środa, 25 października 2017

KONCERT SKRZYPCOWY

zaczerpnięte z Google
    Na Jej blog http://liiviia2.blogspot.com/ trafiłam przypadkiem, akurat w momencie, gdy zamieściła notkę „Sami swoi...polska szopa”. Napisałam pod nią komentarz:Ryzykowne jest wypowiadanie się na jakiś temat tylko na podstawie tego, co się przeczytało. Takie podejście jest dopuszczalne w stosunku do tematów naukowych, a raczej popularno- naukowych, bo te mają opracowania sporządzone przez fachowców i możemy z tekst wyciągnąć fragmenty, którymi argumentować będziemy swoje za lub przeciw. Jeżeli chodzi o sztukę, to należałoby się zapoznać z interpretacją danego reżysera, by móc porównać z oryginałem(dramatem Wyspiańskiego)i dopiero wtedy wypunktowywać słabość wystawienia. Twoja opinia przypomina mi trochę powiedzenie "nie lubię zupy szczawiowej", a na pytanie dlaczego, udzielenie odpowiedzi "bo nie i już". Po absolwentce polonistyki oczekiwałabym czegoś więcej.
Autorka odpowiedziała:” Nie lubię wulgaryzmów i publicznej obsceny , a jeszcze bardziej nie lubię ulicznej zadymy w imię sztuki.I Wyspiański nie ma z tym nic wspólnego.
Ostatnie zdanie Twego komentarza jest cokolwiek nie na miejscu .”
Zareagowałam słowami:Jeżeli poczułaś się obrażona stwierdzeniem, że "spodziewałabym się czegoś więcej", to w czym widzisz niestosowność mojego komentarza? Ja też nie lubię wulgarności, zadym ulicznych w imię czegokolwiek. Tak jak stwierdziłam powyżej, aby porównywać dwie rzeczy ze sobą trzeba mieć silne argumenty przeciwko przedmiotowi krytyki i równie mocne dla obrony dzieła porównywanego. Po prostu u Ciebie tego mi zabrakło, a przecież przygotowanie masz mocniejsze od innych. Pozostaję mimo wszystko pełna życzliwości, co mam nadzieję, będzie mi dane udowodnić w innych komentarzach. Dziękuję za odwiedziny u mnie na blogu, mam nadzieję że nie są ostatnimi .Mój komentarz był wyrazem niedosytu odczuwanego po przeczytaniu tekstu autorki, a nie próbą Jej ośmieszenia.
   Tak zaczęła się moja znajomość z Liviią. Kilka postów później zaproponowałam kontakt e-mailowy. W pierwszym liście przyznałam się, że nie jestem znawczynią muzyki poważnej, a gry na skrzypcach nie lubię. Nowa znajoma postanowiła przekonać mnie, że uprzedzenie do skrzypiec jest spowodowane nieznajomością właściwych utworów. Wraz z listami przesyłała mi wybrane przez siebie „kawałki” wykonywane przez wybitnych wirtuozów tego instrumentu: David Garret „Babushka”, Nigel Kennedy „ Jovano Jovanke”, Vanesa Mea „Romeo&Juliet”, Vittorio Monti „Csardas”, Andre Rieu „My way”, Lara Fabian „Je T'aime”. Czy wy znacie te utwory? Jeżeli nie to posłuchajcie, naprawdę warto!(Nie włączam do tekstu klipów, bo i tak nie chcą się otwierać na blogu).
   W prosty sposób uświadomiła mi jak bardzo się myliłam do tego rodzaju muzyki. Po odpisaniu na jej ostatni list, postanowiłam posłuchać kilku utworów w wykonaniu Andre Rieu. Okazało się, że są wśród nich moje ulubione, a znane z radia, gdy słuchałam jeszcze „Lata z radiem” lub wcześniej „Koncertu życzeń” nadawanego kiedyś w niedzielne popołudnia. Bez wychodzenia do filharmonii miałam ucztę muzyczną i poprawiłam sobie nastrój. W tym samym momencie postanowiłam napisać o Krakowiance, która na swoim blogu pisze w przeważającej mierze o wydarzeniach kulturalnych, a robi to w sposób ciekawy, zrozumiały także dla laików.
   Blog w obecnym miejscu założyła 23 VIII 2015 roku, a wcześniejszy prowadziła na Interii(nie podała jego nazwy, więc nie mogę Was do niego odesłać). W jednej z pierwszych notek napisała:"Ten piękny utwór muzyczny dedykuję tym wszystkim ,którzy kochają skrzypce.I tym ,którzy są dopiero na początku drogi do tej miłości.I wszystkim moim czytelnikom ,za to ,że czytają,że komentują ,ze rozumieją. ” Dedykacją okazał się utwór „My way” spopularyzowany przez Franka Sinatrę, a tu przedstawiony w wykonaniu wspomnianego już Andre Rieu.
   Lubi łacińskie maksymy, tak jak ja. Oto dwie z nich: „ Homo totiens moritur,quotiens amittit suos -człowiek umiera tyle razy, ile razy traci swoich bliskich”, „Nihil citius arescit quam lacrime. Nic nie wysycha szybciej od łez.”.
   Jest osobą wykształconą, ukończyła dwa fakultety i choć wiedzę zdobytą na studiach wykorzystuje przy prowadzeniu bloga, to się nią nie popisuje. Wręcz przeciwnie jest nad wyraz skromna. Duży wpływ na Jej obecną postawę ma poważna choroba, do której się przyznała na blogu w roku 2016. O sobie poza tym pisze niewiele( notki: „Sankt Petersburg”, „Przyjaciele”, „Skrzypce”). Natomiast rozpiętość tematyczna postów mówi wystarczająco dużo, aby dostrzec w Niej bardzo wrażliwą osobę, kochającą muzykę, teatr, film i malarstwo. Trzyma rękę na pulsie odnośnie wydarzeń społecznych(rozpoczęcie roku akademickiego) i kulturalnych odbywających się w Krakowie. Kocha to miasto i wszystko, co się w nim dzieje jest Jej bliskie.
    Przodkowie przyjechali do Polski ze Lwowa i Ona bardzo mocno czuje się związana z tym miastem. Znając trudną sytuację Polaków mieszkających na Kresach, udziela się w organizacji „która pomaga polskim rodzinom na Ukrainie ,Białorusi ,Mołdawii ,częściowo Litwie ,Estonii i Łotwie. Częściowo ,bo państwa unijne nie są biedne.
   Uwielbiam ludzi ambitnych i z pasją, autorka bloga jest taką kobietą-piękną z wyglądu(mam Jej zdjęcie) i wewnętrznie. Pisze o muzyce , od opery(„Straszny dwór”) poprzez muzykę klasyczną( F. Chopin, J.Strauss, D.Szostakowicz) do popularnej (Edyta Geppert, Maciej Maleńczuk, Grzegorz Turnau). Nie obce są Jej wydarzenia historyczne, na temat których zabiera głos, dając własną ocenę(Powstanie Warszawskie, recenzja filmu o „Roju”).
   Dzięki Niej poznałam dwa nowe blogi i ich autorów : http://mozaikarzeczywistosci.blogspot.com/, http://ja-amasja.blogspot.com/. Do nich zaglądam raz w tygodniu. Moje grono internetowych znajomych poszerza się, a ja wzbogacam się o nowe doznania, czuję się szczęśliwsza, bo moja samotność nie wydaje się tak duża.
   Mam nadzieję, że Liwia nie weźmie mi za złe, że uchyliłam rąbka tajemnicy o Niej, a Wy zaglądniecie na bloga by poznać(lub przypomnieć sobie) Kraków i jego mieszkańców, widzianych Jej oczami.




