Samuel Kmicic)Jan Onufry Zagłoba (to postać fikcyjna, pisarz wziął cechy z kilku postaci ). Ci, którzy oczekują aby film(serial) wiernie odwzorowywał zdarzenia, postaci i wszelkie detale epoki, może sięgnąć po opracowania naukowe lub popularne i tam znajdzie prawdę i tylko prawdę. Film ma ucząc bawić i sprawić, że Ci którzy nie czytają, nie interesują się historią, ujrzeli jej złożoność, wielowarstwowość i niejednoznaczność.



wtorek, 9 stycznia 2018

PODSUMOWANIE ROKU 2017

Syn zrobił zdjęcie mojej choinki w dzień
nie ma takiego uroku, bo nie widać oświetlenia lampkami
   Od ponad tygodnia zbierałam się do napisania postu. Kiedy zasiadam do klawiatury, myśli uciekają. Wigilia pierwszy raz od dawna była bardzo udana, bez stresu, kłótni i napięcia. Syn jako kucharz sprawił się wyśmienicie. Zamiast barszczu czerwonego z uszkami, na stole pojawiła się zupa grzybowa, którą zjadłam z wielką przyjemnością. Po niej podano rybę smażoną z ziemniakami. Wydawała mi się trochę wodnista, widocznie za mało ją osuszył po rozmrożeniu. Niestety pierogi z kapustą i grzybami były kupione gotowe, jak dla mnie zbyt kwaśne, więc nie znalazły uznania. Innych potraw już nie popróbowałam, bo nasyciłam się dwoma pierwszymi daniami.
Grzybek też ma już swoje lata, ale tą z
kwiatkiem darzyłam szczególnym sentymentem
Były małe kłopoty z choinką, bo stłukłam jedną bombkę z tych najstarszych. Druga rozbiła się podczas rozbierania drzewka tuż po Święcie Trzech Króli. Zawiodły także światełka, ale na szczęście synowa załatwiła zastępcze. Dwa dni świąt i następne do Sylwestra przeleżałam. W ostatnim dniu roku na rękach znowu pojawiła się egzema, która pierwszy raz dopadła mnie we wrześniu i trzymała przez cały październik. Wtedy myślałam, że to jakaś alergia na leki, bo byłam przeziębiona i trochę tych specyfików się nałykałam. Teraz jednak dokuczały mi tylko stawy i mięśnie, więc nawrót owrzodzenia jest spowodowany czym innym. Prezentów pod choinkę nie robiliśmy, bo i tak świąteczny budżet został mocno przekroczony. Syn jak zawsze przedobrzył z zakupami. Co nie oznacza, że nie spotkały mnie miłe rzeczy. 
Serce "Jotki" jest tak wielkie,
że nie zmieściłoby się na mojej choince. To filcowe
pasuje jak ulał

Gwiazdka na czubku jest nieco przekrzywiona
ale to wina fotografa, a nie ozdoby
Jeszcze przed świętami nadeszła przesyłka od „Jotki” i jej fantastycznych uczniów. Odręcznie napisana kartka świąteczna i dwie filcowe zawieszki na choinkę, to prezenty od „Pani od biblioteki” natomiast kartki rysowane przez dzieciaków niestety były anonimowe choć równie fajne i miłe jak rok wcześniej. 


Ta kartka spodobała mi się najbardziej, bo motyw jest
na niej inny niż na pozostałych
Kartka pierwsza od góry, to ta z życzeniami
od Jotki
Na tych mamy charakterystyczne symbole Bożego Narodzenia
Można uznać, że to dzwoneczek, ale
uwierzcie na słowo to choineczka
Anonimowość zastrzegła sobie również osoba, której paczka dotarła do mnie (z winy poczty)już po świętach. Ponieważ było w niej coś dla podniebienia, coś dla ciała i serca, to uradowała mnie bardzo. Uśmiałam się do łez i cieszyłam jak dziecko z maleńkiej choineczki ze złotą gwiazdką na czubku i pstryczkiem-elektryczkiem u podstawy. Po jego naciśnięciu rozbłyskiwała światłem żółtym, niebieskim, zielonym i czerwonym. W zimie gadżet ten będzie wisiał na choince. Wiosną i latem może być uroczym breloczkiem do kluczy, a na jesieni talizmanem doczepionym do ulubionej torebki. Taki drobiazg, a rozbawił  mnie bardziej niż prezenty reklamowane przez telewizję(laptop, komórka).

Tu ta sama na tle kartki świątecznej, dołączonej do
prezentów. Czyż nie jest cudowna?

   Choinka rozebrana, spakowana, powędrowała na pawlacz. Nowy rok rozpoczęłam od poczytania ulubionych blogów, na których wiele ciekawych postów, a tu jak na złość brak konceptu na przyzwoity komentarz. Ponieważ jednak internetowi znajomi dowodzą, że im sił i chęci do pisania nie brakuje, to pocieszam się, że może i mnie minie brak weny. Trwa karnawał(do 13 lutego), więc życzę wszystkim przyjemności w tańcu i zabawie.

    Liczne życzenia świąteczne i noworoczne jakie zawarliście w komentarzach pod ostatnimi postami, miały ogromną siłę sprawczą. Jeszcze raz dziękując za nie, pozdrawiam serdecznie wszystkich odwiedzających bloga.

