niedziela, 8 marca 2020

"LUSTERECZKO POWIEDZ PRZECIE..."


     Zaklęcie wypowiadane przez macochę w znanej bajce „Królewna Śnieżka” stało się pretekstem do napisania tego postu.W pierwotnej wersji miała się w nim znaleźć historia i rozwój luster na przestrzeni wieków. Podawałam też wieloznaczność słów lustro i zwierciadło. Tekst był długi i nudny.
     W ten szczególnie miły dla kobiet dzień, opowiem Wam o moich lustrach. Może nie będzie ciekawiej, ale bardzo osobiście.
    Nigdy nie należałam do osób przesadnie dbających o swój wygląd, ale każdy chce sprawdzić czy fryzura jest należyta, a części stroju pasują do siebie i czy czegoś nie brakuje w naszym wyglądzie. Jako dziewczynka zadowalałam się małym prostokątnym lusterkiem, które miało podobiznę ulubionego aktora na odwrocie. Jako nastolatka kupiłam sobie pierwszą puderniczkę, była okrągła, zapinana na suwak. Nigdy nie używałam pudru, więc jej dolna część nie była używana. Chodziło o ochronę lusterka, co miała gwarantować obudowa wykonana z pikowanej grubej materii. Dziś nie pamiętam, co się z ową puderniczką stało. Mogę jedynie się domyślać, że w jakimś momencie upadłam i lusterko stłukło się. 
   Zastąpiłam je puderniczką w metalowej, złotego koloru obudowie, w której zamiast zamka był zatrzask. Nie przepadam za lustrami jako elementami wystroju wnętrz, chociaż optycznie powiększają pomieszczenie i wraz z ciekawą ramą zdobią je. Dlatego dziś mam jedno średniej wielkości lustro w łazience, zawieszone nad umywalką. Drugie ręczne, w plastikowej ramce z rączką używam do sprawdzania wyglądu. Jest ono dwustronne, jedno pokazuje rzeczywisty obraz, drugie mające pomóc w robieniu makijażu, powiększa. Myślałam także o dużym lustrze, obejmującym całą postać, które miało zawisnąć w przedpokoju. Spoczywa w pudełku na półce meblościanki,bo odechciało mi się zawieszać je, gdy w czasie wizyty u sąsiadki, zobaczyłam siebie w jej tremo.
.TREMO -«wysokie lustro, często sięgające od sufitu do podłogi lub połączone ze stolikiem konsolowym».
   Nie mam mieszkania na tyle dużego, by stanęła w nim toaletka czyli mebel z lustrem i miejscem na przybory do makijażu oraz robienia fryzur, choć oglądając ją na filmach, zawsze pragnęłam takową posiadać. Ostatecznie zadowoliłabym się psyche, a jest to duże zwierciadła stojące , umocowane na zawiasach, popularne w okresie empire,ale na nie też się nie zdecydowałam.
    Moja matka była wielbicielką luster kryształowych uważanych za najcenniejsze wśród luster, było wykonane ze szkła ołowiowego. Charakteryzowało się większą przejrzystością, łatwiej poddawało się obróbce. Ten rodzaj czystszych zwierciadeł z ozdobnym szlifem na brzegach(lustro kryształowe fazowane) uznawano za najwyższą jakość luster. Jednak dawne szkło ołowiowe wykonywane techniką rozciągania i walcowania rozgrzanej masy szklanej, charakteryzowało się mniejszą twardością, a wytworzone lustra często miały lekko pofałdowaną powierzchnię i zakrzywiały odbicie. Niemożliwość zabezpieczenia naniesionego od spodu srebra przed korozyjnym działaniem wilgoci i tlenu,powodowała pojawianie się z czasem na lustrze ciemnych plam. 
   Na takie zwierciadło pozwoliła sobie tylko jeden raz. Gdy pojawiły się owe plamy, musiała z niego zrezygnować, gdyż bardziej szpeciło niż zdobiło. Lustro obejmujące całą sylwetkę było wmontowane po wewnętrznej stronie drzwi szafy.
   W wesołym miasteczku byłam kilka razy, ale tylko raz zdobyłam się na odwiedzenie gabinetu luster,bo nie bawił mnie obraz, który się w nich odbijał. Najwidoczniej nie mam wystarczającego dystansu do siebie.
     Znacie powiedzenie(a może przesąd), o siedmiu latach nieszczęścia,w przypadku zbicia lustra. Przeżyłam 9 takich "siódemek" i nie umiem powiedzieć ile z nich było nieszczęśliwych. Nie pytałam też zwierciadła czy jestem najpiękniejsza, bo prawdziwe piękno czyli wartość człowieka mieści się w jego wnętrzu, a tego żadne lustro nie pokaże. W życiu staram się postępować tak, by patrząc w nie, zawsze widzieć twarz uczciwego, porządnego człowieka.

Oto dowody na to, że zwierciadło intryguje nie tylko nas, i że nie koniecznie oglądamy w nim to, co powinniśmy. 