czwartek, 19 października 2017

JESIEŃ SIĘ ZACZĘŁA

                                             
  
Mimozami jesień się zaczyna,
złotawa, krucha i miła,
To ty, to ty jesteś ta dziewczyna,
która do mnie na ulicę wychodziła.

   Ujmując ściślej rozpoczęła się krótko po tym jak 16 września dopadł mnie jakiś wirus. Obezwładniający ból głowy, katar, kaszel i dreszcze, to główne objawy choroby. Rozpoczęłam leczenie metodami domowymi, bo to była sobota i nie miałam siły szukać lekarza w placówce ze świąteczną pomocą. Na 20 września byłam umówiona z neurologiem, więc chciałam doprowadzić się do jako takiego stanu, gdyż na tej wizycie zależało mi szczególnie. Niestety „Scorbolamid”, mleko z masłem, czosnkiem i miodem, nie dały oczekiwanego rezultatu.
   Spotkanie z neurologiem byłam zmuszona odwołać. Na pójście do lekarza pierwszego kontaktu też się nie zdobyłam, bo ból głowy utrzymuje się do dzisiaj, chociaż inne dolegliwości ustąpiły z końcem miesiąca. Osłabienie trwa, co w połączeniu z lenistwem daje szansę chandrze, która mnie ogarnęła. Nie czytałam systematycznie ulubionych blogów, nie miałam ochoty pisać u siebie.
   Co prawda nastąpiła poprawa sytuacji rodzinnej, bo od 1 października syn rozpoczął pracę, ale jest na okresie próbnym, więc dopóki nie dostanie umowy stałej, raczej nie ma szans, na to by mógł wziąć wolne, by mnie wozić po lekarzach. Spędzam dni na nic nie robieniu, a noce na bezsenności. Nawet robótki ręczne mnie nie ciągną i rozpoczęta jeszcze przed przeziębieniem serwetka leży odłogiem i „prosi” o dokończenie, a ja jestem głucha na nieme wezwania. Tuż przed okresem niemocy fizycznej i psychicznej skończyłam „pokrowiec” do wózka, by zamaskować coraz większe rozdarcie ceratowego siedziska. Zrobiłam go z resztek starych włóczek, bo żal mi było je wyrzucać. Nie wypróbowałam jeszcze tego w praktyce, bo jest on zrobiony na „wyjście”, a okazja na nie się jeszcze nie zdarzyła.
Spód

