poniedziałek, 3 lipca 2017

BABECZKA (bez jaj) ALE Z FANTAZJĄ

   W blogosferze jest wiele blogów kulinarnych. Autorzy piszący na różne tematy, umieszczają zakładki, w których możecie znaleźć przepisy na ich ulubione lub popisowe potrawy.
   Pod najnowszym moim postem komentarz zamieściła Anna S. z Gdańska. Postanowiłam złożyć rewizytę i zapoznać się z jej blogiem. http://wszystko-smaczne.pl/.
Anna S. blog założyła w 2016 roku na Bloggerze. Od 29 kwietnia tego roku przeszła na własny hosting i z własną domeną. Pomimo iż pod nowym adresem działa od niedawna, to znajdziecie u niej 279 przepisów na dania główne, przystawki i desery. Od samego patrzenia na zdjęcia jej autorstwa można poczuć się głodnym, a już po przeczytaniu przepisu ślinka sama napływa do ust. Żeby znaleźć pierwszy wpis musiałam się sporo naszukać, ponieważ autorka skąpa nie jest i pod jedną datą dzienną zamieszcza kilka różnych przepisów. Wchodząc na blog z określoną datą miesiąca i dnia możecie ułożyć menu na kilka dni. Kierując się wyszukiwarką, skomponowanie jadłospisu na tydzień czy miesiąc nie stanowi problemu. Jest to gotowa, blogowa książka kucharska. Kiedy masz rozeznanie jakie wino do danego dania, to możesz przygotować wykwintną kolację, lekkie ale pożywne śniadanie, trzydaniowy obiad, smaczny podwieczorek. Pod datą 28 czerwca 2017 znalazłam opis jak sporządzić własną książkę kucharską, z której można być dumnym jak paw. Anna takową zamówiła, dostała i jest bardzo szczęśliwa, bo otrzymała produkt nie tylko spełniający jej oczekiwania ale wychodzący im naprzeciw. Ponieważ autorka bloga zastrzegła prawem autorskim przepisy i zdjęcia, dla wyróżnienia akapitów, zdjęcia zaczerpnęłam z Google.*
Oto kilka potraw, które z chęcią bym zjadła, gdyby ktoś zechciał je dla mnie przyrządzić.

KWIECIEŃ: Smażona tołpyga w zalewie octowej, surówka z rzodkiewką i świeżym ogórkiem, ciasto Malakoff w wersji rumowej lub ciasto W-Z(wybrane z 30 kwietnia 2017 r).
MAJ : Gulasz wołowy z piekarnika, sałatka gyros,cytrynowiec na biszkopcie.
CZERWIEC : Wątróbka wieprzowa zapiekana w piekarniku,kapusta kiszona zasmażona, sorbet truskawkowy z bananami.
  Zupa porowa z czerwoną soczewicą,(zagryzana) chlebem pszennym razowym, migdałowy wieniec z truskawkami lub ciastka owsiane z żurawiną i słonecznikiem.

 LIPIEC (dopiero się zaczął, więc oferta z dzisiejszego dnia): Klopsiki z kapustą zapiekane w piekarniku. Babeczki kakaowe bez jajek.
Wczoraj tak mnie wciągnął tekst o Francu Fiszerze („Bez pukania"), że przypaliłam ziemniaki wraz z garnkiem.  Dzisiaj znów się zapomniałam i przegapiłam ulubiony serial „Szpital nadziei” nadawany na „Stop klatce”. W obu przypadkach warto było ponieść „ofiarę”. Mam nadzieję, że „Wszystko-smaczne” wam również przypadnie do smaku.
      Życząc smacznego zapraszam na blog Gdańszczanki.

* pomimo kilku godzin spędzonych na połączeniu ilustracji z tekstem, nie wiem z jakiego powodu, jego główna część  jest na białym tle. Nie było to moim zamysłem.




sobota, 24 czerwca 2017

NAD JEZIORAKIEM

  Wczoraj syn przyniósł ze skrzynki 3 listy z banku i dużą białą kopertę. Była ona dla mnie zaskoczeniem, choć mogłam się jej spodziewać. Otóż w ostatnim poście wspomniałam, że mam kłopot z lekturą, bo brak mi książek do przeczytania.
   Są ludzie, którzy swój zawód wykonują z pasją i zaangażowaniem i choć o bibliotekarzach nie mówi się, iż powinni być to ludzie z powołaniem, to czasami tacy się zdarzają. Jest kimś takim  bibliotekarka „Jotka”, autorka bloga „Pani od biblioteki”. Otóż ta niewiarygodna kobieta wystąpiła z propozycją przysłania mi książek. Próbowałam przekonać Ją, że pomysł równie cudowny, co mało praktyczny. Na początek podała mi adres strony www.wolnelektury.pl. Zajrzałam tam przedwczoraj na chwilę, nie dowiadując się konkretnie jak mogę za pomocą tej strony przeczytać wybraną powieść. Widać moja wspaniała koleżanka uznała, że podanie adresu, to za mało i wysłała mi 2 książki. Nie tylko dla osoby lubiącej czytać, to bardzo cenne egzemplarze, każda ma bowiem autograf autorki. Nie jestem pewna czy sama byłabym tak wspaniałomyślna i przekazała komuś innemu  urocze pamiątki, będące jednocześnie wyrazem sympatii ofiarodawcy dla obdarowanego.
   
Ponieważ moje bezsenne noce trwają, to z czwartku na piątek jedną z nich wzięłam do ręki. Zachęcała do tego wspaniała okładka. Mam zwyczaj zapoznawać się z daną pozycją, czytając najpierw to, co zawiera tylna strona oprawy, a ta była standardowa : zdjęcie autorki, dwa zdania o tym kim jest i czym się zajmuje. A poniżej krótkie przedstawienie bohaterki utworu. Mnie zadziwiła ilość patronów tej 180 stronicowej powiastki o życiu młodej, 25 letniej dziewczyny.
Podobno poza jaką do zdjęcia przyjmuje fotografowana osoba, dużo o niej mówi. Są ludzie(psycholodzy, specjaliści od wizerunku), którzy z mimiki twarzy lub ułożenia rąk potrafią określić osobowość. Charakterystycznie skrzyżowane ręce autorki mnie samej podpowiadają, że jest to kobieta pewna siebie, znająca swoją wartość, przebojowa, trochę może nawet zadufana. W Google znalazłam dwa zdjęcia: zgadnijcie, które z nich znalazłoby w moich oczach większe uznanie?
   