Wszystkie zdjęcia zaczerpnięte z internetu



                                               KOBIETOM Z OKAZJI DNIA KOBIET(8 marca)
                                           I MĘŻCZYZNOM Z OKAZJI DNIA MĘŻCZYZN(10 marca),
składam życzenia spełnienia marzeń, aby wasze odbicia w lustrze były zawsze zgodne z oczekiwaniami.

wtorek, 3 marca 2020

"PRZEZ TWE OCZY ZIELONE"


   Na ekrany kin wszedł film „Zenek”, którego bohaterem jest Zenek Martyniuk, solista zespołu „Akcent”. Nazywany królem disco-polo, został wyniesiony na piedestał.
    Kiedy oglądałam w tv reklamy zapowiadające ten film, przełączałam na inny kanał. Złość mnie brała, że mając do wyboru wiele wyśmienitych postaci ze świata kultury, wybrano na bohatera filmu właśnie Zenona Martyniuka. Nie planowałam oglądać "Zenka", bo ten rodzaj muzyki, to nie moje ulubione klimaty. Kiedy słyszy się piosenki disco-polo nogi same zaczynają się ruszać, ciało wygina się w takt, a usta mimowolnie powtarzają słowa utworu. Tak przynajmniej na mnie działa ta muzyka, chociaż uważam ją za umpa umpa w sferze melodycznej i nieskomplikowaną w obszarze tekstu.

Odkąd zobaczyłem ciebie
Nie mogę jeść, nie mogę spać
Jak do tego doszło ? Nie wiem
Miłość o sobie dała znać.

Co poradzić mogę na to
Ze miłość przyszła właśnie dziś
Że w sercu mym jest lato
A w moich myślach jesteś Ty

Przez twe oczy, twe oczy zielone oszalałem
Gwiazdy chyba twym oczom oddały,cały blask
A ja serce miłości spragnione Ci oddałem
Tak zakochać, tak zakochać się można tylko raz(tylko raz, tylko raz).
   
   Jest to historia miłości, opowiedziana prostymi słowami, które nawet w trakcie czytania posiadają swoją rytmikę, dzięki czemu łatwo zapadają w pamięć. Pragnienie miłości jest w każdym z nas, dlatego też teksty o niej mówiące padają na podatny grunt. W połączeniu ze skoczną, żywą muzyką tworzą utwór podobający się tak wielu ludziom.
   Dziś rano weszłam na You Tuba i natknęłam się na wideo recenzję Tomasza Raczka, która sprawiła, że powstał ten post. Wysłuchałam oceny tego wyśmienitego krytyka z uwagą. Nie stałam się wielbicielką disco-polo czy wykonawców pokroju Zenona Martyniuka. Polecam jednak gorąco wypowiedź Tomasza Raczka na temat filmu „Zenek” https://www.youtube.com/watch?v=Ntb2wn8M-S8 .
    Nie pójdę do kina by ów obraz filmowy obejrzeć, choć nie zarzekam się, że nie stanie się tak, gdy będzie on nadany przez telewizję. Zrobię to, nie dla głównego bohatera czy śpiewanych przez niego piosenek. W filmie podobno ich nie ma, są natomiast zagraniczne przeboje, między innymi „The NeverEnding Story” https://www.youtube.com/watch?v=EpjItY1FzDY wykonywany przez Zenona Martyniuka wraz z Limalem. Recenzenta szczególnie zachwyciła wspaniała gra aktorska Klary Bielawki i niemieckiej aktorki tureckiego pochodzenia Zübeyde Bulut . Zdaniem Tomasza Raczka te dwie kobiety sprawiły, że ten film ma to „coś”, co czyni go wartym obejrzenia.

   Tomasza Raczka jako recenzenta filmowego polubiłam gdy występował z Zygmuntem Kałużyńskim w programie „Perły z lamusa”. Dziś wysłuchując Jego recenzji na temat filmu „Zenek” przekonałam się, że moja sympatia nie była bezpodstawna. Jestem ciekawa, czy ktoś odwiedzający mój blog obejrzał film i co o nim sądzi? Czy recenzja Tomasza Raczka spodobała się  Wam tak jak mnie?

poniedziałek, 24 lutego 2020

KASZTANY Nataszy Zylskiej







 Była jedną z najpopularniejszych piosenkarek polskich lat 50-tych XX wieku. Natasza Zylska(właściwie Natasza Zygelman(1933-1995), piosenkarka pochodzenia żydowskiego, wojnę przeżyła w ukryciu. Zadebiutowała w roku 1954 w zespole estradowym, działającym przy Wojewódzkim Domu Kultury w Katowicach. Śpiewała m.in. z Januszem Gniatkowskim. Występowała z orkiestrami tanecznymi Janusza Haralda, Jana Celmera, Waldemara Kazaneckiego i Zygmunta Wicharego. W 1963 wyemigrowała do Izraela, gdzie występowała jako piosenkarka. Po wycofaniu się z zawodu w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, poświęciła się plastyce. Została pochowana pod nazwiskiem Natalia Weisberg, najprawdopodobniej na Cmentarzu Kirjat Shaul w Tel Awiwie.
    Wikipedia podaje ponad 40 utworów, których była wykonawczynią. Jej piosenki wykorzystano w filmach: "Nad rzeką której nie ma"-1991("Kukurydza"), "Cwał"-1995("Chociaż raz powiedz nie"), "Zabij ich wszystkich"-1999("Piotruś"),"Mój Nikifor"-2004 ("Pikulina", "Klipsy", "Za szybą mgły"), "Statyści"-2006 ("Kasztany") i  "Ostatnia akcja"-2009("Pożyteczna chmurka").
    Piosenki Nataszy Zylskiej znane bardzo dobrze były pokoleniu moich rodziców. Jednak i ja nuciłam "Czekoladę", "Baja Bongo", "Mexicanę". Młodszym pokoleniom piosenki te są mało, a może nawet wcale nieznane. Dlatego pomyślałam, że warto przypomnieć piękną wykonawczynię przebojów, które rozgrzewały serca.

sobota, 15 lutego 2020

CO LUBIĄ DZIKI?