Przód

   Mój sąsiad z 4 piętra sprzedał mieszkanie, szkoda bo był to jeden z najsympatyczniejszych i najprzystojniejszy mieszkaniec naszej klatki schodowej. Nowy właściciel, co jest w pełni zrozumiałe od kilku tygodni remontuje mieszkanie. Najprawdopodobniej "pruje" ściany, by wymienić elektrykę, bo między 9 a 17 wiertarka pracuje, dając tylko kilkuminutowe wytchnienie od wibracji i hałasu. Nie jestem w stanie się skupić, by pisać lub robić coś innego, a sensownego. Nawet tv nie da się oglądać, bo niewiele słychać z tego co mówią. W związku z powyższym nastrój mam "pod zdechłym Azorkiem", chociaż od początku tygodnia pogoda w dzień słoneczna i bóle reumatyczne nadchodzą dopiero nocą.
   Post ten miał być wytłumaczeniem i usprawiedliwieniem dość długiej nieobecności na blogu. Mam nadzieję, że następna notka ukaże się niebawem , a i moje komentarze na Waszych blogach będą liczniejsze i ciekawsze w treści.
   Życzę Wszystkim udanego października.

                                 

piątek, 15 września 2017

NIE JEDZCIE STOKROTEK

Tytuł notki zaczerpnęłam z mojego ulubionego filmu, mówiącego o miłości, afirmacji życia, szczęśliwej rodzinie. (pomimo wielokrotnych prób nie udało mi się wkleić z you tuba właściwego klipu, bo nie chciał się na blogu otworzyć).  














    Takie same wartości odnajdziecie w niewielkiej, bo liczącej 110 stron książeczce "Zwariowałam". Jej autorką jest blogerka Jadwiga Śmigiera. Wydawnictwo Literackie "Białe pióro" wydało ją w 2015. Do moich rąk trafiła za pośrednictwem "Jotki", która miała przyjemność poznać autorkę w czasie Jej wizyty w Inowrocławiu.  Spotkanie zaowocowało książką z autografem. Wszystko o książce mówi sama autorka w dedykacji „nie dla sławy i nie dla pieniędzy...Nie po to by zaspokoić swoje ambicje i cokolwiek komukolwiek udowodnić...zdecydowałam się zebrać i wydać w formie niewielkiej książki swoje wspomnienia. O swoich korzeniach, dzieciństwie, młodości, podróżach, dzieciach, wnukach. I o teraźniejszości”.                                                                              
    Jest to przepiękna opowieść napisana stylem lekkim jak piórko, którą ledwie zaczyna się czytać, a już się kończy, bo lektura tak wciąga, że czas mija błyskawicznie.   Nie ma co opowiadać o miejscach bliskich sercu autorki:Gródku Jagiellońskim, o ogrodach babć: Broni i Marysi. O dziewczynce szukającej stokrotek.  To po prostu trzeba przeczytać, bo najpiękniejsze nawet słowa, nie oddają tych wzruszeń  i emocji, które wyzwalają się w czasie czytania. Wraz z autorką możecie odbyć kilka wspaniałych podróży do miast i miejsc niezwykłych. Nie będę zdradzać ich nazw,by nie odbierać przyjemności odkrywania    Ja pochłaniałam zawartą w tych opowieściach wiedzę z „otwartą gębą” i wybałuszonymi ślepiami.  Aż mi dech zapierało z zachwytu. Jak być wartościowym człowiekiem, wychować wspaniałe dzieci i doczekać wnuków?  Tego dowiecie się czytając dwie ostatnie części "Teraz" i "Szczerbaty i Pytalski...". Dodatkowym walorem tej publikacji są bardzo starannie dobrane ilustracje pochodzące z rodzinnych zbiorów.                                                                                  
   Moja matka uważała się za kobietę inteligentną i oczytaną. Starannie dobierała lekturę. Gdyby żyła i mogłaby przeczytać „Zwariowałam”, potem zrobiłaby dwie rzeczy: pojechałaby zobaczyć miejsca,  o których mowa w książce i poważnie podeszła do zamysłu napisania „Sagi”, którą zaczęła, ale nie dokończyła. Uwielbiała bowiem ludzi z pasją, spełniających marzenia, odważnych by żyć „na maksa”.  A ja marzę o tym, by poznać osobiście „Stokrotkę”, nie tylko autorkę tej przecudnej książki, ale także bloga http://stokrotkastories.blog.pl/. Zamierzam również sięgnąć po  "Nadal wariuję" czyli kontynuację tych wspomnień.                                                                                                                         