Książka pisana jest w formie pamiętnika. Nie ma numeracji rozdziałów, zastępują ją daty: dzień, miesiąc, którego dotyczy opowieść. Nie umiem powiedzieć czy taka forma książki nawiązywać miała do bloga „Konwenanse”, którego tak jak książki autorką jest Anna Balińska, czy też napisana książka była inspiracją do założenia bloga. Pierwszy blogowy wpis, to marzec 2015, wydanie książki rok 2016. To co było pierwsze kura czy jajo jest w tym przypadku bez znaczenia. Napisałam o tym ponieważ była to pierwsza myśl, jaka mi się nasunęła w momencie rozpoczęcia lektury. Fabuła nie wciągnęła mnie natychmiast, tak że nie byłam w stanie oderwać oczu od tekstu. Wręcz przeciwnie, po przeczytaniu kilku stron odkładałam książkę i spoczywałam na poduszce, w nadziei że nadejdzie sen. Dokończyłam czytanie następnego dnia rano i to bardziej z szacunku dla osoby, która mi ja przysłała niż z ciekawości co będzie dalej i jak historia się zakończy.
   Biorąc pod uwagę bohaterów, to powinnam być tą publikacją zachwycona, bo mogłabym ją uznać za opowieść o mnie sprzed 40 lat. Alicja spisująca swoje życie od 1 kwietnia(piątek) do 15 września(piątek), nie ma szczęścia do mężczyzn. W jej niby spokojnym, satysfakcjonującym życiu pojawiają się 3 bardzo bliscy emocjonalnie faceci. Podobnie było w moim. U niej wiarołomny mąż, u mnie zdradliwy, fałszywy kochanek, który na dobre podkopał moją wiarę w to, że miłość istnieje. Każda z nas trafiła na przystojnego, zawodowo silnie zaangażowanego i w sposobie bycia uroczego człowieka,który w końcowym rozrachunku okazał się zaburzonym emocjonalnie, a może nawet chorym psychicznie człowiekiem. Tyle tylko, że jej Robert znęcał się fizycznie i doprowadził do tragedii. Mój nigdy nie podniósł na mnie ręki,  ale za to manipulował moim życiem czyniąc z niego koszmar. No i jest trzeci mężczyzna, u niej ma na imię Mikołaj, a mój był Ireneuszem, przyjacielem, któremu zwierzałam się z problemów, przyjmowałam pomoc finansową i czułam się bezpiecznie, gdy był blisko. Mikołaj spełnił się jako przyjaciel , a ich uczucie przeszło na wyższy poziom. Ja swojemu po latach, też przyznałam się, że czuję do niego coś więcej niż sympatię. Był na tyle przyzwoity, że nie wykorzystał tego by zaciągnąć mnie do łóżka, tylko uczciwie przyznał, że kocha kogoś innego. Historia Mikołaja i Alicji kończy się happy endem i namiętnymi pocałunkami. Moje wyznanie sprawiło, że kochanka nie zyskałam, a przyjaciela utraciłam. Jako nastolatka bardzo mocno wierzyłam, że przyjaźń między kobietą, a mężczyzną jest możliwa. W miarę doroślenia,zgadzałam się z tymi,którzy twierdzili iż wcześniej czy później jedna ze stron zechce zmienić typ relacji między nimi. Podobnie jak Alicja, o tym że zostanę matką dowiedziałam się w dwa miesiące po rozstaniu z ojcem dziecka. Ona podjęła decyzję, by nie informować byłego męża o tym, że zostanie ojcem. Moje własne pragnienie było podobne, ale decydującym okazał się głos matki. Rodzicielka Alicji była ciekawa spraw córki i chętnie by o nich z nią rozmawiała, choć młodej kobiecie aż takie zainteresowanie nie było w smak. Moja wyznawała zasadę „albo zrobisz tak jak ja chcę, albo o niczym nie chcę słyszeć.” Przy takim nastawieniu, nawet największa potrzeba rozmowy nie miała sensu. Baśka, przyjaciółka bohaterki była zawsze chętna do pomocy , zarówno jako spowiednik, jak i w praktycznym działaniu. Ja też mam przyjaciółkę, taką którą znam od 40 lat ale poza ogólnikami, powszechnie znanymi banałami na pomoc liczyć nie mogę, bo jej „ojej współczuję ci bardzo” mocniej mnie irytowało niż  podsuwało rozwiązanie problemu.
   Jeżeli spodziewaliście się recenzji książki „Pod pelargoniowym balkonem”, to chyba nie do końca ją dostaliście. Raczej powieść ta, stała się płaszczyzną do porównań, dwie kobiety, niby podobne zdarzenia, a jakże różne zakończenia każdego z nich.
      Mam jednak kilka uwag, co do strony technicznej pozycji wydanej przez Wydawnictwo Literackie „Białe Pióro”.
 