środa, 20 grudnia 2017

BOŻE NARODZENIE cz.2

Zauważyliście, że gałęzie żywego drzewka układają się
zupełnie inaczej niż naśladowcy? 


   O dobroczynnym wpływie drzew na nas możecie przeczytać u Gai http//plantacjamagicznych myśli.blogspot. com   z 9 listopada.
"W wielu krajach drzewo zwłaszcza iglaste, jest uważane za symbol życia, odradzania się, trwania i płodności. Wiecznie zielone drzewko przynoszono do domu, nie bez powodu-wiązała się z nim symbolika nieprzerwanego życia, nadzieja na dobrobyt w gospodarstwie oraz ochrona przed chorobami i złymi urokami. Chronić przed tym miały iglaste gałązki sosny, świerku lub jodły. Słowiańskie święta, oparte na kulcie solarnym, rozpoczynały się 21 grudnia w nocy, czyli w czasie przesilenia zimowego. Tego dnia obchodzono symboliczne zwycięstwo światła nad mrokiem, gdyż od tego momentu dni zaczynały się wydłużać, a noce skracać. Nazywano je Świętem Godowym, Szczodrymi Godami lub Świętem Zimowego Staniasłońca".

  " Choinka jako drzewko bożonarodzeniowe pojawiła się w XVI w, jej tradycja narodziła się w Alzacji. Wystawione drzewko ubierano ozdobami z papieru i jabłkami.Najpierw stały się popularne w protestanckich Niemczech. Nieco później zwyczaj przejął Kościół katolicki, rozpowszechniając go w krajach Europy. Do Polski zawitała za sprawą niemieckich protestantów w XVIII i XIX wieku, stając się najbardziej rozpoznawalnym symbolem Świąt Bożego Narodzenia. Na wsiach wyparła słowiański zwyczaj zdobienia snopów zboża, zwany Diduchem. Dawniej na wsiach przyniesienie z lasu choinki lub kradzionych gałęzi miało cechy kradzieży obrzędowej i miało zapewnić szczęście". Choinka symbolizuje źródło życia, umieszczona na jej czubku Gwiazda Betlejemska pomagać miała w powrotach do domu z dalekich stron. Łańcuchy symbolizowały zniewolenie grzechem, anioły chroniły dom przed chorobami, a  światełka przepędzały złe duchy. Pod jemiołą całowali się zakochani lub godziły zwaśnione pary. " 

   Pierwszą choinką jaką pamiętam była ta u dziadków, z roku poznania kolędników. W naszym wrocławskim mieszkaniu najpierw była choinka żywa, zawsze wysoka. Kiedy nałożyło się na nią czub, stykał się z sufitem. Była kupowana wcześniej i czekała na balkonie. W przeddzień wigilii ojciec ją ustawiał i zawieszał ozdoby przygotowane przez nas dzieci i mamę, która piekła pierniki i kruche ciasteczka. Ozdobione kolorowym lukrem pierniki znikały z drzewka najszybciej, nie było po nich śladu jeszcze przed nowym rokiem. W miarę upływu czasu, gdy my rosłyśmy, to choinkę kupowało się coraz mniejszą, aż nastał czas gdy została zastąpiona sztuczną. Przestało pachnieć igliwiem i żywicą, a magia świąt i dostojeństwo stało się mniej dostrzegalne.Najpiękniejszymi ozdobami były bombki, różnokolorowe, zdobione srebrnym brokatem. Zawsze się wydawało,że jest ich za mało, chociaż z roku na rok rodzice dokupywali nowe, o kształtach jakich nie mieliśmy.Pojawiły się podłużne sople, bałwanki, grzybki, aniołki, gwiazdki, mikołaje. Powiadają, że "potrzeba jest matką wynalazku", chyba podobnie myślał Hans Greiner, twórca szklanych wydmuszek. Jak głosi legenda wymyślił bombki, bo nie było go stać na tradycyjne w owym czasie ozdoby:jabłka, orzechy i cukierki. Ja z siostrą robiłyśmy łańcuch z kolorowego papieru, złożony z ogniw, gdzie każde było innego koloru i musiało się przeplatać z kontrastującym. Jeżeli łańcuch nie przerwał się w czasie roboty lub zawieszania, to świadczyło, że jest solidny. Drugim typem łańcucha był papierowo-słomiany, w którym złożone w harmonijkę bibułki przeplatane były krótkimi słomkami. Bardzo lubiłam taki łańcuch robić. 
Niektórzy orzechy owijali sreberkiem od czekolady,
żeby były lśniące
    Moją specjalnością były koszyczki z kolorowego brystolu lub papieru kolorowego, w które wkładaliśmy malowane "srebrolem" orzechy włoski lub brązowe laskowe. Z wydmuszek robiliśmy koty, psy, łabędzie lub pawie oraz ptaki. Któregoś razu ojciec przyniósł torbę podłużnych cukierków, owiniętych w kolorowe lśniące papierki i celofan. Miały udawać sople(tak się zresztą nazywały). Pod papierkami były białe z wąziutkim czerwonym paseczkiem na całej długości. Miały kwaskowaty smak. To je najbardziej lubiłam podkradać z gałązek. Kiedy z czubka choinki aż do dołu zwisał "anielski włos", był to sygnał, że strojenie drzewka dobiegło końca. Zanim nastał czas elektrycznych lampek choinkowych, na czubkach gałązek przypinało się świeczki, umieszczone w małych uchwytach "żabkach". 
Świeczki były zapalane tylko podczas łamania się opłatkiem, bo była obawa, że anielski włos lub papierowa dekoracja się zapali. Z tego też powodu, choć zimne ognie wieszało się na choince, to w moim domu  można je było zapalić po zdjęciu z niej i w pewnej odległości. Chociaż nazywa się to "zimnymi ogniami", to jednak kiedy taka iskierka z niego upadła na rękę, czuło się jakby ukłucie.  Uwielbiam "pstrokatą" choinkę, na której jest duża ilość różnorakich i wielobarwnych ozdób. Nie przemawiają do mnie drzewka obwieszone bombkami jednakowego kształtu czy wielkości w ściśle określonym np. złotym lub tylko srebrnym kolorze, z odpowiednio dobranym łańcuchami-girlandami zrobionymi z połyskującej folii. Są dla mnie za monotonne i nawet dodane czerwone jabłuszka i kokardki, nie przekonują mnie. Choinka jest moim ulubionym symbolem Bożego Narodzenia.
  W swoim i moim domu choinkę ubiera syn, bo ja nie mam szczęśliwej ręki. Ilekroć chciałam ją ubrać, to przewracała się, tłukły się bombki i psuły światełka. Był stres, płacz i niepotrzebna szczególnie w ten wieczór awantura. Na mojej 60 cm , niestety sztucznej choince jest kilka bombek pamiętających dzieciństwo syna. Młodzi przez kilka lat kupowali drzewko w doniczce,ale teraz mają wyższe sztuczne. Dali mi kilka nowych bombek, gdy dokupywali dla siebie. Syn rozkłada światełka tak fajnie, że często wieczorami siedzę tylko przy ich blasku. 

