piątek, 15 września 2017

NIE JEDZCIE STOKROTEK

Tytuł notki zaczerpnęłam z mojego ulubionego filmu, mówiącego o miłości, afirmacji życia, szczęśliwej rodzinie. (pomimo wielokrotnych prób nie udało mi się wkleić z you tuba właściwego klipu, bo nie chciał się na blogu otworzyć).  














    Takie same wartości odnajdziecie w niewielkiej, bo liczącej 110 stron książeczce "Zwariowałam". Jej autorką jest blogerka Jadwiga Śmigiera. Wydawnictwo Literackie "Białe pióro" wydało ją w 2015. Do moich rąk trafiła za pośrednictwem "Jotki", która miała przyjemność poznać autorkę w czasie Jej wizyty w Inowrocławiu.  Spotkanie zaowocowało książką z autografem. Wszystko o książce mówi sama autorka w dedykacji „nie dla sławy i nie dla pieniędzy...Nie po to by zaspokoić swoje ambicje i cokolwiek komukolwiek udowodnić...zdecydowałam się zebrać i wydać w formie niewielkiej książki swoje wspomnienia. O swoich korzeniach, dzieciństwie, młodości, podróżach, dzieciach, wnukach. I o teraźniejszości”.                                                                              
    Jest to przepiękna opowieść napisana stylem lekkim jak piórko, którą ledwie zaczyna się czytać, a już się kończy, bo lektura tak wciąga, że czas mija błyskawicznie.   Nie ma co opowiadać o miejscach bliskich sercu autorki:Gródku Jagiellońskim, o ogrodach babć: Broni i Marysi. O dziewczynce szukającej stokrotek.  To po prostu trzeba przeczytać, bo najpiękniejsze nawet słowa, nie oddają tych wzruszeń  i emocji, które wyzwalają się w czasie czytania. Wraz z autorką możecie odbyć kilka wspaniałych podróży do miast i miejsc niezwykłych. Nie będę zdradzać ich nazw,by nie odbierać przyjemności odkrywania    Ja pochłaniałam zawartą w tych opowieściach wiedzę z „otwartą gębą” i wybałuszonymi ślepiami.  Aż mi dech zapierało z zachwytu. Jak być wartościowym człowiekiem, wychować wspaniałe dzieci i doczekać wnuków?  Tego dowiecie się czytając dwie ostatnie części "Teraz" i "Szczerbaty i Pytalski...". Dodatkowym walorem tej publikacji są bardzo starannie dobrane ilustracje pochodzące z rodzinnych zbiorów.                                                                                  
   Moja matka uważała się za kobietę inteligentną i oczytaną. Starannie dobierała lekturę. Gdyby żyła i mogłaby przeczytać „Zwariowałam”, potem zrobiłaby dwie rzeczy: pojechałaby zobaczyć miejsca,  o których mowa w książce i poważnie podeszła do zamysłu napisania „Sagi”, którą zaczęła, ale nie dokończyła. Uwielbiała bowiem ludzi z pasją, spełniających marzenia, odważnych by żyć „na maksa”.  A ja marzę o tym, by poznać osobiście „Stokrotkę”, nie tylko autorkę tej przecudnej książki, ale także bloga http://stokrotkastories.blog.pl/. Zamierzam również sięgnąć po  "Nadal wariuję" czyli kontynuację tych wspomnień.                                                                                                                         