    Fantastycznym chwytem marketingowym było dołączenie do książki bajecznie kolorowej zakładki, na odwrocie której zamieszczono „Napisałeś książkę- wydaj ją z nami. www.wydawnictwobiałepioro.pl tel. 794-96-16-61.”. 
 Człowiek uwielbiający czytać ma wiele zakładek, może nawet każdy egzemplarz swoją. Tym bardziej, że są ludzie, którzy sięgają po kilka tytułów w tym samym czasie. Niestety ja takiej umiejętności nie posiadłam, co więcej, nie potrafię nawet najbardziej zajmującej powieści czytać „ciurkiem”. Muszę robić przerwy i to nie tyle ze względu na zmęczenie oczu, co na potrzebę przemyślenia przeczytanej treści. Dla rzadko sięgających po książki, taka dołączona doń zakładka będzie nie tylko bardzo pomocna ale i może stanowić zachętę do sięgania po kolejne tomy w poszukiwaniu nie tylko ciekawej lektury ale i zakładek. Te ostatnie bowiem mogą stać się przedmiotem zbieractwa, bo zajmują znacznie mniej miejsca niż książka. 
   Bardziej od fabuły podobały mi się ilustracje Agaty Topolewskiej. Te wielobarwne cieszą oko i wywołują uśmiech na twarzy, a te jednokolorowe dają chwile melancholii. Wszystkie wywoływały natychmiastowe skojarzenia z malarstwem Dagmary Soleckiej, której przepięknymi obrazami zachwycałam się w innym poście(„Pokój nad światem czyli zaproszenie do galerii”).
Cenne w tej książce jest także to, że umiejscawiając jej akcję w Iławie, autorka pokazuje nam zabytki:ceglany Czerwony Kościół, Ratusz. Podpowiada gdzie można dobrze zjeść, gdybyśmy zawitali do tego miasta(Port 110-Hotel restauracja Marina) i jak spędzić przyjemnie czas, odbywając rejs statkiem „Ilavia” po jeziorze. Wspaniała promocja rodzinnego miasta i za to należą się autorce głośne brawa. Co zaś tyczy się książki, to można ją przeczytać ale na długo w pamięci(przynajmniej mojej) nie zagości , a tym bardziej na półce, bo tychże mam niewiele, więc każdy wolny skrawek miejsca czeka na coś naprawdę wyjątkowego. Chociaż informacja z infoilawa.pl  : „Ciepłe przyjęcie przez czytelników (nie tylko w Iławie i Polsce - „Pelargoniowy balkon” pojechał też do Szkocji, Niemiec, Francji i Holandii)” pozostaje w sprzeczności z moim mało entuzjastycznym odbiorem tej książki. Może to wina pelargonii, które pamiętam z balkonów w moim rodzinnym domu, ale które nigdy specjalnego zachwytu nie wywoływały.:-)
Szukając informacji o autorce trafiłam na stronę http://www.infoilawa.pl/aktualnosci/, na której znalazłam takie słowa:”Jeszcze kilka lat temu moim marzeniem było wydanie jednej książki. Z tym że nie jednej powieści. Marzyłam tylko o tym, aby wydać jeden egzemplarz, jedną sztukę, którą mogłabym sama przeczytać, postawić na półce we własnej biblioteczce i nikomu nie pokazywać. Miała być tylko moja. Nie wierzyłam w to, że mogę wydać książkę naprawdę. ”
Marzenie Anny się spełniło, co więcej złapane we właściwym momencie, zaowocowało kolejną pozycją „Szczęście od jutra”. O czym ona opowiada możecie się przekonać czytając recenzję Kasi T-J na  wielbicielka-ksiazek.blogspot.com. Z opinią się zapoznałam, ale po samą książkę raczej nie sięgnę. Nie przepadam za łączeniem odmian powieści, w tym przypadku obyczajówki z kryminałem.
   Druga z nadesłanych przez „Jotkę” książek, to całkiem inna sprawa i nowa notka za jakiś czas. Póki co, wszystkim którzy mieli cierpliwość dobrnąć do końca, życzę słonecznych, radosnych dni urlopowych.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

KOBIETA UDOMOWIONA

          PROLOG
   W latach 2009-2013 prowadząc bloga „Moje hobby to życie” poznałam blogerki, które wspominały, że próbują pisać powieść. Nigdy jednak nie znalazłam na ich blogach chociażby fragmentów. Niektóre teksty np.u http://magdula.bloog.pl/ sprawiały takie wrażenie ale nie miałam pewności. Zanim zdecydowałam się na założenie kolejnego bloga, moja przyjaciółka uczyniła mi zaszczyt i przesłała kilka tekstów prywatnie. Moim zdaniem były dobre, wzruszające i przypominały te zamieszczane, w niektórych czasopismach kobiecych..
   Po powołaniu do istnienia „Na karuzeli życia” poznałam pierwszą pisarkę-blogerkę Klarkę Mrozek, która była jednym z  komentatorów.











   Nieco później okazało się, że i RóżaWigeland, autorka bloga http:http://www.dojrzalejestpyszne.com/(nowsza jej odsłona, to http://rozawigeland.com/, ale tej jeszcze nie zgłębiłam), ma aspiracje pisarskie.  Na "Dojrzałe jest pyszne" znalazłam  takie słowa „To mój cel i spełnienie jednego z marzeń - zobaczyć swoją książkę na półce w księgarni. Niebawem to się spełni i mam nadzieję, że zaprowadzi do jeszcze lepszego życia. W drodze do celu przyświecają mi słowa Karla Krausa:" Należy zawsze tak pisać, jak gdyby pisało się po raz pierwszy i po raz ostatni.Tyle powiedzieć jakby to miało być pożegnanie, i tak dobrze jakby to miał być debiut.
Od początku swego blogowania, odwiedzam http://preclowastrona.blox.pl/. Tam znalazłam informację, że blogerzy wydali swoje dziełko. Niestety z racji tego, że nie wychodzę z domu ani książki K.Mrozek ani innych w prologu wymienionych nie czytałam.