wtorek, 12 września 2017

HISTORIE PRAWDZIWE: Landrynkowy chłopiec




     To, co dzisiaj chcę opowiedzieć wydarzyło się między rokiem 1970 a 1974, czyli w czasie moich licealnych lat. Był słoneczny dzień, wracałam ze szkoły w niezbyt dobrym nastroju. Szłam ze spuszczoną głową, uważnie patrząc pod nogi, by nie wywinąć orła na nierównym chodniku. Nagle usłyszałam dziecięcy głosik wołający „kurwa, kurwa”. Zaskoczona przystanęłam i spojrzałam przed siebie, a potem na boki. Byłam sama. Głos umilkł, więc ruszyłam w kierunku domu. Zrobiłam zaledwie parę kroków, a wołanie się powtórzyło. Obróciłam się wokół własnej osi i zobaczyłam przed sobą małą, nagą postać w żółtych, majteczkach frote. Opalone na brąz ciałko, było chudziutkim może 5-letnim chłopcem. Patrzył na mnie spode łba.
-Na mnie wołasz? zapytałam
-Odpowiedział kiwnięciem głowy
-Czy wiesz, co to słowo znaczy?
-Pokręcił przecząco głową
-To jest bardzo brzydkie słowo i nie można na nikogo tak mówić, odparłam. Dlaczego  mnie przezywasz? spytałam, ale nie odpowiedział. Czy robisz tak, bo ja tak dziwnie chodzę?
-Przytaknął
   Wtedy odezwał się we mnie moralizator. Powiedziałam, że gdy byłam mniejsza od niego, to zachorowałam i kiedy wyzdrowiałam, to już nie umiałam chodzić inaczej. Dodałam także, że kiedy się kogoś brzydko nazywa, to temu komuś jest przykro i smutno. Nie powinieneś przezywać innych, dodałam. Odwróciłam się w kierunku swojego wieżowca i poszłam dalej.
   Szybko zapomniałam o tym incydencie, bo nie pierwszy raz spotkałam się z taką reakcją na kalectwo, choć nigdy wcześniej nie było to wyzwisko. Bardzo często dzieci pytały:  „mamo, a dlaczego ona tak dziwnie chodzi”? Zazwyczaj wtedy matki ciągnęły dziecko za rękę z taką siła, iż dziw, że nie wyrywały kończyny z barku. Czasami kobiety bąkały „przepraszam” ale zanim się oddaliły,  ja próbowałam podjąć rozmowę, dając dziecku odpowiedź na jego pytanie. W takich przypadkach, dziecko uśmiechało się, zadowolone że nie zostało zignorowane. Częstsze jednak były rejterady, jakby zaspokojenie ciekawości malucha było przestępstwem.
   Od spotkania z chłopcem minęło kilka dni. Znów wracałam ze szkoły i jak to wtedy często bywało głowę miałam zaprzątniętą własnymi, niewesołymi myślami. Nagle wyrosła przede mną postać, musiałam raptownie się zatrzymać. Cud, że nie wyrżnęłam jak długa, przygniatając sobą małego znajomego. Stał przede mną o kilka kroków, w takiej odległości, abym nie mogła go uderzyć, gdybym miała taki zamiar. Wyciągnął do mnie rączkę i otworzył zaciśniętą dłoń. Była brudna, a na niej leżał jeden cukierek bez papierka. Zaniemówiłam. Nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać, bo zrozumiałam, że są to przeprosiny za pierwsze spotkanie.

  • To dla mnie, zapytałam? Tak jak wówczas nic nie powiedział tylko pokiwał głową. Gdyby nie fakt, że wtedy krzyczał za mną przekleństwo, to pomyślałabym, że mam do czynienia z niemową.
  • To miłe, że chcesz mi oddać swojego cukierka, ale ja nie lubię słodyczy, powiedziałam starając się, by mówić poważnie chociaż w środku wszystko się skręcało ze śmiechu. Zrobisz mi przyjemność, jeżeli zjesz go za moje zdrowie, odparłam. Jego twarzyczka rozjaśniła się uśmiechem, a ja zobaczyłam szczerbate uzębienie. Wsadził cukierka do ust błyskawicznie, jakby się bał zmiany zdania i pobiegł w kierunku podwórka.   
    Zdarzenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że zawsze warto rozmawiać, bez względu na to, czy ma się za interlokutora dorosłego czy dziecko. Nigdy więcej się nie spotkaliśmy, a ja byłam z siebie dumna, bo uznałam, że odniosłam pierwszy sukces wychowawczy.

poniedziałek, 4 września 2017

PRZYJACIÓŁKI I PRZYJACIELE cz.2

Podobno przygotowywano ten teren pod targowisko. Na drugim planie wieżowce,
w jednym z nich mieszkałam 11 lat.
    Klasę II szkoły podstawowej spędziłam w placówce na Pl. PKWN, oczekując kiedy oddają do użytku bliźniacze szkoły w moim nowym miejscu zamieszkania. Dziesięciopiętrowy budynek przy ul. Grabiszyńskiej stał się naszym kolejnym domem. Pomimo, że rodzina składała się tylko z rodziców i dwóch córek, dostaliśmy 3 pokoje, z kiszkowatą kuchnią, łazienką i całkiem dużym prawie kwadratowym przedpokojem. W budynku była winda i to doskonale funkcjonująca, ale ponieważ lokal znajdował się na pierwszym piętrze, to korzystaliśmy z niej tylko wtedy, gdy odwiedzaliśmy rodzinę J., mieszkającą na V piętrze . Zwiększona kubatura mieszkania wynikała z tego, że przysługiwał dodatkowy metraż z racji dziecka niepełnosprawnego. Przy ulicy stało 5 jednakowych wieżowców, między którymi pobudowane były 4 piętrowe domy, składające się z 4 klatek. Miedzy tymi budynkami znajdowały się podwórka, z trzepakiem, ławkami, piaskownicą i huśtawką. Mieszkańcy od tylnej strony budynku zakładali przydomowe ogródki, zwiększając powierzchnię zieloną, tego betonowego osiedla. Najbardziej znanym miejscem w tym rejonie był Zakład Produkcyjny PFWAG.
   Uwielbiałam to swoje miejsce zamieszkania. Po przeciwnej stronie ul. Grabiszyńskiej biegła uliczka osiedlowa, zabudowana garażami, a kończyła się przy stadionie „Śląsk”, na którym byłam parę razy w czasach uprawiania przez moją starszą o 3 lata siostrę lekkoatletyki . Próbowała swoich sił w skoku w dal, skoku wzwyż i biegach przez płotki, w których prym wiodła Grażyna Rabsztyn.