wtorek, 12 września 2017

HISTORIE PRAWDZIWE: Landrynkowy chłopiec




     To, co dzisiaj chcę opowiedzieć wydarzyło się między rokiem 1970 a 1974, czyli w czasie moich licealnych lat. Był słoneczny dzień, wracałam ze szkoły w niezbyt dobrym nastroju. Szłam ze spuszczoną głową, uważnie patrząc pod nogi, by nie wywinąć orła na nierównym chodniku. Nagle usłyszałam dziecięcy głosik wołający „kurwa, kurwa”. Zaskoczona przystanęłam i spojrzałam przed siebie, a potem na boki. Byłam sama. Głos umilkł, więc ruszyłam w kierunku domu. Zrobiłam zaledwie parę kroków, a wołanie się powtórzyło. Obróciłam się wokół własnej osi i zobaczyłam przed sobą małą, nagą postać w żółtych, majteczkach frote. Opalone na brąz ciałko, było chudziutkim może 5-letnim chłopcem. Patrzył na mnie spode łba.
-Na mnie wołasz? zapytałam
-Odpowiedział kiwnięciem głowy
-Czy wiesz, co to słowo znaczy?
-Pokręcił przecząco głową
-To jest bardzo brzydkie słowo i nie można na nikogo tak mówić, odparłam. Dlaczego  mnie przezywasz? spytałam, ale nie odpowiedział. Czy robisz tak, bo ja tak dziwnie chodzę?
-Przytaknął
   Wtedy odezwał się we mnie moralizator. Powiedziałam, że gdy byłam mniejsza od niego, to zachorowałam i kiedy wyzdrowiałam, to już nie umiałam chodzić inaczej. Dodałam także, że kiedy się kogoś brzydko nazywa, to temu komuś jest przykro i smutno. Nie powinieneś przezywać innych, dodałam. Odwróciłam się w kierunku swojego wieżowca i poszłam dalej.
   Szybko zapomniałam o tym incydencie, bo nie pierwszy raz spotkałam się z taką reakcją na kalectwo, choć nigdy wcześniej nie było to wyzwisko. Bardzo często dzieci pytały:  „mamo, a dlaczego ona tak dziwnie chodzi”? Zazwyczaj wtedy matki ciągnęły dziecko za rękę z taką siła, iż dziw, że nie wyrywały kończyny z barku. Czasami kobiety bąkały „przepraszam” ale zanim się oddaliły,  ja próbowałam podjąć rozmowę, dając dziecku odpowiedź na jego pytanie. W takich przypadkach, dziecko uśmiechało się, zadowolone że nie zostało zignorowane. Częstsze jednak były rejterady, jakby zaspokojenie ciekawości malucha było przestępstwem.
   Od spotkania z chłopcem minęło kilka dni. Znów wracałam ze szkoły i jak to wtedy często bywało głowę miałam zaprzątniętą własnymi, niewesołymi myślami. Nagle wyrosła przede mną postać, musiałam raptownie się zatrzymać. Cud, że nie wyrżnęłam jak długa, przygniatając sobą małego znajomego. Stał przede mną o kilka kroków, w takiej odległości, abym nie mogła go uderzyć, gdybym miała taki zamiar. Wyciągnął do mnie rączkę i otworzył zaciśniętą dłoń. Była brudna, a na niej leżał jeden cukierek bez papierka. Zaniemówiłam. Nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać, bo zrozumiałam, że są to przeprosiny za pierwsze spotkanie.

  • To dla mnie, zapytałam? Tak jak wówczas nic nie powiedział tylko pokiwał głową. Gdyby nie fakt, że wtedy krzyczał za mną przekleństwo, to pomyślałabym, że mam do czynienia z niemową.
  • To miłe, że chcesz mi oddać swojego cukierka, ale ja nie lubię słodyczy, powiedziałam starając się, by mówić poważnie chociaż w środku wszystko się skręcało ze śmiechu. Zrobisz mi przyjemność, jeżeli zjesz go za moje zdrowie, odparłam. Jego twarzyczka rozjaśniła się uśmiechem, a ja zobaczyłam szczerbate uzębienie. Wsadził cukierka do ust błyskawicznie, jakby się bał zmiany zdania i pobiegł w kierunku podwórka.   
    Zdarzenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że zawsze warto rozmawiać, bez względu na to, czy ma się za interlokutora dorosłego czy dziecko. Nigdy więcej się nie spotkaliśmy, a ja byłam z siebie dumna, bo uznałam, że odniosłam pierwszy sukces wychowawczy.