   Buszując po sieci na jednym z blogów znalazłam komentarz osoby o nicku Jo. Podobno jedną książkę już wydała, a przygotowuje drugą. Ku wielkiemu smutkowi z nieznanych mi bliżej przyczyn, po krótkim okresie czytania jej bloga, nagle nie dostałam do niego dostępu.
   Przyszedł dzień, w którym trafiłam na bloga Azalii http://azalia60.blog.onet.pl/, po przeczytaniu notek od grudnia do czerwca 2015, odważyłam się napisać do autorki. Miało to miejsce 4.01.2016 roku. Stałam się fanką jej opowieści, choć niekiedy trudno było mi rozróżnić czy są to jej przeżycia czy  fikcja literacka.  Całego bloga nie przeczytałam niestety, bo w pewnym momencie się zagubiłam. Tak to bywa jak czyta się od końca do początku.
  Jest także blog "Pola erratyjskie"  http://errata777.blogspot.com/, na którym odnajdziecie powieść "Pomiędzy wierszami"(póki co 7 części) i"Poetyckie inspiracje Erraty" jako kolejny przykład pisarskich ciągot.
Anna Sakowicz jest literatką w pełnym tego słowa znaczeniu. Ma na swoim koncie kilka wydanych powieści: „Złodziejka marzeń”(wyd.II), „To się da!”, „Niedomówienia”, „Szept dzieciństwa”. Lada moment trafi do księgarń „Żółta tabletka plus".
Pisarka ma swojego bloga Kura pazurem” http://kuradomowa.blogujaca.pl/, który cieszy się ogromną popularnością, bo liczba wyświetleń osiągnęła 5000000, a ilość komentujących pod każdym postem jest imponująca, wzbudzająca zachwyt, zazdrość i pragnienie, by nasze blogi doczekały się takich rezultatów.



















Teraz nastąpi .... MERITUM
      Dziesiątego maja bieżącego roku przeczytałam fragment utworu „ Miłość to same problemy”. Może dlatego, że czytałam środek, bo utwór składa się z XVIII części i epilogu, a być może z innych powodów, nie padłam na kolana. Dałam temu wyraz w komentarzu. Jednak gdy dobrnęłam do końca, to zapragnęłam poznać inne opowiadanka. Cofnęłam się do roku 2008, w którym to Anabell założyła bloga pod tytułem „Procontra” http://procontra-anabell.blogspot.com/. Sama autorka była mi znana z innego swojego miejsca w blogosferze „Nic specjalnego” http://cobytujeszcze.blogspot.com/.  Bardzo sobie cenię wiedzę, intelekt, kulturę osobistą wyżej wspomnianej i chętnie czytuję(czasami komentując) jej posty popularne i popularno-naukowe.  Na "Procontrze" wyszukiwałam tylko "literackie" teksty, pierwszy znalazłam pod datą maj 2009 i nosił tytuł „Klara”, składał się z 5 odcinków. Od tamtego momentu naliczyłam 84 tytuły, przy czym wiele z nich ma po kilka lub kilkanaście części.. Z ogromną przyjemnością i wprost z wypiekami na twarzy czytałam te, które nazwałam „autobiograficznymi”, bo można było się z nich dowiedzieć trochę o autorce i Jej przodkach, ale także o historii, społeczeństwie i obyczajowości od lat przedwojennych począwszy a na najnowszych skończywszy. Nie ukrywam, że o wielu faktach opisanych nie wiedziałam, bo nie znajdziemy ich w podręcznikach historii(a jeżeli już to w propagandowej otoczce). Z tego właśnie względu opowiastki te są skarbnicą wiedzy dla ludzi młodszych niż pisząca. Utwory  „Z życia wzięte”, które powstały dzięki opowieściom  znajomych, to druga część jej dorobku.
   Fabuła doskonale umiejscowiona w czasie, wywoływała czasami uśmiech, innym razem rechot(Anabell jest wnikliwą obserwatorką i ma ogromne poczucie humoru), a bardzo często zwilgotnienie oczu. Kiedy rozpoczynałam czytanie, to wydawało mi się, że po skończeniu lektury w całości, będę umiała wskazać, te najlepsze i te najsłabsze. Nic z tego, bo kryteria oceny będą zależały od wrażliwości czytającego.
   Na przeczytanie wszystkich utworków poświęciłam mniej więcej 2 tygodnie, z przerwą kilkudniową na doła, jakiego złapałam 19 maja. Nie jestem krytykiem literackim, korektorem ani polonistką. Na dobrą sprawę nie powinnam się wypowiadać na temat wartości tej twórczości. Mogę jedynie działać w zakresie „podoba mi się bo...”. Nigdy nie zdobyłabym się na ocenę, jaka została przytoczona przez Anabell „ jakaś życzliwa duszyczka napisała mi w mailu, że znęcam się nad ludźmi moimi blogami, bo na jednym, to bredzę i pokazuję jakieś bzdety, a na drugim zadręczam grafomańskimi tekstami”.
    Teksty  pokazują ludzi w różnym wieku, od wykształcenia podstawowego począwszy, a na wyższym skończywszy. Pochodzących ze wsi, małych miasteczek i wielkich aglomeracji.. Dobro miesza się ze złem, głupota z mądrością, chciwość z filantropią. Mniej więcej w połowie czytania zaczęłam zaznaczać, które opowiadania są mi bliskie, bo sama przeżyłam coś podobnego lub znałam ludzi łudząco podobnych do opisanych bohaterów. Kiedy ma się takie odczucia, to można powiedzieć, że teksty są inspirujące, a nie grafomańskie. „Elena” uzmysłowiła mi, że w swojej serii " Był taki taki ktoś” nie napisałam o dziadku ze strony matki i jego bracie, choć miałam to w zamyśle. Natomiast „Spotkanie” wzbudziło tęsknotę za pierwszą miłością z czasów studenckich, a „Miłość to same problemy” oraz „ Przyjaźń i kochanie” przywołało na pamięć przyjaciela ze szkolnej ławy w latach 1963-70. W utworze" Dzieci są radością i dumą” znalazłam taką wypowiedź bohatera „masz szczęście, że to chłopak, dziewczyny bym nie uznał”. Stanęła mi przed oczami scena rozegrana w moim mieszkaniu na ul.Marymonckiej. Kiedy zapytałam ojca swojego dziecka, czy ma propozycję imion dla naszego potomka, którego płeć była wtedy jeszcze nieznana, odparł „jak będzie dziewczynka, to Marika, a jak chłopak to o niczym nie chcę wiedzieć”. Na koniec wyrazy, które mi się spodobały lub zadziwiły, gdyż nie bardzo znałam ich znaczenia: „na pitasa”, „kulman” oraz powiedzonka :„ cóż z tego, że dobrze się trzymam,jak puścić się nie mogę”, "Nie tam czysto, gdzie się często sprząta ale tam gdzie się mało brudzi”.
     Jedna jedyna rzecz jaka mi przeszkadzała w czasie czytania, to drobne błędy stylistyczne. Gdyby wyeliminować w zdaniach następujących po sobie powtórzenia  „...nikomu nie chciało się iść nad morze i siedzieć w palącym słońcu. Nad morze mieli się wybrać po lunchu”( z opowiadania „Taniec” 11.06.2016), to teksty bardzo by zyskały. Anabell w odpowiedzi na ten mój zarzut odpisała, że brak czasu na poprawki. Domyślam się, że swoje opowiadania pisze żywiołowo, być może wprost na blogu, bez stosowania metody brudnopis-korekta-oryginał.
EPILOG
   Od chwili utraty pracy przez mojego syna, nie mam dostępu do książek, które mogłabym przeczytać. Co prawda kilka z nich miałam odłożonych na czarna godzinę, gdy zmęczy mnie blogowanie, a robótki będą niedostępne z powodu bólu stawów. Ale niestety po bardzo krótkim czasie rezygnowałam z dokończenia czytania.