   








    Łamanie się opłatkiem jest najbardziej wzruszającym i najmilszym momentem wigilii. Głos mi więźnie w gardle, ręka drży, a przemyślane życzenia ulatują z głowy.
     Mam swoje ulubione potrawy wigilijne i świąteczne.
Wbrew temu, co napisała w swoim poście Maria Hayman-Frydrych
 http:/ jakajesteśmario.blogspot.com  , że powinno się popróbować wszystkich potraw, to mnie ta sztuka się nie udała.
Barszcz, smażona ryba (najbardziej wyczekiwana), kilka pierogów, to wszystko, co jestem w stanie zjeść. U rodziców królował karp, był smażony, w galarecie i po grecku. Ja zawsze połknęłam jakąś ość i musiałam ją przepychać chlebem, popijając znienawidzonym kompotem z suszu, który był jedynym napojem na wigilijnym stole. Matka wszystkie potrawy i ciasta przygotowywała sama, bo nie miała przekonania do rzeczy kupowanych, które już można było dostać w sklepie. Choć makowiec i sernik (ulubiony przez ojca) zawsze jej pękały, to były nieporównywalnie lepsze niż te z cukierni.Lubię drobne pierniczki z lukrem i w czekoladzie.  Te robione przez mamę, ozdobione kolorowym lukrem, znikały najszybciej zarówno z patery jak i z choinki. Jednak duży piernik przekładany marmoladą, z powodu przypraw piernikowych, które działają na mnie drażniąco, nie cieszył się moim uznaniem. Jest kilka takich przypraw, których zapachu nie lubię, choć inni ludzie go sobie cenią.
     Uwielbiam natomiast paszteciki, matka robiła ich dwa rodzaje. Te wigilijne do barszczu, gdy na talerzu zamiast uszek była duża fasola tzw. "Jasiek", były drożdżowe z farszem z kapusty i grzybów. W dni świąteczne zajadałam się pasztecikami z kruchego ciasta, wypełnionymi mięsem. Były o połowę mniejsze niż te z wieczerzy, dlatego mogłam ich zjeść nawet brytfankę za jednym razem, jeżeli wystarczająco przestygły. To za nimi tęsknię w święta najbardziej. Z dań świątecznych najmilej wspominam schab ze śliwką, pieczeń 
rzymską potocznie zwaną klopsem i pasztet. Najsmaczniejsze były święta, gdy trafiały do nas wyroby ze świniobicia, które zarządzał dziadek dwa razy do roku. Niezrównane były te kaszanki, wątrobianki, salcesony, kiełbasy i szynki. Nigdy więcej nie udało mi się kupić wędlin, które smakiem przypominałyby te dziadkowe. Tak jak nie dorównałam mamie w pieczeniu mięs, chociaż przez 14 lat piekłam schab(bez śliwki) i pieczeń rzymską oraz gotowałam bigos. Mój syn nie uczył się gotowania ani od babci, ani od mojej siostry, która także jest wyśmienitą kucharką. Ja jak wiecie, gotować ani piec nie potrafię. K.J ma jednak odwagę próbować przygotowania niektórych dań i o dziwo wychodzi mu to dobrze. Prawdziwy chrzest bojowy przejdzie w tym roku, bo całe święta przygotowuje sam. Mój wkład w święta ograniczę do listy słodyczy, bez których nie wyobrażam sobie Gwiazdki. Dawniej gdy posiadałam własne zęby najwięcej było orzechów włoskich i laskowych. Z wielką lubością je rozłupywałam i pochłaniałam, chociaż śmieciłam przy tym niemożliwie. Za pomarańczami nie przepadam ale mandarynki zjem w każdej ilości. Do tego migdały, rodzynki, czekolady i mieszanka wedlowska obowiązkowo. Jak na prawdziwego łasucha przystało.
     Na zakończenie podam kilka przepisów dań, które wyszukałam w książce "W staropolskiej kuchni".Naszła mnie ochota, by ich popróbować, więc może kiedyś namówię syna na ich zrobienie, wzbogacimy w ten sposób rodzinną tradycję i wigilijny stół.