Najlepsza płotkarka PRL-u 


    Moja nowa Szkoła Podstawowa nr 105 znajdowała się niedaleko, ale dla mnie był to jednak spory wysiłek. Nie pamiętam czy przez pierwsze dwa lata odprowadzano mnie do szkoły, i który członek rodziny to robił. Natomiast powroty odbywały się już w towarzystwie Elżbiety B, mieszkającej w budynku prostopadle ustawionego do bramy stadionu i żeby było śmiesznie przypisanego do Pl. Srebrnego. Za tym blokiem oznaczonym nr 1 znajdował się faktycznie spory piaszczysty teren, ograniczony nasypem kolejowym. Między murem stadionu, a torami biegła wąska dróżka, którą mój ojciec codziennie, podążał do pracy( ja tylko czasami). Nie lubiłam tej drogi na skróty, ale szczerze powiedziawszy nie pamiętam dłuższej, przyjaźniejszej by dotrzeć  do ojca kiedy zachodziła konieczność.
   Nasza klasa liczyła 33 uczniów(jeżeli wierzyć zdjęciu z zakończenia VIII klasy), a wychowawczynią była Helena Ciesielska. W blokach znajdujących się w tym samym prostokącie zabudowy mieszkały jeszcze 4 inne osoby z mojej ówczesnej klasy pionu „c”. W pierwszym 4-piętrowcu mieszkała BB, niziutka brunetka, o dużych piwnych oczach, przez wszystkie lata nauki przyjaźniąca się z Ewą H. Ta była filigranową , blondynką o długich do ramion, falujących włosach i oczach jak bezchmurne niebo. Na parterze bloku stojącego tuż za budynkiem BB mieszkał Mirek O, mój drugi najważniejszy rówieśnik, którego obdarzyłam mianem przyjaciela. W wieżowcu identycznym jak mój na V pietrze mieszkała Ela O, której mama była w szkole kucharką, ale niestety zmarła na serce, gdy byłyśmy chyba w piątej klasie. W bloku Eli B miała mieszkanie rodzina Marka C, najwyższego i najchudszego chłopaka w klasie, którym interesowałabym się w kontekście damsko-męskim, gdybym nie wzdychała do Zbyszka K. 
    Ela B była moją najserdeczniejszą koleżanką, a wręcz przyjaciółką, bo choć matka nie lubiła bym chodziła „po ludziach", to znajomość z tą dziewczynką przyjmowała życzliwie. Zawsze miałam duży temperament, byłam ruchliwa i gadatliwa. Spokojna, zrównoważona i zawsze ustępująca mi Ela, 
Oto ja z okresu podstawówki, chociaż nie
umiem konkretnie powiedzieć ile miałam wtedy lat.



 była jakby moim dopełnieniem. Nie pamiętam żebyśmy się kłóciły, gniewały czy czegoś sobie zazdrościły. Jedynym felerem naszej przyjaźni był zakaz by Ela przychodziła do mnie czy kogokolwiek do domu. Natomiast jej rodzice nigdy nie mieli za złe, gdy ja spędzałam tam późne popołudnia aż do wieczora. Rodzina B mieszkała w dwupokojowym mieszkaniu, jeden pokój zajmowali rodzice, drugi Ela wraz z młodszą siostrą Joasią. Uwielbiałam panią domu, wysoką szczupłą blondynkę, po której starsza córka odziedziczyła kręcone jasne włosy. Ujarzmiała je zaplatając warkocze sięgające do pasa. Panią Ulę spotkałam przypadkiem w uzdrowisku, gdzie przebywałam wraz z synem w sanatorium. Jak mnie rozpoznała, nie wiem do dzisiaj, po prostu zawołała mnie po imieniu, gdy prowadziłam dziecko na basen. Okazało się, że przyjechała do młodszej córki, która wraz ze swoją pociechą Roksaną też była na leczeniu. Nasze spotkanie zaowocowało nawiązaniem krótkotrwałego kontaktu korespondencyjnego z Elą. Wtedy była ona już matką samotnie wychowującą dwóch pięknych synów, którzy chodzili do tej samej co my szkoły. Moja przyjaciółka po podstawówce ukończyła Technikum Chemiczne i pracowała w zawodzie. Zawsze była bardzo życzliwa ludziom i uczynna wobec nich. Nie zdziwiłam się, gdy przy pomocy Google dowiedziałam się dwa dni temu, że w roku 2014 kandydowała na radną. Czy nią została tego niestety nie wiem.
   Zapowiadając serię wspomnień o swoich przyjaciołach, napisałam, że każdy z nich zostawił ślad w moim życiu. Ela była dziewczyną o dużym poczuciu humoru, zawsze tak jak jej matka uśmiechniętą. Dzięki temu, że miała spokojny, ugodowy charakter i pozwoliła mi dominować, nie czułam się gorsza ani zakompleksiona. Zresztą wszyscy inni ludzie z mojej podstawówki nie dawali mi odczuć, że jestem inna, bo niepełnosprawna. Była w tym wielka zasługa nauczycieli, wspaniałych, wyrozumiałych. Uczniowie byli dla nich podopiecznymi, których należy wykształcić, wychować i wypuścić w świat, na tyle silnymi, by dali sobie radę.
   Z perspektywy czasu, jestem pewna że to było najpiękniejszych 5 lat jeszcze niedorosłego życia.