Gustuję w zupełnie innym pisarstwie, bliżej mi do  J.I Kraszewskiego, B. Prusa .
 Może właśnie dlatego, czasu poświęconego na czytanie „Procontry” nie uważam za stracony. Mam głęboką nadzieję, że Ci, którzy przebrną przez mojego posta, zajrzą do Annabell-literatki, być może spodoba im się tam tak jak mnie. To co poza wartościami poznawczymi przekonało mnie, że warto poznać właśnie tego bloga, są liczby(a te nie kłamią):
łączna liczba wyświetleń 182,220,
obserwatorów 52(gdybym umiała zamieścić wśród nich swoją ikonkę, to był o jeden więcej),
komentujących zbyt mało, choć są wśród nich tacy, którzy wpisywali się pod każdym postem, ma więc Anabell swoich wiernych czytelników, do których od dziś zaliczam się.
   Droga Anabell życzę Ci bardzo długich lat życia(wszak któryś z antenatów dożył 90 -tki), które spędź tak jak lubisz: na podróżowaniu, czytaniu, zajmowaniu się craftem( nie znalazłam w google na stronach poświęconych rękodziełu, prac Anabell, by je można było podziwiać), no i bezsprzecznie na spisywaniu życiowych, miłosnych perypetii Polaków.
     Od nadchodzącego tygodnia będę Twoje "drobiazgi" czytywała na bieżąco, w nadziei, że kiedyś być może wydasz drukiem swój zbiór opowiadań. Trzymam za to bardzo mocno kciuki.
* materiały ilustracyjne:okładki książek i zdjęcie Róży Wigeland zaczerpnięte z Google

piątek, 2 czerwca 2017

TAK MAŁO TRZEBA NAM... I



                                                          .


   Tak mało trzeba nam i dużo tak , żeby szczęśliwym być, drugiemu szczęście dać.
    Wystarczy ciepło rąk, muśnięcie warg, wystarczy żeby ktoś pokochał nas.
    Żeby szczęśliwym być i szczęście dać, tak mało trzeba nam i dużo tak.





   Poprzedni post był smutny i przygnębiający. W opisywanym okresie zdarzyły się  również chwile niezwykłe, wywołujące jednocześnie śmiech i łzy szczęścia. Na dwa dni przed Imieninami przyszła przesyłka w małej kopercie. Po otwarciu wypadł z niego odręcznie pisany list(takie cenię sobie bardzo wysoko, bo e-maile są dla mnie bezduszne) i śliczny, drobny prezencik. Był on rewanżem za zrobienie zakładek dla autora bloga http://boja.blog.pl/.
Kto nie zna jeszcze „Kronik Mikołaja Miki”, to gorąco polecam, bo jest to doskonała satyra „w dłuższych majteczkach”.
   Dwudziestego trzeciego maja dostałam wzruszającego e-maila od blogerki :http://iwonakmita.pl/kim-jestem/. Popłakałam się, nie tylko dlatego, że w tym dniu dopadła mnie chandra, przez którą nie składałam życzeń swoim Imienniczkom osobiście tylko drogą elektroniczną. Łzy pociekły z moich piwnych oczu, bo list od Iwony zawierał nie tylko życzenia ale przede wszystkim słowa życzliwości i pocieszenia. Natomiast zaraz po zamieszczeniu posta „Maj” zadzwoniła z propozycją pomocy na wszystkich możliwych płaszczyznach: od znalezienia porządnej przychodni, poprzez dowózkę do lekarza,skończywszy na wypytaniu o oczekiwania mojego syna odnośnie pracy. Był to dla mnie szok, znów okupiony wzruszeniem, gdyż poza najbliższymi(rodzice, siostra, przyjaciółki dwie)nikt nie zaoferował mi tak wiele. Rok temu, dokładnie 14 czerwca Iwona K rozpoczęła blogowanie, zamieszczając pod jedną datą 3 posty. Pierwszy raz odkąd czytam blogi spotkałam się z tak mocnym wejściem. Sama zamierzam pamiętać o Pierwszych Urodzinach Jej bloga. Może i Wy dołączycie się w tym dniu do życzeń dla autorki. Czasami dając Tak Mało, dajemy tak Wiele.
   W Warszawie piękna słoneczna pogoda wprawia w dobry nastrój. Życząc go Wam na cały weekend, wracam do przygotowywania kolejnego posta. 