 
          WIGILIJNA ZUPA MIGDAŁOWA
    15 dkg migdałów oparzonych wrzątkiem, obranych z łupek, dokładnie wysuszonych i następnie zmielonych zalewamy1,1/2 l wrzącego mleka i gotujemy na małym ogniu(na płytce azbestowej) przez 15 minut., do wazy wkładamy, licząc po łyżce na osobę, na sypko wypieczony ryż i zalewamy gorącym mlekiem migdałowym. Tuż przed podaniem można zupę zaprawić surowym żółtkiem.
    KROKIETY ORZECHOWE
    30 dkg świeżo ugotowanych gorących ziemniaków utłuc na miazgę, dodać 10 dkg zmielonych orzechów włoskich i całe jajo, czubatą łyżkę tartej bułki oraz łyżkę najdrobniej posiekanej naci pietruszki. Posolić do smaku i ręką wyrobić na jednolitą masę. Formować małe krokiety, panierować je w jajku, bułce tartej, następnie usmażyć na maśle na złoty kolor.
    ŁAMAŃCE Z MAKIEM
    2 szklanki maku zalewamy 2 szklankami wrzącego mleka i gotujemy na najmniejszym ogniu(najlepiej na azbestowej płytce) przez 15-20 minut. Dokładnie odsączony na sitku, mielimy 3-krotnie w maszynce od mięsa. Zmielony mak łączymy z 2/3 szklanki płynnego miodu pszczelego, dodajemy 1/3 laski utłuczonej wanilii, 10 dkg namoczonych w rumie lub koniaku rodzynków oraz 10 dkg obranych z łupek i posiekanych migdałów. Gdyby masa była zbyt gęsta, można ją rozrzedzić małą ilością słodkiej śmietanki.
    Jeśli łamańce są przeznaczone dla dorosłych mak można „uperfumować” kieliszkiem dobrego koniaku. Masę makową ochładzamy w lodówce. Bezpośrednio przed podaniem przekładamy ją do salaterki i „ szpikujemy” podłużnymi kruchymi ciasteczkami domowej roboty.
    ŁAMAŃCE
    wersja „chuda”: zagniatamy tęgie ciasto z 12 dkg mąki,12 dkg cukru pudru i1 jajka.
    wersja krucha: zagniatamy ciasto z 13 dkg mąki, 6 dkg masła, 3 dkg cukru pudru oraz 1 surowego żółtka.
    Dobrze wyrobione ciasto powinno „odpocząć” w lodówce przez 30 minut. Po tym czasie rozwałkowujemy je cienko i wycinamy wąskie prostokąty(2x7 cm) i pieczemy w piekarniku na natłuszczonej blasze na jasnozłocisty kolor.
    KARP W SZARYM SOSIE*
    1.Pięknego karpia o wadze ok. 1 kg zabijamy i skrzętnie zbieramy krew do filiżanki, do której uprzednio wcisnęliśmy sok z 1/2 cytryny. Po oczyszczeniu rybę kroimy poprzecznie na porcje i po nasoleniu pozostawiamy w chłodnym miejscu przez 20 minut. Następnie wkładamy rybę do płaskiego rondla i zalewamy wywarem(1/2 l wody, 1 średni seler pokrojony w paseczki, duża cebula, 1 kieliszek czerwonego wytrawnego wina,kawałek cieniutko obranej skórki cytrynowej, kilka ziarenek pieprzu, 1/3 łyżeczki zmielonego imbiru i sok z 1/2 cytryny). Ugotowanego karpia przekładamy na ogrzany półmisek i trzymamy w cieple.Wywar przecieramy przez gęste sito metalowe, dodajemy krew z karpia, szklankę ciemnego piwa, 2-3 kostki cukru, łyżkę powideł ze śliwek, 5 dkg ususzonego i utartego piernika(upieczonego na miodzie), 5 dkg obranych i posiekanych migdałów, 5 dkg rodzynek oraz czubatą łyżkę masła. Sos ten gotujemy 10-15 minut, a gdy nieco ostygnie doprawiamy solą do smaku i gorącym polewamy rybę ułożoną na półmisku.