poniedziałek, 4 września 2017

PRZYJACIÓŁKI I PRZYJACIELE cz.2

Podobno przygotowywano ten teren pod targowisko. Na drugim planie wieżowce,
w jednym z nich mieszkałam 11 lat.
    Klasę II szkoły podstawowej spędziłam w placówce na Pl. PKWN, oczekując kiedy oddają do użytku bliźniacze szkoły w moim nowym miejscu zamieszkania. Dziesięciopiętrowy budynek przy ul. Grabiszyńskiej stał się naszym kolejnym domem. Pomimo, że rodzina składała się tylko z rodziców i dwóch córek, dostaliśmy 3 pokoje, z kiszkowatą kuchnią, łazienką i całkiem dużym prawie kwadratowym przedpokojem. W budynku była winda i to doskonale funkcjonująca, ale ponieważ lokal znajdował się na pierwszym piętrze, to korzystaliśmy z niej tylko wtedy, gdy odwiedzaliśmy rodzinę J., mieszkającą na V piętrze . Zwiększona kubatura mieszkania wynikała z tego, że przysługiwał dodatkowy metraż z racji dziecka niepełnosprawnego. Przy ulicy stało 5 jednakowych wieżowców, między którymi pobudowane były 4 piętrowe domy, składające się z 4 klatek. Miedzy tymi budynkami znajdowały się podwórka, z trzepakiem, ławkami, piaskownicą i huśtawką. Mieszkańcy od tylnej strony budynku zakładali przydomowe ogródki, zwiększając powierzchnię zieloną, tego betonowego osiedla. Najbardziej znanym miejscem w tym rejonie był Zakład Produkcyjny PFWAG.
   Uwielbiałam to swoje miejsce zamieszkania. Po przeciwnej stronie ul. Grabiszyńskiej biegła uliczka osiedlowa, zabudowana garażami, a kończyła się przy stadionie „Śląsk”, na którym byłam parę razy w czasach uprawiania przez moją starszą o 3 lata siostrę lekkoatletyki . Próbowała swoich sił w skoku w dal, skoku wzwyż i biegach przez płotki, w których prym wiodła Grażyna Rabsztyn.

Najlepsza płotkarka PRL-u 


    Moja nowa Szkoła Podstawowa nr 105 znajdowała się niedaleko, ale dla mnie był to jednak spory wysiłek. Nie pamiętam czy przez pierwsze dwa lata odprowadzano mnie do szkoły, i który członek rodziny to robił. Natomiast powroty odbywały się już w towarzystwie Elżbiety B, mieszkającej w budynku prostopadle ustawionego do bramy stadionu i żeby było śmiesznie przypisanego do Pl. Srebrnego. Za tym blokiem oznaczonym nr 1 znajdował się faktycznie spory piaszczysty teren, ograniczony nasypem kolejowym. Między murem stadionu, a torami biegła wąska dróżka, którą mój ojciec codziennie, podążał do pracy( ja tylko czasami). Nie lubiłam tej drogi na skróty, ale szczerze powiedziawszy nie pamiętam dłuższej, przyjaźniejszej by dotrzeć  do ojca kiedy zachodziła konieczność.
   Nasza klasa liczyła 33 uczniów(jeżeli wierzyć zdjęciu z zakończenia VIII klasy), a wychowawczynią była Helena Ciesielska. W blokach znajdujących się w tym samym prostokącie zabudowy mieszkały jeszcze 4 inne osoby z mojej ówczesnej klasy pionu „c”. W pierwszym 4-piętrowcu mieszkała BB, niziutka brunetka, o dużych piwnych oczach, przez wszystkie lata nauki przyjaźniąca się z Ewą H. Ta była filigranową , blondynką o długich do ramion, falujących włosach i oczach jak bezchmurne niebo. Na parterze bloku stojącego tuż za budynkiem BB mieszkał Mirek O, mój drugi najważniejszy rówieśnik, którego obdarzyłam mianem przyjaciela. W wieżowcu identycznym jak mój na V pietrze mieszkała Ela O, której mama była w szkole kucharką, ale niestety zmarła na serce, gdy byłyśmy chyba w piątej klasie. W bloku Eli B miała mieszkanie rodzina Marka C, najwyższego i najchudszego chłopaka w klasie, którym interesowałabym się w kontekście damsko-męskim, gdybym nie wzdychała do Zbyszka K. 
    Ela B była moją najserdeczniejszą koleżanką, a wręcz przyjaciółką, bo choć matka nie lubiła bym chodziła „po ludziach", to znajomość z tą dziewczynką przyjmowała życzliwie. Zawsze miałam duży temperament, byłam ruchliwa i gadatliwa. Spokojna, zrównoważona i zawsze ustępująca mi Ela, 
Oto ja z okresu podstawówki, chociaż nie
umiem konkretnie powiedzieć ile miałam wtedy lat.