   Nie jestem zwolenniczką bezkrytycznego przejmowania obcych zwyczajów. Dlatego kiedy pojawiła się w Polsce moda na obchodzenie Halloween, krzywiłam się, zrzędziłam. Nie wykluczone, że ma to związek z moi strachem przed śmiercią. 
Zupełnie inaczej traktuję Walentynki, które przecież także do nas przywędrowały. Podoba mi się idea święta choć otoczka już mniej. We wcześniejszych latach, moi młodzi nie pamiętali o mnie, skupieni byli na sobie, co uważałam za normalne. Wczoraj zostałam mile zaskoczona przez swoje dzieci.  Znając moją miłość do słodyczy, zafundowali mi ciastka. Jedno z nich, różowa pianka, wykrojona była w kształcie serca, przyozdobiona białym lukrem i plasterkiem awokado. Towarzyszył jej dobry sernik oraz dwie trufle, oblane czekoladą i posypane orzeszkami. Te ciemne kule są jedynymi ciastkami, których nie potrafię zjeść za jednym razem. Zainspirowały mnie jednak do napisaniu o trufli.
TRUFLA to "grzyb z rodzaju workowców występujący głównie w płd. Francji(Perigord) i we Włoszech. Podziemne owocniki tego grzyba występują pod dębami. Do wykrywania miejsc,gdzie znajdują się trufle , używa się macior, które wyczulonym węchem odnajdują ukryte w ziemi grzyby. Oprócz trufli czarnozarodnikowej występują inne gatunki(biała,o zapachu czosnku i letnia występująca w płd i środkowej Europie). W Polsce należy do rzadkości, obecnie podejmuje się próby hodowli trufli. Trufla czarna-najdroższy grzyb-jest stosowana w bardzo wykwintnej kuchni(drób, dziczyzna). Do przysmaków kuchni francuskiej należy szyjka gęsia nadziewana mięsnym farszem przyprawionym truflami.”(Maciej E.Halbański „Leksykon sztuki kulinarnej”, Warszawa 1983 Wydawnictwo„Watra”).
    Szukałam w internecie przepisu na szyjkę gęsią nadziewaną. Owszem są ale nie te nawiązujące do francuskiej wersji. Sprawdzałam nawet u Francuzów, którzy mieszkają w Polsce i zasłynęli w mediach ze swych kulinarnych umiejętności: M. Morana, P.Brodnickiego i D. Gaboriaud. Niestety u żadnego z nich takiego przepisu nie znalazłam. Ponieważ nie mogę podać tego najciekawszego mięsnego przepisu, to ograniczę się do słodkiej wersji. Oto jeden z przepisów znalezionych w sieci na ciastka-trufle.

TRUFLE KAWOWE O SMAKU ESPRESSO  (przepis zaczerpnięto z tipy.interia.pl/artykul_12728,jak-zrobic-trufle-kawowe-o-smaku-espresso)
-jedna szklanka śmietany kremówki
-jedna łyżeczka kawy espresso(w proszku)
-25dkg czekolady mlecznej(mało słodkiej) posiekanej
-25dkg czekolady gorzkiej,posiekanej
-1 łyżka likieru kawowego(opcjonalnie)
-1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
-1 szklanka niesłodzonego kakao sypkiego(np.Deco Morreno)
W dużym rondlu, na średnim ogniu podgrzej śmietanę i sproszkowane espresso, od czasu do czasu mieszając. Gotuj 2-3 minuty, dopóki nie zacznie bulgotać na brzegach.
Zdejmij mieszaninę z ognia i dodaj mleczną i gorzką czekoladę. Mieszaj, dopóki czekolada całkowicie się nie roztopi.
Zdejmij mieszaninę z ognia i dodaj mleczną i gorzką czekoladę. Mieszaj, dopóki czekolada całkowicie się nie roztopi.
Teraz wlej likier i aromat waniliowy. Wymieszaj. Przelej całość do płytkiej miski, luźno nakryj i włóż do lodówki na przynajmniej 4 godziny (masę można przechowywać w lodówce do tygodnia czasu). Gotowa masa powinna być sprężysta.
Używając łyżeczki do formowania gałek lub zwykłej łyżeczki, rób z masy kulki o średnicy 2-3cm i układaj je na blasze wyłożonej papierem pergaminowym lub woskowym. Włóż blachę do lodówki na 15 minut.
Do płaskiej miski nasyp kakao. Obtaczaj poszczególne kulki w kakao i odkładaj na papier pergaminowy. Ponownie włóż całość do lodówki.
Przed podaniem ogrzej trufle do temperatury pokojowej. Smacznego !
Przepisy na ciasta przypominające trufle znajdziecie w : "Doradca smaku.pl"oraz na
   Gdyby znaleźli się tacy, którzy ciastek i ciast nie jadają ale od czasu do czasu nie pogardzą cukierkami o nazwie Trufle, to nasi producenci(Wawel, Mieszko, Odra, Pszczółka, Śnieżka) mają bardzo ciekawe propozycje. 