     2.Karp gotowany z drobno posiekanymi warzywami(marchew, seler, pietruszka, cebula). Następnie krótko dogotowujemy(3 min.) go w szarym sosie. Sos przyrządzany jest na zasmażce z mąki i masła, rozprowadzonej wywarem i gotowanej z dodatkiem migdałów, rodzynków, czerwonego wina, korzeni(angielskie ziele, goździki, kawałek listka laurowego),soku cytrynowego, karmelu,i ewentualnie utartego piernika.
    *Przepis pierwszy(na karpia) zaczerpnięto z „W staropolskiej kuchni” s. 192-3, przepis drugi z Maciej. E. Halbański „Leksykon sztuki kulinarnej”. Warszawa 1983, Wydawnictwo „Watra” s.79,178. Pozostałe z książki Marii Lemnis, Henryka Vitry „W staropolskiej kuchni”.
       Z okazji Świąt Bożego Narodzenia, wszyscy mamy oczekiwania, marzenia, życzenia. Życzę Wam wszystkim, wchodzącym na tego bloga, aby spełniło się to, czego po tych szczególnych dniach się spodziewacie. Kiedy już wyśpiewacie ulubione kolędy, popróbujecie najsmaczniejszych dań, za którymi tęskniliście cały rok, zajrzyjcie do mnie.Opowiedzcie o swojej najpiękniejszej choince, najszczęśliwszych świętach. Będę na Was czekała jak zawsze z niecierpliwością, radością i przyjemnością.