Ja to ta z prawej, obok koleżanka uważana za jedną
 z najwyższych dziewcząt, przeze mnie zwana modelką
gdyż zawsze była elegancka. Niestety nie pamiętam jej imienia.
    W następnym odcinku opowiem o pierwszym z Mirków, którzy stanęli na mojej drodze. Pomimo pochmurnego dnia, życzę aby był on mile spędzony.
                                           

* zdjęcia nie osobiste zaczerpnęłam z Google

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

JAK ZOSTAĆ WŁASNYM TERAPEUTĄ?

   Po przeczytaniu postu Iwony Kmity o opuszczaniu gniazda przez dzieci, oraz tego, co napisała w nim Magda, autorka bloga http://www.motywacjaiorganizacja.pl/ , przypomniała mi się pewna historia z młodości, którą chciałabym się  podzielić.
     Jest rok 1974, studiuję na Uniwersytecie Warszawskim. Nie uczęszczam na zajęcia z WF-u, bo jak inne osoby niepełnosprawne otrzymuję skierowanie do Poradni na ul. Waryńskiego. Tam wieczorami(o ile dobrze pamiętam dwa razy w tygodniu) odbywały się zajęcia relaksacyjne, zbiorowe i indywidualne. Były prowadzone przez panią psycholog, młodą brunetkę o imieniu Katarzyna.
   Zajęcia zbiorowe polegały na tym, że kładliśmy się na materacach, znanych z każdej sali gimnastycznej, a instruktorka siadała pośrodku koła z nich utworzonego. Naszym zadaniem było rozluźnienie się dzięki czemuś, co mnie kojarzyło się z „mini hipnozą”.
Do chwili pisania postu nie wiedziałam, że ten relaks tak właśnie się nazywa.
    Pani dźwięcznym, spokojnym głosem mówiła:” Zamknij oczy,wyobraź sobie, że leżysz w ciepłej kąpieli. Twoja prawa noga staje się ciężka, twoja lewa ręka staje się ciężka”. Kiedy dochodziło do tego, że całe ciało miało być już tak ciężkie, że tylko patrzeć jak idziemy pod wodę, to następował koniec : „zapadasz w sen”. Nie przeczę, że bywali tacy, którym ta sztuka się udawała, bo słychać było głębokie oddechy, a nawet chrapanie. Przez kilka takich spotkań leżałam cierpliwie, czekając końca, bo szanowałam Kasię i wiedziałam, że na tym polega jej praca. Jednak któregoś razu, pewnie po szczególnie ciężkim dniu na uczelni, nie wytrzymałam i siadając, wypaliłam „długo jeszcze tych bzdur?”. Terapeutka przybrała postać Bazyliszka, aż dziwne że jej wzrok mnie nie zabił. Zostałam poproszona na rozmowę, z której jasno wynikało, że rozwalam zajęcia.
   Wtedy przyznałam się, że mnie jest trudno się wyłączyć, bo mój mózg odbiera zupełnie inne bodźce i myśli są daleko od sali, materaca i jej gadki. Byłam pewna, że nie uzyskam na koniec semestru zaliczenia. Przy kolejnej wizycie w Przychodni, zostałam zwolniona z zajęć, bo jak stwierdzono, „nikt do niczego nie będzie mnie zmuszał”, a w indeksie uzyskałam podpis pod warunkiem, że sama zadbam o swój relaks.
    Od tego momentu mogłam robić to, co zaprzątało moją głowę w czasie opisanych zajęć. Po dniu spędzonym na wykładach, ćwiczeniach lub w bibliotece jechałam do domu, by jak najszybciej zdjąć buty ortopedyczne. Trzewiki sięgały do kolana, były sznurowane i miały usztywniać nogi nie tylko za pomocą wkładki ortopedycznej. Noszenie skórzanych butów przez 12 godzin skutkowało ich zapoceniem, odparzeniem, a w moim przypadku również odciskami i  odgniataniem paznokci u paluchów.
 Wtedy nie było maszynek do depilacji o wdzięcznej nazwie „Venus”. Zastępowała ją zwykła żyletka i nożyczki do wycinania skórek, którymi podcinałam paznokcie trzymające się palca tylko z jednego boku. Uwolnione z buciorów nogi miałam ochotę ułożyć tak wysoko jakbym wieszała je na żyrandolu.  Zazwyczaj taki odpoczynek trwał około godziny.  Gdy już mogłam stanąć bosą stopą na posadzce, wlokłam się do kuchni, by zjeść gorący posiłek ugotowany przez matkę. W ciągu 4 lat studiów tylko kilka razy moja przyjaciółka zabrała mnie na obiad do studenckiej stołówki, gdy współlokatorka nie mogła wykorzystać numerka, a nie chciała żeby obiad przepadł.
    Czasami szłyśmy razem do baru mlecznego, sama nigdy się na to nie odważyłam, bo nie umiałabym przenieść talerza od kontuaru do stolika, a wstydziłam się prosić o pomoc. Przeważały jednak takie dni, gdzie zjadałam wzięte z domu kanapki i popijałam oranżadą. Napojem odświętnym była szklanka herbaty z cytryną wypita w restauracji Domu Turysty „Harenda”. W kolejnych latach pracowałam nad organizacją czasu i udawało mi się wpadać do domu, w czasie obiadu by zjeść gorący, a nie odgrzewany.
   Po pierwszym roku studiów nie było już Kasi i jej zajęć, zastąpione zostały 3-tygodniowymi turnusami rehabilitacyjnymi w Jastrzębiej Górze.Wspominam je jak najlepiej, bo poznałam na nich wielu studentów z innych miast.
   Od tamtej pory moje usposobienie przeszło głęboką przemianę. Teraz najlepiej mną manipuluje mój syn, twierdzący że matce można wcisnąć każdą ciemnotę. Chyba jest to prawda, bo robili tak pseudo fachowcy i różnego rodzaju domokrążcy zachwalający towar czy usługę, w celu wyłudzenia zawyżonej ceny lub zaliczki na poczet zamówienia. Dawałam nabierać się wielokrotnie i powiedzenie „głupich nie sieją, sami się rodzą”, sprawdza się w moim przypadku wyśmienicie.
  