    Przed przystąpieniem do napisania tego postu, przejrzałam moje ulubione blogi, by sprawdzić, czy ktoś pokusił się o post walentynkowy. O dziwo z 50 blogów, tylko na 3 znalazłam notki ściśle związane z 14 lutego,
https://blogcaffe.wordpress.com/ -"O Walentynkach raz jeszcze, bo nam wolno" oraz http://www.rozmowki-kobiece.pl/ -"Z miłości do...(walentynkowo ale przewrotnie)". Ciekawie do tematu Walentynek podeszła Pani KoModa, proponując  na  https://noweledomowe.blogspot.com/2020/02/walentynki-na-ostatnia-chwile
kilka prezentów bądź sposobów urozmaicenia tego dnia(choć dziś, to już "musztarda po obiedzie", to jednak za rok święto również będzie). Na dwóch blogach opisy mają luźniejszy związek chociaż mówią o miłości, dlatego uznałam, że warto o nich wspomnieć. Piękną ślubną kartkę możecie obejrzeć na    http://emilia-tworzy.blogspot.com/   , a książkę o miłości Doroty Gąsiorowskiej "Nie dokończona baśń"poleca  http://5porroku.blogspot.com/.

    Zasłodzona otrzymanymi ciastkami, życzę Wam udanego, nadchodzącego tygodnia. Kanapa się do mnie uśmiecha, więc wracam do byczenia się i dopingowania młodych, żeby wreszcie znaleźli pracę.




wtorek, 28 stycznia 2020

SEZAMIE OTWÓRZ SIĘ!


autoportret z lustra
ze wszystkich znajomych wierszy
najmniej pamiętam własne
wciąż mi wersy
żyją osobno
może ich nie brać
do siebie
nieraz jednak
kołacze we mnie
takie czy owakie
ale
jakieś moje tylko
myśli
gdy je zgubię
znaczy że mnie nie ma
nie ma mnie
więc
nie zniknę
(Lena Sadowska- "Sprawy bieżące)

                                            ***

Jak oddać zapach w poezji...
na pewno nie przez proste nazwanie
ale cały wiersz musi pachnieć
i rym
i rytm
muszą mieć temperatury miodowej polany
a każdy przeskok rytmiczny
coś z powiewu róży
przerzuconej nad ogrodem...”

(Andrzej Bursa - "Dyskurs z poetą")

                                         
magnolia1



Pisaniem faramuszek param się od dawna. Są jak plamki słońca na nosku miłej dziewczyny. Mam nadzieję, że wywołają cień uśmiechu. Czasem gorzkiego, czasem frywolnego, czasem czułego, ale... nie przejdą bez echa”.(Lena Sadowska- „Faramuszki”) 

                                                                        
  Męczennik

 - Cierpię za miliony
   Płakał, siedząc w celi.
 -Jakbym nie dość ucierpiał
  Od watah wierzycieli

                                                                      
                                                                  
                                                    ***

 Miara miłości 

 Wyśpiewywał peany,

 Hymny godne aniołów,
 Po uszy w niej zakochany
(  Mierząc - rzecz jasna - od dołu)

                                                    ***

Czym chata bogata


Dostał niestrawności

Od nadmiaru gości

                                                     ***
Niezłomna

Gdy któryś jest w jej typie

Szybko się bastion cnoty sypie

                                                                   ***


Twarze

Nasze twarze
Witraże.
Lustra rozbite.
W uśmiechy skąpe i w łzy obfite.

                                               ***

Haiku (hai-kai)- krótki, kunsztowny utwór liryczny w poezji japońskiej(od XVII w.), składa się z trójwersów o rozmiarze 5,7,5 sylab; forma epigramatu lub fraszki.
(Stanisław Sierotwiński- „Słownik terminów literackich.”)



pastelowe czwarte

koszyczek ostu

wiedzie spór o lepsze z lnem
waśń turkusowa 

                                              ***

ażurowe trzecie

drabina do nieba 

z powyłamywanymi
szczeblami

                                               ***

spod palców drugie

niżej i niżej

mkną tasiemki rozmowy
nożem ucięte

                                               ***
spod palców pierwsze

wykute myśli

pąkiem tiulowej róży
palce porżnięte


(Lena Sadowska-”Haiku i ciut więcej”)


uciekłam
obraz zamieszczony w "Sztuka latania"


Obrazki. Mamusia.