 była jakby moim dopełnieniem. Nie pamiętam żebyśmy się kłóciły, gniewały czy czegoś sobie zazdrościły. Jedynym felerem naszej przyjaźni był zakaz by Ela przychodziła do mnie czy kogokolwiek do domu. Natomiast jej rodzice nigdy nie mieli za złe, gdy ja spędzałam tam późne popołudnia aż do wieczora. Rodzina B mieszkała w dwupokojowym mieszkaniu, jeden pokój zajmowali rodzice, drugi Ela wraz z młodszą siostrą Joasią. Uwielbiałam panią domu, wysoką szczupłą blondynkę, po której starsza córka odziedziczyła kręcone jasne włosy. Ujarzmiała je zaplatając warkocze sięgające do pasa. Panią Ulę spotkałam przypadkiem w uzdrowisku, gdzie przebywałam wraz z synem w sanatorium. Jak mnie rozpoznała, nie wiem do dzisiaj, po prostu zawołała mnie po imieniu, gdy prowadziłam dziecko na basen. Okazało się, że przyjechała do młodszej córki, która wraz ze swoją pociechą Roksaną też była na leczeniu. Nasze spotkanie zaowocowało nawiązaniem krótkotrwałego kontaktu korespondencyjnego z Elą. Wtedy była ona już matką samotnie wychowującą dwóch pięknych synów, którzy chodzili do tej samej co my szkoły. Moja przyjaciółka po podstawówce ukończyła Technikum Chemiczne i pracowała w zawodzie. Zawsze była bardzo życzliwa ludziom i uczynna wobec nich. Nie zdziwiłam się, gdy przy pomocy Google dowiedziałam się dwa dni temu, że w roku 2014 kandydowała na radną. Czy nią została tego niestety nie wiem.
   Zapowiadając serię wspomnień o swoich przyjaciołach, napisałam, że każdy z nich zostawił ślad w moim życiu. Ela była dziewczyną o dużym poczuciu humoru, zawsze tak jak jej matka uśmiechniętą. Dzięki temu, że miała spokojny, ugodowy charakter i pozwoliła mi dominować, nie czułam się gorsza ani zakompleksiona. Zresztą wszyscy inni ludzie z mojej podstawówki nie dawali mi odczuć, że jestem inna, bo niepełnosprawna. Była w tym wielka zasługa nauczycieli, wspaniałych, wyrozumiałych. Uczniowie byli dla nich podopiecznymi, których należy wykształcić, wychować i wypuścić w świat, na tyle silnymi, by dali sobie radę.
   Z perspektywy czasu, jestem pewna że to było najpiękniejszych 5 lat jeszcze niedorosłego życia.

Ja to ta z prawej, obok koleżanka uważana za jedną
 z najwyższych dziewcząt, przeze mnie zwana modelką
gdyż zawsze była elegancka. Niestety nie pamiętam jej imienia.
    W następnym odcinku opowiem o pierwszym z Mirków, którzy stanęli na mojej drodze. Pomimo pochmurnego dnia, życzę aby był on mile spędzony.
                                           

* zdjęcia nie osobiste zaczerpnęłam z Google

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

JAK ZOSTAĆ WŁASNYM TERAPEUTĄ?