    Kilka lat przed urodzeniem syna dostałam od sąsiadki broszurkę, w której opisano losy pewnej kobiety. Nie chodziła, nie mówiła, ledwie ruszała jedną ręką. Opracowała system znaków, którymi posługiwała się w komunikacji z ludźmi. Dzięki temu przy współpracy z asystentką,  napisała książkę o swojej walce z niepełnosprawnością. Pokonała ją za pomocą relaksu autogennego. Nauczyła się obsługiwać maszynę do pisania. Zjeździła cały kraj z prelekcjami. Nie ukrywam, że opowieść zrobiła na mnie wrażenie.
    Z perspektywy 40 lat nie pamiętam jego założeń, ale wtedy, gdy lektura była świeża stosowałam „metodę autosugestii” w chwilach wielkiego stresu i napięcia. I o dziwo ale czułam się zawsze lepiej. Przychodziła mi wówczas na myśl psycholog Kasia, tak jak dziś.



   Nie uważam, że wszystko zależy od nas i nie ma ograniczeń. One są i zawsze będą, bo nie żyjemy na bezludnej wyspie. Prawdą jest jednak to, że jeżeli w coś bardzo wierzymy, to łatwiej jest nam pokonywać przeciwności. Idziemy do przodu z nadzieją realizacji planów, marzeń. Lepiej podchodzimy do swoich obowiązków.

*wszystkie ilustracje zostały zaczerpnięte z Google


                              

czwartek, 24 sierpnia 2017

MAŁPA W KĄPIELI

Z oczu,uszu, fryzury i uzębienia
podobieństwo uderzające!

Rada małpa, że się śmieli,
Kiedy mogła udać człeka,
Widząc panią raz w kąpieli,
Wlazła po stół – cicho czeka.
Pani wyszła, drzwi zamknęła
Małpa figlarz – nuż do dzieła!
Wziąwszy pański czepek ranny,
Prześcieradło
i zwierciadło –
Szust do wanny!
Dalej kurki kręcić żwawo!
W lewo, w prawo,

Z dołu, z góry
Aż się ukrop puścił z rury.
Ciepło – miło – niebo – raj!