 "Zanim wszedł do pokoju, zajrzał do kuchni i wyjął z lodówki piwo. Z puszką w ręce wkroczył do pomieszczenia, które nazywali szumnie salonem, chociaż był to zwykły duży pokój.
Nim jeszcze zapadł się w swoim ulubionym fotelu, wyczuł ten specyficzny zapach – mieszankę kamfory i naftaliny. Spojrzał na Alicję, która udawała, że ogląda jakiś ogłupiający talk-show.
Jego fotel okupowała mamusia.
Jak się masz, Karolku! – zawołała i uśmiechnęła się pomarszczoną twarzą.
Któregoś dnia Alicja wyszła do miasta, a mamusia do kościoła. Dzwonek do drzwi trochę go zdziwił, a kiedy w drzwiach zobaczył smarkulę, nie był zbyt zadowolony. Miał nadzieję, że uda mu się załatwić wszystko, nim wrócą Alicja i mamusia.
Praca szła im dobrze i właściwie skończyli, kiedy usłyszał trzask wejściowych drzwi.
Chytry wzrok mamusi powiedział mu, że nie szykuje się nic dobrego.
Rzeczywiście.
Ledwo współpracownica znikła, mamusia oznajmiła:
Widziałam.
Co mamusia widziała? – spytał naiwnie Karol, ale zadrżał.
Widziałam, jak gziłeś się z tą smarkulą – oznajmiła.
No co mamusia? – próbował protestować Karol, chociaż czuł, że to beznadziejne. Może umiałby wszystko wyjaśnić Alicji, gdyby nie była zazdrosna o tę właśnie dziewczynę. A tak…
Mamusia popatrzyła na niego wymownie, a on potulnie podał jej pilota, podniósł się z fotela i z rezygnacją pokuśtykał w kierunku dizajnerskiego krzesełka”

(Lena Sadowska- "Obrazki II")


Szczęściarz 

"Uf - sapnął, kiedy w drzwiach stanęła przysadzista czterdziestolatka w żarówkowo-zielonej sukience.
Żółtawaondulacja nadawała jej okrągłej twarzy wygląd pyzatego księżyca z kreskówek. Miała bardzo jasną karnację, więc głęboki dekolt upstrzyły czerwone plamki. Obfity biust falował,sprawiając wrażenie,że przyciasna sukienka lada chwila rozlezie się w szwach.W miejscu talii kurczyły się i rozkurczały pierścienie, opadając na biodra niczym trzy plażowe kółka.jej ręce wyglądały jak wyrastające z ramion przecenione serdelki, a odsłonięte do kolan nogi sprawiały równie nieapetyczne wrażenie.
Tylko nie tu- zagrało w nim, ale było już za późno. Po chwili rozległo się plaśnięcie wydatnych pośladków. Jęknął.

(Lena Sadowska- "Twórczość radosna")
                                                                ***


Pogromca  

"Zacisnął powieki. Pamięć rozklekotała się korowodem kadrów z własnego, nie tak długiego przecież jeszcze życia. Wydał zduszony jęk i ponownie znieruchomiał. Postanowił dzielnie stawić czoła przeznaczeniu. Nastawił się na bohaterską, męczeńską śmierć. A kiedy już pogodził się z nieuniknionym – uspokoił się. Jego oszalałe serce zwolniło, a burząca się krew przestała bulgotać. W zaległej nagle ciszy dobiegł go dziwny dźwięk. Coś jakby… sapanie…
Desperacko przytworzył jedno oko. Tuż nad nim tkwiła potężna, zębiasta paszczęka.Była zamknięta.
Pod jego uchylona powiekę wdarła się smużka piekącego dymu. Wstrzymał oddech,zbyt przerażony, by ponownie zamknąć rozwarte oko. 
Jak na zwolnionym filmie zobaczył cofającą się o dwa kroki,wyraźnie poirytowana gadzinę. Zatrzymała się na wprost niego i popukała się w łuskowate czoło. Następnie zadarła ogon, wzięła krótki rozbieg i, rozpościerając skrzydła, wzbiła się w przestworza. 
-Pora- mruknęła,obrzucając okolicę smętnym spojrzeniem i odleciała z godnością w siną dal."

(Lena Sadowska - "Twórczość radosna")



nigdy nie...
Obraz zamieszczony w kategorii "Sztuka latania"


Niedyskrecja

pod osłoną nocy
granatowej czarnej
kochają najpierwsi
na świecie jedyni
ona
go uwodzi
pocałunkiem wonnym
on jej
półszeptami
muśnięcia oddaje
w kruchej aureoli
ftalowego pyłu
słowik na czeremsze

(Pierwszy wiersz nagrodzony w konkursie)



strzępek myśli 

dwadzieścia cztery kręgi
pacierza
na twardym łóżku
odciśnięte
wszystkie grzechy świata
byłam
twoim oknem na
prawdę


...

w oszukiwaniu
nie posunęłam
się ani o krok
straconego nie potrafię
strącić w przeszłość
czasu nie cofnę tak to
się mówi nie myśli
(...)


Psiunia

jest …
parokilowa
kupka strachu
odcięta od drzewa
drzwi spacer samochód
wszystko wróg
miska woda dłoń
jej płochliwy świat
naznaczany
szaleńczym biciem serca
przerażona czujna
szorstko-różowa
wdzięczność



powiedz po co jesteś

no powiedz
kto wrzuca do szuflady
poduszkę do igieł
i przysypuje ją
stertą niepotrzebnych słów
i po co
żeby jakaś idiotka
szukała po omacku świec
bo jest awaria życia
tu jesteś
z gotowym opatrunkiem
to stąd ten rumor w kuchni
nie dmuchaj nie całuj
zepsute zaklęcia
nie zatamują milczenia

                                          ***


Życie nam nie daje żyć...(taki sobie protest song)

Upłynęło lat niemało…
Co się dzisiaj z nami stało?
Gdzie dziewczyny roześmiane?
Gdzie chłopaki malowane?