piątek, 26 maja 2017

MAJ

   Ten miesiąc od zawsze był moim ukochanym i to nie dlatego, że uważa się go powszechnie, za ten od miłości. Kojarzy mi się z konwaliami, których drobne białe dzwoneczki i upojny zapach wprost uwielbiam. Z niecierpliwością wyczekuję pierwszych truskawek, bo te mogłabym zjadać w każdej ilości. No i są moje imieniny, Dzień Matki oraz urodziny mojej rodzicielki. Zazwyczaj pogoda robi się ładniejsza i choć za mocnym słońcem nie przepadam, w mieszkaniu robi się duszniej, to jednak wpływa ona pozytywnie na samopoczucie.
   W tym roku kwiecień zaskakiwał nas deszczami, a nawet śniegiem, zachmurzonym niebem, a moje stare kości reagowały bólem stawów tak dużym, że nie byłam w stanie podnieść się z łóżka. Wyczekiwałam maja z utęsknieniem, także dlatego, że myszka komputerowa się zbiesiła i kiedy chciałam napisać chociaż krótki komentarz, to używałam tej w laptopie. Całkowicie odzwyczaiłam się od posługiwania nią, to zniechęcało do pisania postów.
Nadeszła renta, mogłam zakupić nowy sprzęt i wtedy okazało się, że winę za złe funkcjonowanie ponosi USB. Syn posiedział chwilę, zmienił jakieś sterowniki i możliwość pisania powróciła. Wtedy zdrowie zaczęło szwankować tak, iż nie mogę zmobilizować się do żadnej pracy. Duży wpływ na ten stan rzeczy miały - nieprzespanie ani jednej nocy od miesiąca i silny ból pleców.
   Ponieważ posłałam syna do przychodni z wnioskiem o przedłużenie leków, to nakazałam mu  by zapytał lekarkę czy z powodu moich  trudności w poruszaniu się, nie mogłaby skierować mnie do szpitala, gdzie wykonano by więcej badań niż tylko pobranie krwi i przebadanie moczu. Kiedy wreszcie został przyjęty, to usłyszał że:" pani doktor wie, iż z poprzedniej przychodni zrezygnowałam, gdyż tam się na mnie poznali, bo zdaniem lekarki jestem lekomanką. Do szpitala mnie nie skieruje, bo ból w plecach, to nie nerki, ponieważ sikam częściej niż raz dziennie i nie odczuwam bólu w czasie tej czynności. W szpitalu nie leczy się chorób przewlekłych, a choroba nerek takową jest. To kręgosłup. Pan jest wyrodnym synem, bo nie chce przywieźć matki do przychodni. Ona jeździ na wózku, więc sama może do lekarza przyjechać. Można też poprosić sąsiada, żeby ją przywiózł i wtedy nie będzie dodatkowych kosztów np. na taksówki. Lekarze chodzą na wizyty domowe, ale ona nie jest jedynym lekarzem w tej przychodni i to , że jestem do niej przypisana, nie oznacza, że musi przyjść. Pielęgniarka nie przyjdzie pobrać mi krwi w domu, bo za daleko mieszkam od przychodni". 
Z leków ,które wypisałam na wniosku, dostałam tylko na nadciśnienie i na odwodnienie(tego leku od momentu, gdy nogi nadmiernie nie puchną, nie biorę i o niego nie prosiłam. Wnioskuję, że pani doktor nie kierowała się wnioskiem tylko zapisem w karcie choroby, bo ilość przepisanych dawek też się nie pokrywa). Po dwóch godzinach K.J wyszedł maksymalnie zirytowany z przychodni, trzymając w ręku recepty i skierowanie na badanie krwi. Kiedy przyniósł mi wykupione leki i opowiedział przebieg spotkania z panią doktor, popłakałam się z bezradności.

    Znajomi dziwią się, że nie wzywam lekarza do domu, ani pogotowia, gdy sama nie jestem w stanie pojechać do przychodni. Z tego co napisałam powyżej, wezwanie lekarza do domu jest mało prawdopodobne, a pogotowia nie wzywam(choć ponoć tylko w ten sposób mogłabym trafić do szpitala), bo w tym samym czasie ta karetka mogłaby być potrzebna zawałowcowi, ofierze wypadku, gdzie zagrożone byłoby życie. Koleżanka poradziła mi, żebym na Żoliborzu poszukała prywatnej przychodni, realizującej kontrakt z NFZ-em. Tylko dlaczego ja(także będąca pacjentem jak inni) mam zmieniać lekarza w ramach tej samej przychodni lub wręcz przechodzić do innej, by móc dostać się na wizytę w dniu gdy źle się czuję, a nie wtedy gdy wypadnie termin wyznaczony miesiąc wcześniej. Incydent z lekarką tak rozstroił mnie psychicznie, że jeszcze dziś cała chodzę z nerwów.
  Rodzinnie też nie jest najlepiej, bo syn nadal nie znalazł pracy. Twierdzi, że składa CV do tych zakładów, które znajduje na portalach: pracuj.pl, gratka.pl, ale albo nie dostaje odpowiedzi, albo informują go, że jest 100,250 itp. Dwa dni temu zadzwoniła moja była sąsiadka,która stwierdziła, że CV są nie czytane albo wybiera się je losowo. Jej zdaniem, bez znajomości syn nie znajdzie pracy. Jeżeli miałoby to się okazać prawdą, to znaczyłoby, że ja go będę wspierała finansowo do końca swoich dni. Nie ukrywam, że coraz częściej awantury na tym tle przybierają na sile. Ja przypłacam to kołataniem serca, on frustracją. Nastały dla mnie ciężkie dni, nie chciało mi się nic robić, poza tępym gapieniem w sufit. Tylko co jakiś czas czytywałam wasze blogi, bo do reszty nie schamieć.Tegoroczny maj nie napawa mnie optymizmem.
  * Materiał ilustracyjny z Google.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