    W roku 2004, parę miesięcy po śmierci mamy, podjęłam decyzję o remoncie swojego mieszkania. Pierwszy raz w życiu porywałam się na coś takiego, bo wcześniej wszystkim zajmowała się Rodzicielka. Nie miałam rozeznania ani w kosztach materiałów, ani w kwestii fachowców. Pieniądze jakie otrzymałam w spadku, remont w przeważającej części pochłonął. Nikt ze znajomych, nie chciał wierzyć, że odnowienie mieszkania(bez pokoju syna) kosztowało aż tyle. A ja plułam sobie w brodę, bo fachowcy, choć pochodzący z tzw. polecenia, okazali się partaczami, którzy za usługi brali kolosalne pieniądze, a ich praca nie była tego warta. Wyjątek stanowił glazurnik, starszy człowiek, który zawsze był punktualny i większość pracy wykonał dobrze, a jeszcze lepiej zakamuflował niedoróbki, które ja dostrzegłam już po rozliczeniu.
   W remoncie najważniejsza była dla mnie łazienka, ponieważ chodziło o likwidację wanny i zamontowanie brodzika z kabiną. Wspomniany glazurnik namówił mnie na wyższy , niż ten który parę tygodni wcześniej montował u sąsiadów mieszkających nade mną. W tamtym czasie chodziłam już z podpórką, ale nogi podnosiłam na tyle sprawnie, że zakupiona armatura, nie stwarzała problemów. Pozwoliłam sobie także na panel prysznicowy z hydromasażem i to był lek na całe rozgoryczenie remontem. Co wieczór biczowałam ciało, czułam się zrelaksowana i nie miałam kłopotów ze snem. Moja radość trwała parę lat, dopóki kamień nie osiadł na rurkach i nie pozapychał dyszy. Woda zamiast nimi zaczęła ściekać po panelu i musiałam zrezygnować z hydromasażu. Pozostał tylko prysznic.
   Przez następnych kilka lat zaczęłam odczuwać coraz większe trudności z wchodzeniem do brodzika. Wykonywałam prawie akrobacje cyrkowe, by zdrową nogę oprzeć o podest na którym stoi pralka, podciągając się jednocześnie na rękach, słabszą nogę stawiałam w kabinie i siadałam na przyściennym taborecie. Kiedy zorientowałam się, że osłabłe ręce już nie utrzymują ciężaru ciała, zaczęłam domagać się od syna małego podestu, po którym mogłabym się „wdrapywać" do brodzika. On jednak bojąc się, że takie coś ucieknie mi spod nóg, a ja rozwalę sobie głowę, nie chciał tego zrobić. Zaczęłam poszukiwania gotowych schodków, ale w internecie były albo za wysokie albo plastikowe przeznaczone dla dzieci.         Pewnego dnia trafiłam do sklepu ze sprzętem rehabilitacyjnym, w którym zobaczyłam coś takiego, o co mi chodziło. Dwustopniowy podest służył pracownikom do ściągania towaru z wyższych półek. Niestety na sprzedaż nie posiadali niczego zbliżonego. Najstarszy z personelu mężczyzna powiedział, że za 100 zł może coś takiego mi zrobić. Przedobrzył sprawę i przedmiot wyszedł za długi, za wysoki. Na szczęście facet okazał się rzetelny i już bez dopłaty zrobił całkiem zgrabny, nowy stołeczek. Przez kilka lat, spełniał swoje zadanie.
   
    Kiedy okazało się, że mam tak duży problem z podnoszeniem nóg, iż nie mogę oderwać stopy od posadzki,  nawet przy pomocy syna, trzeba było pomyśleć o zmianie brodzika.   Zrobienie wpuszczanego w podłogę nie wchodziło w rachubę, gdyż wymagałoby to cięcia stropu(tak powiedział fachowiec). Wymiana na niższy groziła uszkodzeniem terakoty, której posiadane zapasy mogły nie wystarczyć na uzupełnienie ubytków.
Przez kilka miesięcy walczyłam z synem, by zlikwidował kabinę, zastępując ją kotarą prysznicową.
    Byłam przekonana, że siadając na stołku tuż przy brzegu , będę przekładała nogi i trzymając się uchwytu podciągała do pozycji stojącej,żeby wejść do środka brodzika. Niestety chociaż syn zrobił znacznie więcej, bo wyciął połowę wysokości, a ja przemeblowałam łazienkę, by wstawić taboret, to jednak i tak mam problem z samodzielnym wchodzeniem.
 Pomyślałam o zamontowaniu poręczy przypodłogowych, ale wcale nie jestem pewna czy ułatwiłyby wchodzenie, bo problemem są nogi, którymi nie mogę się zaprzeć o dno, by podnieść się z taboretu czy wózka.


   Kilka dni temu, kiedy przyszedł mi do głowy pomysł napisania postu o moich perturbacjach kąpielowych znalazłam na Google grafika wannę z drzwiczkami. Teraz będę myślała nad zamianą brodzika na taką wannę, chociaż szczerze mówiąc moja słaba wyobraźnia przestrzenna, nie umie pojąć jak woda nie będzie przeciekała w miejscach łączenia się drzwiczek z brzegami i dnem wanny.
     Jeżeli macie pomysły(podpatrzone u rodziny, znajomych) jak mogłabym usprawnić samodzielną kąpiel, to bardzo proszę o podpowiedź. Gdy syn mi asystuje przy wchodzeniu i wychodzeniu, to zazwyczaj dochodzi do przykrej wymiany zdań i awantury. On nie może się pogodzić z tym, że stałam się taka niedołężna, a ja zarzucam mu brak empatii.
   Dawniej mawiano "częste mycie, skraca życie". Ja swojego nie chciałabym skrócić przez  niefortunny upadek.
   Pogoda w Warszawie słoneczna, życzę więc dobrego nastroju i udanego weekendu.