    Niechaj prezenty będą piękne, trafione i sprawią radość

piątek, 15 grudnia 2017

BOŻE NARODZENIE cz.1




 Niektóre zwyczaje bożonarodzeniowe( wiele z nich wywodzi się z obrzędów słowiańskich)przetrwały po dziś dzień, świadcząc o tym, jak głęboko były zakorzenione w sercach naszych przodków, skoro i nasze pokolenie nawiązuje do nich jako do najbardziej swojskiej tradycji, która przekazała nam relikty słowiańskich obrzędów w postaci zwyczajów zachowanych nie tylko na wsi ale i w miastach.
Wieczerza wigilijna była posiłkiem postnym. Wszystkie potrawy przyrządzano na oleju, oliwie lub maśle. Nasi arcy katoliccy przodkowie,mimo iż tak skrupulatnie przestrzegali postu, który ograniczał się zasadniczo do wyłączenia mięsa i słoniny,potrafili uczynić z tego ograniczenia, prawdziwie wyrafinowaną rozkosz dla podniebienia. Wśród 12 dań(tylu ilu apostołów) dominowały dania rybne przyrządzane na najprzeróżniejsze sposoby, wśród których nie mogło zabraknąć karpia(szczupaka) w szarym sosie.
Wigilię otwierała jedna z tradycyjnych zup:barszcz czerwony z uszkami,zupa grzybowa lub rzadziej migdałowa. Podawano sławny staropolski groch z kapustą, potrawy z grzybów suszonych,kompoty z suszonych owoców, głównie śliwek, słynną kutię i ciasta..Słodkie ciasta były mniej urozmaicone niż te wielkanocne. Przodowały pierniki i makowce. Nie brakowało staropolskich bab i korzennych ciasteczek.”*
Potrawy zawsze powinny składać się ze wszystkich płodów, jakie rodzi hojna przyroda: pól(potrawy mączne), sadu(owoce suszone orzechy),ogrodu(kapusta, groch, mak), lasu(grzyby) i oczywiście wody(ryby).”**
   O Bożym Narodzeniu wszyscy myślimy serdecznie i ciepło. Przypisuje się mu magiczną moc, bo łamiąc się opłatkiem przy wigilijnym stole zapominamy o swarach, urazach i niepowodzeniach, jakie nas spotkały w ciągu kończącego się roku. Na uroczycie nakrytym stole pojawia się dodatkowe nakrycie dla niespodziewanego gościa, zbłąkanego wędrowca czy samotnego sąsiada.
   Większość Świąt spędzałam z rodzicami i siostrą w mieście. Pewnego roku byliśmy jednak u dziadków na wsi. Wtedy zetknęłam się z kolędnikami, potocznie zwanymi Gwiazdorami. Zapukali do domu, a kiedy dziadek otworzył drzwi, weszli do ciepłej, mocno oświetlonej kuchni. Siedziałam na krześle przy stole i byłam bardzo wystraszona.Nie miałam więcej niż 5 lat, bo jeszcze wtedy nie chodziłam. Moja siostra i o dwa lata od niej starsza, najmłodsza córka dziadków-Grażyna, uciekły do pokoju i stamtąd przez otwarte drzwi patrzyły co się dzieje. Nie rozumiałam dlaczego dziwnie ubrani ludzie śpiewają i składają rymowane życzenia, a dorośli domownicy śmieją się przy tym w najlepsze. Kiedy występ dobiegł końca, dziadek każdemu kolędnikowi dał w dłoń drobny pieniądz, a stojącemu na przedzie diabłu, dodatkowo butelkę gorzałki.  Babcia w jednej ręce trzymała tacę z jedzeniem, a w drugiej ścierkę do naczyń. Wywijała nią w powietrzu, mówiąc żeby sobie ci przebierańcy poszli, bo straszą dzieci. W następnych latach wyczekiwałam kolędników w naszym miejskim mieszkaniu, ale zamiast nich do drzwi pukały dzieci, które odśpiewywały kolędy. Nie było wielkiej gwiazdy na kiju i przebrań. Rodzice dawali pieniądze i upieczone przez matkę pierniki.
   Zawsze też pod obrus było włożone siano. Jako młode panienki nie wróżyliśmy z niego wyciągając pojedyncze źdźbła. A podobno kiedy młoda dziewczyna wyciągnęła "zielone źdźbło oznaczało ono powodzenie w miłości i rychły ślub. Sczerniałe -niepowodzenie,pokrzyżowanie planów małżeńskich, a nawet i staropanieństwo"
   Kto z nas nie uległ pokusie, by sprawdzić, czy w wigilijny wieczór zwierzęta przemawiają ludzkim głosem? Mój syn, który zwierzęta kocha bardziej niż ludzi, każdego roku pytał żartobliwie swoje psy, czy się odezwą. „ Po wigilii tu i ówdzie utrzymywał się zwyczaj dawania zwierzętom domowym po kawałeczku opłatka dla zapewnienia im zdrowia i pięknego przychówku. Wierzono iż o północy, zwierzęta rozmawiają ludzką mową, lecz podsłuchiwanie takiej rozmowy nie przynosiło szczęścia. W okolicach szczególnie nawiedzanych przez wilki, wynoszono przed zagrodę resztki jadła wigilijnego. Tak ugoszczone nie wyrządzały gospodarzowi szkód.”*
 W miastach nie praktykuje się zwyczaju stawiania snopów niewymłóconego zboża w czterech kątach izby(lub tylko w jednym od wschodniej strony), w której spożywa się wieczerzę wigilijną. Na wsiach ten zwyczaj jest jeszcze kultywowany. W „Encyklopedii Staropolskiej” Zygmunta Glogera znajdujemy taki opis:” Stawianie snopów zboża po rogach izby, w której zasiadają do uczty wigilijnej, dotąd napotykane u ludu, było zwyczajem niegdyś we wszystkich warstwach powszechnym. U pani podwojewodzyny Dobrzyckiej w Pęsach na Mazowszu, jeszcze w pierwszej połowie XIX w. nie siadano do wilii bez snopów żyta po rogach komnaty stołowej ustawionych. Lud wiejski, po uczcie wiglijnej, ze słomy tych snopów kręci małe powrósła i wybiegłszy do sadu owiązuje niemi drzewa owocowe w przekonaniu, że będą lepiej rodziły. **
   Ilu z nas pielęgnuje inne stare zwyczaje związane z Bożym Narodzeniem, tak by najmłodsze pokolenia zdobywały o nich wiedzę i przekazywały je swoim dzieciom i wnukom, gdy przyjdzie na to czas?
Dla przypomnienia oto kilka z nich:**
  1. "Z duszami zmarłych dzielono się także symbolicznie opłatkiem, składając go na dodatkowym talerzu, stawianym na wigilijnym stole”. Niekiedy dla „nieobecnych” dokładano do tegoż opłatka odrobinę każdej potrawy."
  2. Jeśli chciało się zapewnić powodzenie domowi, to przy wigilijnym stole winna zasiąść parzysta liczba biesiadników. Dobrze było położyć pod stół wigilijny coś żelaznego(sierp, siekierę a nawet pług) i oprzeć na nim na chwilę nogi by nogi twarde jak żelazo mieli i nie kaleczyli ich sobie na cierniach.”
  3. Otóż dawniej należało zachować:pospolicie uroczysty spokój, tak, że oprócz gospodarza nikt głośno nie mówi, lub że tyko starsze osoby rozmawiają, a inni migami się porozumiewają, co komu trzeba. Czynią tak dlatego, aby w roku nie było kłótni w domu, lub żeby w przyszłym roku nie byli gadułami... Strzegą się jeść łakomie. Uważają, żeby nikomu nie upadła łyżka, ten bowiem umiera w ciągu roku.
    Dopiero po tak odbytej wieczerzy można było iść na pasterkę i rozpocząć bożonarodzeniowe biesiady przy śpiewie kolęd.”
*( z książki M.Lemnis, H.Vitry „W staropolskiej kuchni").
**( z „Boże Narodzenie w staropolskiej tradycji” Radosława Lolo).

sobota, 9 grudnia 2017

NIE MÓW

Gwałcąc
nie zdobyłeś władzy nade mną
posiadłeś tylko moje ciało.
Dusza została czysta,
a resztę pochłonęła niepamięć.
Pozostała pogarda.

Nie mów, że mnie kochasz
nie mów, że już nie będziesz
nie mów, że to dla mojego dobra.

Siniaki zbledną,
rozcięta warga przestanie krwawić,
połamane kości się zrosną.
Pozostanie nienawiść.