NIESPODZIANKI

To jajo zrobiło furorę w mojej rodzinie , a za sprawa mojej siostrzenicy,
trafiło na jej profil na FB
   Święta wielkanocne miałam bardzo miłe, choć nie było to zasługą moją czy najbliższej rodziny. Na tydzień przed nimi dopadł mnie wirus i wszystko, co robiłam wcześniej zostało odłożone.
O swoich przygotowaniach do Wielkanocy napiszę w kolejnym poście, teraz chciałabym opowiedzieć o tytułowej niespodziance.
   W wielką środę wytrwale dobijał się mój listonosz. Podziwiałam Go za cierpliwość, gdyż stał tam dobre 10 minut. Gdy wreszcie dotarłam do drzwi, wręczył mi paczuszkę. Byłam wdzięczna, że mi ją przyniósł, a nie ograniczył się do pozostawienia awiza, jak to czynią inni doręczyciele, zmuszając abym udała się na pocztę.
   Nadawcą przesyłki była jedna z ulubionych blogerek „Azalia”. W pudełku oprócz kartki z życzeniami znajdowały się: przysmaki(na pierwszy rzut poszła czekolada „Jedyna”-dlatego nie zdążyłam zrobić jej zdjęcia), drożdżowy baranek- ja zawsze kupowałam cukrowego, ten ofiarowany był miłą odmianą. Ponieważ bardzo mi przypadł do gustu ofiarowałam go synowej, która pracując miała mało czasu by pomyśleć o drobiazgach dekorujących stół. Nakazała mojemu synowi kupić bazie z bukszpanem i tulipany, które woli od żonkili, preferowanych przeze mnie. Oczywiście bujający wiecznie w obłokach K.J. zapomniał i o baziach i o kwiatach do obu domów. Dlatego ten Baranek był tak mile widziany. 
Otrzymany „zajączek” był hojny, bo czekolada na gorąco i herbatka owocowa dopełniały tę część paczki. Na jej zawartość składały się także wyroby dziewiarskie wykonane przez nadawczynię. Otwierające posta JAJO było tak piękne, że trafiło do wnuczki mojej siostry, a jej matka umieściła jego zdjęcie na swoim profilu na FB.  Resztę robótkowych „śliczności" zatrzymałam. 



 Etui ze sznureczkiem, do powieszenia na szyi stało się pokrowcem dla mojego nowego aparatu fotograficznego. Dwa kolorowe motyle i broszkę w postaci kwiatka, za zgodą ofiarodawczyni przekażę na kiermasz organizowany przez zaprzyjaźnioną fundację, w której działa "Rozalia".
Mnie ten wspaniały podarunek będzie przypominać jedwabna chustka w kwiaty znajdująca się wśród ofiarowanych rzeczy. Na co dzień towarzyszyć mi będzie oprawny w dermę kalendarz na 2017 rok, bo uwielbiam tego rodzaju suweniry. Z lat poprzednich kiedy to sama kupowałam sobie podobne kalendarze, zachowałam okładki.


przykład okładki  z wcześniejszych lat










   Nie tylko „Azalia” zadała sobie trud przysłania mi „zajączka”. Dzieci, podopieczni  pani bibliotekarki czyli „Jotki”,zrobiły dla mnie kartki i przed świętami trafiły one na mój domowy adres.





















Te dwa wydarzenia w połączeniu z Waszymi życzeniami zamieszczonymi na moim blogu, sprawiły, że łatwiej było mi zmagać się z przeziębieniem,
które dopiero teraz odpuszcza.Dzięki temu mogłam zasiąść do laptopa 
i skrobnąć te parę zdań. 
W następnym poście, o moich próbach zrobienia zajączków, dla wybranych znajomych.

Pomimo że pogoda nie sprzyja(mnie na przykład bolą stawy rąk na całej ich długości), życzę wszystkim udanego ostatniego tygodnia kwietnia i następującego tuż po nim długiego majowego weekendu.

niedziela, 16 kwietnia 2017

ZYCZENIA



W TEN POCHMURNY, CHŁODNY PORANEK 

                                                                                 życzę
                                                             
                                                            POGODY DUCHA, ZDROWIA, WIARY W LEPSZE JUTRO.

sobota, 1 kwietnia 2017

LENIWY MARZEC



                                                                             
   Miniony miesiąc nie był udany, deszczowa pogoda działała sennie i przygnębiająco. Miała też wpływ na moje stawy rąk i nóg. W większość dni leżałam i pomstowałam na swoją niedołężność, bo nie mogłam utrzymać igły czy szydełka w dłoni, a kiedy nawet mi się to zdarzyło, to rezultat był daleki od oczekiwanego. Nie oznacza to jednak tego, że byłam całkowicie bezczynna.
Filet w wersji roboczej, nie usztywniony .
   Zrobiłam dwa filety, które miały stać się podstawą torebek. Pierwszą zrobiłam dość szybko i nawet nieźle mi wyszła. Jednak na wszycie podszewki czekała dwa tygodnie. Pierwsza próba połączenia wierzchu ze spodem okazała się nie udana, źle się układało. Uszyłam kolejny wkład i ten spełnił swoją rolę. Gdy torebka była gotowa i pozostało tylko przymocowanie do siebie filetu z podszewką, zrobiłam brzydko wyglądający szew. Chcąc poprawić szycie, przecięłam nie tę nitkę, co należy i w torebce zrobiła się dziura. Cała praca musiała zostać spruta, a ja rozpoczęłam dzierganie od początku. Po tym zdarzeniu zostały mi dwa spody i być może jeden z nich wykorzystam do wolnego filetu. Nowa torebka jest większa, w związku z czym potrzebowała innego środka. Tym razem poszło sprawniej, chociaż szczerze powiedziawszy, wszyty zamek, nie jest przykładem dobrej roboty, bo ten element wszelkich torebkowych wkładów, zawsze wychodzi mi najgorzej.
Zdjęcie niezbyt wyraźne, bo robione z ilustracji w książce.
 Przód torebki przyozdobiłam „słonecznikiem” zaczerpniętym z książki Marii Dworskiej „Dzianina dla domu”. Zanim zaczęłam kupować inne wydawnictwa poświęcone szydełkowaniu, to właśnie ta pozycja, dostarczała mi wielu inspiracji. Można bowiem znaleźć w niej podkładki pod kubki i chwytaki do garnków, makatki i dywaniki do łazienki i ozdoby do pokojów(narzuty do sypialni, poduszki na kanapy, serwety, obrusy lub komplety serwetek).
   Kiedy robota nad czymś mi nie wychodzi, to próbuję czegoś innego. W trakcie tygodni oczekiwania na chęć usztywnienia torebki pierwszej(tej sprutej) machnęłam dwie serwetki według jednego wzoru. Jest to mój ulubiony motyw, dlatego robię go z różnej grubości nici. Zielono czarna „muszla” zrobiona jest z wełny, ale druga z żółtych nici. Mniejszej nie pokazuję na zdjęciu, bo wraz z torebką jest prezentem, a nie chcę spalić niespodzianki adresatce.