W lustrach nagle chłopy, baby…
Do pierwszego aby aby…

Życie nam nie daje żyć…
Wódka nam nie daje pić…
Żarcie nam nie daje jeść…
Tylko forma.
A gdzie treść…

A my ciągle zagubieni…
Jacyś tacy bez polotu.
A my ciągle zagonieni…
Od kłopotu do kłopotu.

Przeleciało czasu wiele…
Co się stało, do cholery?
Gdzie marzenia najtajniejsze?
Gdzie przyjaźnie najwierniejsze?
Stare znikło. Nic nowego.
Żeby… żeby do pierwszego…


Życie nam nie daje żyć…
Sadło nam nie daje tyć…
Kłamstwo się nie daje zwieść…
Tylko forma.
A gdzie treść?

A my wiecznie na paluszkach.
Jacyś tacy… jakby w cieniu.
A my wiecznie krętą dróżką.
Od problemu do problemu.

Ściekły dni niepostrzeżenie
W lata, wiosny i jesienie.
Gdzie to szczęście wymodlone?
Gdzie sukcesy wywróżone?
Nigdy prosto… Raczej chyłkiem…
Do pierwszego tylko tylko…

Życie nam nie daje żyć.
Ciało nam nie daje gnić.
Bieda się nie daje gnieść.
Tylko forma.
A gdzie treść?

A my znowu o pół kroku.
Jacyś tacy bez znaczenia.
A my znowu milczkiem, z boku.
Od zmartwienia do zmartwienia.


cisza4
obraz zamieszczony w kategorii "Sztuka latania"
   Na koniec za zgodą autorki zamieszczam w całości tekst, który czytałam śmiejąc się i płacząc na przemian, oczywiście z rozbawienia.