Nie mów, że nie chciałeś,
nie mów, że to z nerwów,
nie mów, że mnie kochasz,

Ty nie wiesz co to miłość.

czwartek, 30 listopada 2017

O PSACH I KOTACH


   Może to przypadek, a może „prawo serii”. W ostatnich tygodniach tylko na ulubionych przeze mnie blogach, ukazało się kila postów o zwierzętach. Autorzy ujmują sprawę zwierząt różnorako. Od dowcipnych cytatów odnośnie kotów: TATUL „Kocie opowieści”, przez smutny opis losu zwierząt bezdomnych: IWONA KMITA „Zwierzęcy seniorzy”, aż po śmierć: ARIADNA „Wydmuszka” i GORDYJKA „ Jak Sunia odzyskała swobodę”.
   Podziwiam Tatula http://tatulowe.blog.onet.pl/za samozaparcie i wzbogacenie postu 80 cytatami.
   Wielkie gratulacje i gromkie brawa należą się Iwonie Kmicie http://iwonakmita.pl  za propagowanie akcji
DESIGN DLA ZWIERZĄT. Zainteresowani pomocą dla bezdomnych i starych zwierząt znajdą informację tutaj: https://www.facebook.com/designdlazwierzat.
   Wzruszające teksty Ariadny http://ariadna.piszecomysle.pl i Gordyjki  http://gordyjka.blogspot.com/ wycisnęły łzy z oczu.
   Wszystkie wymienione teksty stały się impulsem do napisania tego postu.


Tak wyglądała, gdy trafiła do nas z Palucha



   4 listopada zakończyła swój 11 letni żywot ukochana suczka mojego syna Wega. Była mądrzejsza niż wielu ludzi, z którymi zetknęłam się w swoim życiu. Prawdziwa przyjaciółka, nie narzucająca się ze swoją miłością, ale umiejąca wyczuć kiedy ja lub jej pan potrzebowaliśmy pocieszenia. Mój syn popłakiwał dwa dni, a do dzisiaj nie potrafi się emocjonalnie i psychicznie pozbierać. Za każdym razem, gdy ją wspominamy, do oczu napływają łzy, a głos więźnie w ściśniętym żalem gardle. W dniu odejścia Wegi zarzucał mi nieczułość i nie przeżywanie we właściwy sposób tej straty. Potrafiłam tylko siedzieć przed komputerem i bezmyślnie grać w kierki. Nie płakałam, ale jej brak odczuwam codziennie. Utrata tego psa jest jednym ze 120 powodów, dla których roku 2017 nie mogę uznać za dobry. 

Tak w najlepszym okresie swojego dorosłego życia.
 
  Druga osamotniona suczka jest osowiała, a gdy poszła z synem do sklepu, to wyła pod nim rozpaczliwie, głośniej niż jadący na sygnale ambulans. Gdy wychodzi na spacer, podbiega do każdego czarnego psa, który jest podobny do Wegi. Przygnębienie ogarnęło nasze ciała i umysły. Nadchodzące święta nie cieszą, a zbliżający się nowy rok budzi więcej obaw niż nadziei. 