    Ze wspomnianej już książki „ściągnęłam” wzór poduszki podobnej do tej na zdjęciu, tyle tylko, że ograniczyłam się do jednego koloru zielonego, a zamiast bieli, zastosowałam czerń jako bardziej kontrastową. Ta moja praca, podobnie jak zakładka i etui na okulary, to dalsze prezenty.

Zdjęcie robione z książki, stąd ostrość nie najlepsza.
.
   Dzisiaj jest 1 kwietnia, tradycyjny Prima Aprilis ale ten post, to nie dowcip. W nowym tygodniu wymienione prezenty powędrują do miejsca przeznaczenia, a ja jeżeli zdrowie pozwoli zajmę się rozmyśleniami na temat zbliżającej Wielkanocy, bo wiecie, że ze świętami mam zawsze problem i bardzo często przygotowania kończą się na myśleniu.

sobota, 25 marca 2017

PATCHWORKOWA DZIEWCZYNA.


   


Podobno autorka bloga ziewa tak jak jej pupil w momencie, gdy zmęczy ją blogowanie i zrozumie, że czas na sen.


   Czytając posta na jednym z moich ulubionych blogów, kątem oka dostrzegłam na prawym marginesie  szalenie kolorową ikonę. Po lekturze notki, kliknęłam w miejsce, które mnie tak zafrapowało i trafiłam na http://hobbyata.blogspot.com/. Najnowszy post opowiadał historie powstawania pewnego bardzo interesującego patchworku. Pomyślałam, że strona ta zainteresowałaby Jotkę, bo jest Ona wielką miłośniczką, tego typu „wytworów”. Zamieściłam komentarz pod postem i postanowiłam, że gdy tylko dokończę rozpoczęte prace szydełkowe i krawieckie, to poznam ten blog w całości. Kilka dni później obejrzałam pracę zatytułowaną „Rok” i byłam już pewna, że chcę głębiej wniknąć w świat „ATY”.
Dwunastego marca rozpoczęłam lekturę od najstarszego postu z dnia 22.10.2008, brzmiał on tak” Dzień powstania bloga. Póki co, muszę się nauczyć poruszać w wirtualnym pamiętniku, więc na tym kończę pierwszy wpis”. Zapowiadało się ciekawie i tak faktycznie było. We wspomniany dzień przeczytałam 5 wpisów rano i drugie tyle wieczorem. Nie bawiłam się tak świetnie, jak u „Jaga to ja”, bo choć humor podobny i znakomita lekkość pisania, to jednak czułam drobny „piasek między zębami”.(odczucie było, ale nie umiem wytłumaczyć czego dotyczyło konkretnie).  Pod względem „literackim” bowiem blog jest ciekawy, przyłapałam się na tym, że czasami nie wiedziałam, czy tekst jest fikcją czy opisem prawdziwego zdarzenia.
   Po obejrzeniu kolejnego naszyjnika frywolitkowego chciałam napisać komentarz. Okazało się, że autorka ma moderację komentarzy do postów starszych niż 3 dni. Zasmuciło mnie to, bo rozmowa za którą uważam komentarz, możliwa jest tylko w przypadku bardzo aktualnych wpisów, i to pod warunkiem, że zostaną one przeczytane i skomentowane w określonym czasie. Zrezygnowałam z czytania dawnych postów, przeglądnęłam je jednak pod względem zamieszczonych prac. 
Nie natrafiłam do tej pory na inną blogerkę, która parałaby się tak wieloma rodzajami rękodzieła: szydełko(swetry, chusty), biżuteria frywolitkowa za pomocą igły. Gdy ja pierwszy raz zetknęłam się z frywolitkami, to robiono je za pomocą drewnianego czółenka.Metoda igłowa nie była mi znana, nawet nie wiedziałam, że takie specjalne igły istnieją.

Tak rozpoczyna się pracę nad hardanger'em


To kilka kroków dalej ale do końca daleko


  Mnie jednak urzekło to, czego chciałam poszukać na tym blogu: prace rękodzielnicze na tak wysokim poziomie i precyzji wykonania , jak wspomniane już patchworki.                                                            
W notkach, które przeczytałam znalazłam: serwetkę „Dyspensa”,( coś pięknego),serwetę hardangero biżuterię frywolitkową(„Zakonnica spadająca ze schodów"-super fajny)  , pudełko na wino ozdobione decoupage'm, stroik wielkanocny.                                                                                                              


 








 Czyż nie są piękne, te przykłady biżuterii?

Szycie, to przede wszystkim zazdrostki, poduszki,  zakładki, maskotki. 



Kiedy już myślałam, że to koniec jej twórczych szaleństw, okazało się, że potrafi być stolarzem, bo najnowszy post opowiada, o zrobieniu własnej pracowni. Oglądając zdjęcia, byłam przekonana, że pokazują one rzeczywistą pracownię ATY, tyle tylko, że w pomniejszeniu. Byłam ogromnie zdziwiona, gdy po przeczytaniu tekstu okazało się, że wszystkie sprzęty i akcesoria są w wydaniu mini.
    Blog wart jest zaglądnięcia dla jednych z racji tekstów. „Można się obśmiać” jak to nazywają inni komentujący. Dla takich jak ja, ze względu na prace wykonane przez autorkę. Jest ona osobą nie tylko bardzo zdolną ale i inteligentną. Jeżeli wy będziecie ciekawi jej twórczości, to wpadnijcie do Warszawianki, bibliotekarki, matki dwóch uzdolnionych córek.
. Kobieta to niezwykła, o jej pasji czytelniczej możecie poczytać na blogu(nazywa je drugim dzieckiem):”Tajemniczy szelest kartek”http://biblioata.blogspot.com/, a umiejętności kulinarne poznacie na blogu(trzecie dziecko) „Garkotłuk, czyli kuchennie”http://garymoniki.blogspot.com/.


Zamieszczone w poście prace ATY zaczerpnęłam z Google. Na blogu autorką zdjęć jest starsza córka autorki.