Wpadła wczoraj do mnie Gobunia. Znamy się już jakieś… pięćset lat? No, coś koło tego.
W przypływie weny rodzice nazwali ją Boguchwałą. Imię piękne, tylko nieco, hmm, kłopotliwe i Gobunia bardzo się przez nie nacierpiała. Głównie za sprawą skretyniałych przedszkolanek, które, objawiając zwyrodniałe poczucie humoru, wołały do niej: „Chwała Bogu, chodź tu!”. Dzieciaki, jak to dzieciaki, zmałpowały, i Gobunia wiele nocy przepłakała, nie chcąc być „Chwałą Bogu”. Sama imienia wymówić nie umiała, bo i długie, i zlepek spółgłosek trudny, a na dodatek Gobunia się jąka. Nie, żeby jakoś strasznie, ale Boguchwała była nie do przebrnięcia. Przechrzciła się zatem na Gobunię. I tak już zostało. Nawet jej facet do dnia ślubu myślał, że żeni się z Gobunią, a nie z Boguchwałą.
Nie o tym jednak chciałam.
Gobunia to fajna, ciepła kobietka, przeważnie pogodna i uśmiechnięta, kiedy więc pojawiła się u mnie zielona jak młody jarmuż na wiosnę, wiedziałam, że coś się święci.
Pierwsza myśl – może coś z jej mamą, bo młoda już nie jest i jakieś problemy z serduchem ma.
Nie.
Gobunia wpadła do kuchni, klapnęła na krześle, sapnęła z irytacją, podparła brodę rękoma i zastygła.
– Kawy? – spytałam, bo jestem gościnna.
Cisza.
– Hej! Gobunia, kawy chcesz? – zagaiłam głośniej i bardziej natrętnie.
– Wódki chyba… – ocknęła się.
– Mogę dać ci i wódki – oznajmiłam i poczułam mrowienie w okolicach lędźwi.
Gobunia jeśli już coś pijała, to piwo. Po wódce zaraz ją gotowało i resztę imprezy spędzała samotnie, blokując toaletę.
Skoro „wódki”, zrozumiałam, że sprawa jest poważna.
Zrobiłam kawę, do ręki wcisnęłam jej obranego batona i czekałam.
„Wódki dać zawsze zdążę…” – myślałam.
Gabunia żuła w milczeniu, z cierpiętniczą miną popijając kawę. Tak wyglądała, że zaczęłam się martwić, czy nie kupiłam jakiejś trefnej paczki. Dyskretnie wstałam od stołu i zajrzałam do pojemnika. Nie. Pachniało jak zwykle.
Po batonie Gobunia zjadła pół miski krówek. Przy mlecznej z orzechami trochę mnie zemdliło. Od patrzenia.
Ale chyba jej ta słodyczowa terapia pomogła, bo zmełła opakowanie od czekolady, rzuciła ze złością w okolice kubła i spojrzała przytomniej.
Ale syf! – poinformowała dobitnie.
Milczałam. Gobunia podłubała w zębie, dożuła coś, przełknęła i skrzywiła się.
To zrobisz tej kawy?
Zrobiłam.
Coś ci pokażę – warknęła i zerwała się od stołu. Po chwili wróciła z reklamówką. Poszeleściła i rzuciła na stół coś czerwonego. Nie wiedziałam, czy mogę dotknąć i zawahałam się. – A zobacz sobie, zobacz! – sarknęła.
Zobaczyłam.
Bielizna. Piękna, koronkowa bielizna – majteczki, biustonosz i haleczka.
Kupiłaś? – spytałam niepewnie, bo Gobunia to typ sportowy: bawełna na dzień i na noc.
Gdyby spojrzenia mogły zabijać, pewnie bym już tego nie pisała.
Nasrałaś! – oznajmiła mało elegancko i dodała: – Paczkę dostałam…
Nie zrozumiałam, więc westchnęła nade mną i kontynuowała mętnie:
Nie ja, Grzesiek…
Po długim wyciąganiu z niej końmi każdej informacji, zyskałam z grubsza obraz sytuacji.
Grzesiek ma firmę i wszelkie służbowe pakunki przychodzą na tamten adres. Gobunia pracuje w domu i co dostanie, otwiera, jak leci. Tak było i tym razem: podpisała i otworzyła.
A tu jakby kto w mordę dał! Jakaś kurewska bielizna!
Tyle rozpaczy było w jej głosie, że zrobiło mi się jej żal.
Myślisz, że mnie zdradza? – zapytała cienkim głosikiem i pociągnęła nosem.
Nie myślałam. Grzesiek to porządny facet i kocha swoją Gobunię na zabój. Ale… jak powiedzieć jej, że po tylu latach małżeństwa mogły mu się już opatrzeć bawełniane piżamki w miśki ze ściągaczem przy szyi i na kostkach u rąk i nóg.
A może to dla ciebie? – bąknęłam nieśmiało.
-Dla mnie? W paczce na niego?
No… Wiesz… – brnęłam, choć nie znoszę wtrącać się w takie sprawy. – Może chciał ci zrobić niespodziankę?
Piękna niespodzianka! – zabulgotała ze złością. – Że niby co? – załapała nagle – Że ja miałabym w tym… – pogardliwym ruchem ręki trzepnęła w czerwony tłumoczek. – W tym… paskudztwie?
To nie jest paskudztwo. Zobacz! – Wzięłam do ręki biustonosz. – Bielizna jest elegancka, dobrze wykończona, nie żaden chłam.
Gobunia zamilkła. Coś przetrawiała, zerkając od czasu do czasu na bieliznę. Już jakby z mniejszym wstrętem.
Nie odzywałam się. Rozumiałam, że na moich oczach dokonuje się przemiana.
Słuchaj… A… może byś go zapytała? – spojrzała nagle na mnie z nadzieją.
Co za idiotka!” – pomyślałam z lekkim niesmakiem, ale głośno odparłam:
Zwariowałaś? Jak to sobie wyobrażasz? Że co? Że idę do Grześka, rzucam mu to na biurko i walę „To dla Gobuni, czy masz kochankę?”.
Nno nie… Może nie tak ostro…
Mowy nie ma! – pokręciłam głową.
To co ja mam zrobić? -zawołała płaczliwie.
Ja bym się w to wieczorem odstroiła i poparadowała po sypialni.
A jak to nie dla mnie?
Przecież się nie przyzna! – stwierdziłam złośliwie, bo już mnie diabli brali na tę jej tępotę.
A ja jeszcze, głupia, z tej złości opakowanie porwałam. – biadoliła.
Znowu milczałyśmy. Długo. Bardzo długo.
To mówisz, żeby włożyć? – odezwała się wreszcie. Pokiwałam twierdząco głową.Hmm… Tylko kiedy, cholera? – przerwała ciszę po kolejnym kwadransie. – Może… w sobotę, jak dzieciaki pójdą do teściów? A w sumie to mógł mi powiedzieć, a nie tak… z przyczajki…
Dyplomatycznie zapatrzyłam się w okno.
Ale to nawet ładne jest, nie? – wzięła do ręki haleczkę i oglądała z uwagą.
Bardzo ładne.
I ten haft taki delikatny… Nie jakaś tandeta, nie? I mój rozmiar… I miła w dotyku…
Gobunia pomyślała jeszcze chwilę, spakowała bieliznę i pieszczotliwie pogłaskała reklamówkę. Sapnęła, wstała od stołu i dopiła zimną kawę. Ze wstrętem popatrzyła na stertę papierków po cukierkach.
To lecę.
Odprowadziłam ją do wyjścia.
Dzięki. A ty nie jedz tyle tego słodkiego, bo ci jeszcze kiedy zaszkodzi – dodała już w drzwiach z zatroskaną miną.
Taktownie milczałam. Co jej będę wypominać. I tak pewnie spali te krówkowe kalorie w najbliższy sobotni wieczór.”