środa, 25 października 2017

KONCERT SKRZYPCOWY

zaczerpnięte z Google
    Na Jej blog http://liiviia2.blogspot.com/ trafiłam przypadkiem, akurat w momencie, gdy zamieściła notkę „Sami swoi...polska szopa”. Napisałam pod nią komentarz:Ryzykowne jest wypowiadanie się na jakiś temat tylko na podstawie tego, co się przeczytało. Takie podejście jest dopuszczalne w stosunku do tematów naukowych, a raczej popularno- naukowych, bo te mają opracowania sporządzone przez fachowców i możemy z tekst wyciągnąć fragmenty, którymi argumentować będziemy swoje za lub przeciw. Jeżeli chodzi o sztukę, to należałoby się zapoznać z interpretacją danego reżysera, by móc porównać z oryginałem(dramatem Wyspiańskiego)i dopiero wtedy wypunktowywać słabość wystawienia. Twoja opinia przypomina mi trochę powiedzenie "nie lubię zupy szczawiowej", a na pytanie dlaczego, udzielenie odpowiedzi "bo nie i już". Po absolwentce polonistyki oczekiwałabym czegoś więcej.
Autorka odpowiedziała:” Nie lubię wulgaryzmów i publicznej obsceny , a jeszcze bardziej nie lubię ulicznej zadymy w imię sztuki.I Wyspiański nie ma z tym nic wspólnego.
Ostatnie zdanie Twego komentarza jest cokolwiek nie na miejscu .”
Zareagowałam słowami:Jeżeli poczułaś się obrażona stwierdzeniem, że "spodziewałabym się czegoś więcej", to w czym widzisz niestosowność mojego komentarza? Ja też nie lubię wulgarności, zadym ulicznych w imię czegokolwiek. Tak jak stwierdziłam powyżej, aby porównywać dwie rzeczy ze sobą trzeba mieć silne argumenty przeciwko przedmiotowi krytyki i równie mocne dla obrony dzieła porównywanego. Po prostu u Ciebie tego mi zabrakło, a przecież przygotowanie masz mocniejsze od innych. Pozostaję mimo wszystko pełna życzliwości, co mam nadzieję, będzie mi dane udowodnić w innych komentarzach. Dziękuję za odwiedziny u mnie na blogu, mam nadzieję że nie są ostatnimi .Mój komentarz był wyrazem niedosytu odczuwanego po przeczytaniu tekstu autorki, a nie próbą Jej ośmieszenia.
   Tak zaczęła się moja znajomość z Liviią. Kilka postów później zaproponowałam kontakt e-mailowy. W pierwszym liście przyznałam się, że nie jestem znawczynią muzyki poważnej, a gry na skrzypcach nie lubię. Nowa znajoma postanowiła przekonać mnie, że uprzedzenie do skrzypiec jest spowodowane nieznajomością właściwych utworów. Wraz z listami przesyłała mi wybrane przez siebie „kawałki” wykonywane przez wybitnych wirtuozów tego instrumentu: David Garret „Babushka”, Nigel Kennedy „ Jovano Jovanke”, Vanesa Mea „Romeo&Juliet”, Vittorio Monti „Csardas”, Andre Rieu „My way”, Lara Fabian „Je T'aime”. Czy wy znacie te utwory? Jeżeli nie to posłuchajcie, naprawdę warto!(Nie włączam do tekstu klipów, bo i tak nie chcą się otwierać na blogu).
   W prosty sposób uświadomiła mi jak bardzo się myliłam do tego rodzaju muzyki. Po odpisaniu na jej ostatni list, postanowiłam posłuchać kilku utworów w wykonaniu Andre Rieu. Okazało się, że są wśród nich moje ulubione, a znane z radia, gdy słuchałam jeszcze „Lata z radiem” lub wcześniej „Koncertu życzeń” nadawanego kiedyś w niedzielne popołudnia. Bez wychodzenia do filharmonii miałam ucztę muzyczną i poprawiłam sobie nastrój. W tym samym momencie postanowiłam napisać o Krakowiance, która na swoim blogu pisze w przeważającej mierze o wydarzeniach kulturalnych, a robi to w sposób ciekawy, zrozumiały także dla laików.
   Blog w obecnym miejscu założyła 23 VIII 2015 roku, a wcześniejszy prowadziła na Interii(nie podała jego nazwy, więc nie mogę Was do niego odesłać). W jednej z pierwszych notek napisała:"Ten piękny utwór muzyczny dedykuję tym wszystkim ,którzy kochają skrzypce.I tym ,którzy są dopiero na początku drogi do tej miłości.I wszystkim moim czytelnikom ,za to ,że czytają,że komentują ,ze rozumieją. ” Dedykacją okazał się utwór „My way” spopularyzowany przez Franka Sinatrę, a tu przedstawiony w wykonaniu wspomnianego już Andre Rieu.
   Lubi łacińskie maksymy, tak jak ja. Oto dwie z nich: „ Homo totiens moritur,quotiens amittit suos -człowiek umiera tyle razy, ile razy traci swoich bliskich”, „Nihil citius arescit quam lacrime. Nic nie wysycha szybciej od łez.”.
   Jest osobą wykształconą, ukończyła dwa fakultety i choć wiedzę zdobytą na studiach wykorzystuje przy prowadzeniu bloga, to się nią nie popisuje. Wręcz przeciwnie jest nad wyraz skromna. Duży wpływ na Jej obecną postawę ma poważna choroba, do której się przyznała na blogu w roku 2016. O sobie poza tym pisze niewiele( notki: „Sankt Petersburg”, „Przyjaciele”, „Skrzypce”). Natomiast rozpiętość tematyczna postów mówi wystarczająco dużo, aby dostrzec w Niej bardzo wrażliwą osobę, kochającą muzykę, teatr, film i malarstwo. Trzyma rękę na pulsie odnośnie wydarzeń społecznych(rozpoczęcie roku akademickiego) i kulturalnych odbywających się w Krakowie. Kocha to miasto i wszystko, co się w nim dzieje jest Jej bliskie.
    Przodkowie przyjechali do Polski ze Lwowa i Ona bardzo mocno czuje się związana z tym miastem. Znając trudną sytuację Polaków mieszkających na Kresach, udziela się w organizacji „która pomaga polskim rodzinom na Ukrainie ,Białorusi ,Mołdawii ,częściowo Litwie ,Estonii i Łotwie. Częściowo ,bo państwa unijne nie są biedne.
   Uwielbiam ludzi ambitnych i z pasją, autorka bloga jest taką kobietą-piękną z wyglądu(mam Jej zdjęcie) i wewnętrznie. Pisze o muzyce , od opery(„Straszny dwór”) poprzez muzykę klasyczną( F. Chopin, J.Strauss, D.Szostakowicz) do popularnej (Edyta Geppert, Maciej Maleńczuk, Grzegorz Turnau). Nie obce są Jej wydarzenia historyczne, na temat których zabiera głos, dając własną ocenę(Powstanie Warszawskie, recenzja filmu o „Roju”).
   Dzięki Niej poznałam dwa nowe blogi i ich autorów : http://mozaikarzeczywistosci.blogspot.com/, http://ja-amasja.blogspot.com/. Do nich zaglądam raz w tygodniu. Moje grono internetowych znajomych poszerza się, a ja wzbogacam się o nowe doznania, czuję się szczęśliwsza, bo moja samotność nie wydaje się tak duża.
   Mam nadzieję, że Liwia nie weźmie mi za złe, że uchyliłam rąbka tajemnicy o Niej, a Wy zaglądniecie na bloga by poznać(lub przypomnieć sobie) Kraków i jego mieszkańców, widzianych Jej oczami.