pianino
obraz zamieszczony w kategorii "Sztuka latania"
   Dzisiejszy post rozpoczęłam od zaprezentowania twórczości Leny Sadowskiej, bo o Jej blogu myślałam od dawna. Najpierw zwróciła moją uwagę jako komentująca-Jej spostrzeżenia były wyważone i mądre. Później zaglądałam parę razy na https://kartkazbrulionu.wordpress.com/,a Gdy wykorzystałam Jej
Lena Sadowska-absolwentka Filologii polskiej na UW. Dumna mama, pracująca zawodowo. Poza pisaniem uwielbia haftowanie, szydełkowanie, malowanie, makramy i wytwarzanie biżuterii ekologicznej. Od dwóch miesięcy zamieszcza swoje utwory na http://madagaskar08.pl/. Bierze udział w konkursach poetyckich, niektóre utwory można znaleźć w almanachach pokonkursowych. Wydała trzy tomiki wierszy(debiutancki nosi tytuł „Bez adresu”), ale jak sama mówi „były to bardzo smarkate wiersze”. Chociaż w swojej twórczości „obnaża się emocjonalnie”, to informacje o Niej czy rodzinie nie są potrzebne czytelnikowi, bo zazwyczaj nie mają wpływu na to „co i jak pisze”.
   Nie wiem jak udaje się tej Niezwykłej Kobiecie, łączyć pracę zawodową, życie rodzinne i pisarstwo. Dla Niej doba ma chyba podwójną liczbę godzin.
   Gdy wykorzystałam Jej wiersze w poście o jesieni, obiecałam sobie, że wrócę do autorki i jej pisarstwa. Już po trzech dniach, wiedziałam że lektury tego pięknego literackiego bloga, nie da się zamknąć w krótkim czasie. Autorka odbiera rzeczywistość całą sobą, wszystkimi zmysłami, dlatego zna „muśnięcie zimy, zapach lata, smak jesieni”. Oryginalny styl, bogate słownictwo, niezliczona ilość porównań, metafor(„ziarnista błogość”,”liszaje bieli”) i odniesień do malarstwa czy muzyki(„Rozdarcie fiołkowego świtu” ,"Muśnięcie letniego stringendo”), sprawiają, że mamy przed oczami „klejnociki” wierszowane i prozatorskie. Nie wszystkie teksty były dla mnie zrozumiałe czy łatwe w odbiorze. Najczęściej rozpraszałam się, gdy próbowałam sobie przypomnieć jak wygląda turkus i kobalt lub stwierdzałam, że nie mam pojęcia jak brzmi „Sonata” Becka, czy „Fantazja” Glassa. 
   Autorkę "urzeka smak słów" dlatego obok słów powszechnie używanych, stosuje wyrażenia gwarowe i neologizmy,których znaczenia możesz się domyślać jedynie z kontekstu zdania lub ogólnej treści, bo nie zawierają ich "Słownik języka polskiego" czy "Słownik wyrazów obcych"(aweole,baiao,balafon,biuduga,chorieo,kajlamba,kulicz,mygi, oniryczny,pirlikała,plapera,tygrzyk). Po autoryzacji tekstu przez autorkę, wiem już że: wyrazy niegwarowe(oreola [różowa otoczka wokół sutka], baiao [taniec], balafon [instrument muzyczny], kalimba [instrument muzyczny], oniryczny [senny], tygrzyk [pająk – tygrzyk paskowaty])
wyrazy pochodzące z naszej gwary: (binduga [gwar. miejsce spławiania drzewa], kulicz [gwar. rodzaj ciasta paschalnego, wielkanocnego chleba], mygi [gwar. drobne muszki, podobne do owocówek], pirlikała [gwar. gadać, szczebiotać], plapera [gwar. niezbyt rozgarnięta kobieta z tendencją do plotkowania]). 
Słowniczek znajdujący się na blogu, którego potrzebę tak tłumaczy - 
  „Poniższe słownictwo mogło zostać zaczerpnięte z już istniejących języków, jak również – dowolnie zmodyfikowane na użytek przytoczonych opowieści, bądź też powstać w rozpasanej słowotwórczo wyobraźni autorki.
Słowniczek będzie sukcesywnie uzupełniany. ”
 podaje tylko słowa zawarte w dwóch baśniach(przeze mnie interpretowanych jako opowiastki fantastyczne) "Majme" i "Ubakit". 
   Blog Leny Sadowskiej, to nie tylko kartki zapisane pięknymi historiami(tragicznymi lub śmiesznymi), bo autorka umie podpatrywać, słuchać, opowiadać. To kompendium wiedzy o ludziach, przyrodzie,potrawach i obrzędach("Wspomnień czar")- „ I wtedy pomyślałam sobie, że warto może utrwalić choć część tych wspomnień. Bywały piękne, zabawne,smutne – słowem różne. Ale ważne, skoro wciąż pamiętamy
    O innej ciekawej kategorii "Z piątku na niedzielę" tak napisała: „I tak oto – nieco pokrętną drogą – dochodzę do sedna: w ramach wspominanej wyżej terapii, coś tam sobie oglądam, czytam, czegoś słucham i czasem nasuwają mi się jakieś refleksje, z którymi nie bardzo wiem, co robić, więc pomyślałam, że je spiszę i trochę pokatuję szersze grono…
”A czemu "z piątku na niedzielę"? No bo kiedy u diaska?

Znajdziecie w tym miejscu bardzo ciekawe opinie autorki na temat literatury, filmu i innych zagadnień kulturalnych. 
   Najwięcej trudności sprawiło mi wybranie wierszy z takiego ich ogromu(203).Wszystkie są piękne.  Zamieszczam tylko kilka, z tych które do mnie przemówiły, zapadły w pamięć.
   Blog Leny Sadowskiej powinni obowiązkowo poznać amatorzy literaci,marzący o wydaniu własnego tomiku poezji, zbioru opowiadań czy powieści. Tacy jak ja, choć czasami mogą złapać się na myśli "wiem, że nic nie wiem", wiele się z niego dowiedzą, a jeszcze więcej przeżyją, bo teksty Leny nabrzmiałe są od emocji. 
   
ikonaselena
Obraz zamieszczony w kategorii "Sztuka latania"