   Po przeczytaniu postu Iwony Kmity o opuszczaniu gniazda przez dzieci, oraz tego, co napisała w nim Magda, autorka bloga http://www.motywacjaiorganizacja.pl/ , przypomniała mi się pewna historia z młodości, którą chciałabym się  podzielić.
     Jest rok 1974, studiuję na Uniwersytecie Warszawskim. Nie uczęszczam na zajęcia z WF-u, bo jak inne osoby niepełnosprawne otrzymuję skierowanie do Poradni na ul. Waryńskiego. Tam wieczorami(o ile dobrze pamiętam dwa razy w tygodniu) odbywały się zajęcia relaksacyjne, zbiorowe i indywidualne. Były prowadzone przez panią psycholog, młodą brunetkę o imieniu Katarzyna.
   Zajęcia zbiorowe polegały na tym, że kładliśmy się na materacach, znanych z każdej sali gimnastycznej, a instruktorka siadała pośrodku koła z nich utworzonego. Naszym zadaniem było rozluźnienie się dzięki czemuś, co mnie kojarzyło się z „mini hipnozą”.
Do chwili pisania postu nie wiedziałam, że ten relaks tak właśnie się nazywa.
    Pani dźwięcznym, spokojnym głosem mówiła:” Zamknij oczy,wyobraź sobie, że leżysz w ciepłej kąpieli. Twoja prawa noga staje się ciężka, twoja lewa ręka staje się ciężka”. Kiedy dochodziło do tego, że całe ciało miało być już tak ciężkie, że tylko patrzeć jak idziemy pod wodę, to następował koniec : „zapadasz w sen”. Nie przeczę, że bywali tacy, którym ta sztuka się udawała, bo słychać było głębokie oddechy, a nawet chrapanie. Przez kilka takich spotkań leżałam cierpliwie, czekając końca, bo szanowałam Kasię i wiedziałam, że na tym polega jej praca. Jednak któregoś razu, pewnie po szczególnie ciężkim dniu na uczelni, nie wytrzymałam i siadając, wypaliłam „długo jeszcze tych bzdur?”. Terapeutka przybrała postać Bazyliszka, aż dziwne że jej wzrok mnie nie zabił. Zostałam poproszona na rozmowę, z której jasno wynikało, że rozwalam zajęcia.
   Wtedy przyznałam się, że mnie jest trudno się wyłączyć, bo mój mózg odbiera zupełnie inne bodźce i myśli są daleko od sali, materaca i jej gadki. Byłam pewna, że nie uzyskam na koniec semestru zaliczenia. Przy kolejnej wizycie w Przychodni, zostałam zwolniona z zajęć, bo jak stwierdzono, „nikt do niczego nie będzie mnie zmuszał”, a w indeksie uzyskałam podpis pod warunkiem, że sama zadbam o swój relaks.
    Od tego momentu mogłam robić to, co zaprzątało moją głowę w czasie opisanych zajęć. Po dniu spędzonym na wykładach, ćwiczeniach lub w bibliotece jechałam do domu, by jak najszybciej zdjąć buty ortopedyczne. Trzewiki sięgały do kolana, były sznurowane i miały usztywniać nogi nie tylko za pomocą wkładki ortopedycznej. Noszenie skórzanych butów przez 12 godzin skutkowało ich zapoceniem, odparzeniem, a w moim przypadku również odciskami i  odgniataniem paznokci u paluchów.
 Wtedy nie było maszynek do depilacji o wdzięcznej nazwie „Venus”. Zastępowała ją zwykła żyletka i nożyczki do wycinania skórek, którymi podcinałam paznokcie trzymające się palca tylko z jednego boku. Uwolnione z buciorów nogi miałam ochotę ułożyć tak wysoko jakbym wieszała je na żyrandolu.  Zazwyczaj taki odpoczynek trwał około godziny.  Gdy już mogłam stanąć bosą stopą na posadzce, wlokłam się do kuchni, by zjeść gorący posiłek ugotowany przez matkę. W ciągu 4 lat studiów tylko kilka razy moja przyjaciółka zabrała mnie na obiad do studenckiej stołówki, gdy współlokatorka nie mogła wykorzystać numerka, a nie chciała żeby obiad przepadł.
    Czasami szłyśmy razem do baru mlecznego, sama nigdy się na to nie odważyłam, bo nie umiałabym przenieść talerza od kontuaru do stolika, a wstydziłam się prosić o pomoc. Przeważały jednak takie dni, gdzie zjadałam wzięte z domu kanapki i popijałam oranżadą. Napojem odświętnym była szklanka herbaty z cytryną wypita w restauracji Domu Turysty „Harenda”. W kolejnych latach pracowałam nad organizacją czasu i udawało mi się wpadać do domu, w czasie obiadu by zjeść gorący, a nie odgrzewany.
   Po pierwszym roku studiów nie było już Kasi i jej zajęć, zastąpione zostały 3-tygodniowymi turnusami rehabilitacyjnymi w Jastrzębiej Górze.Wspominam je jak najlepiej, bo poznałam na nich wielu studentów z innych miast.
   Od tamtej pory moje usposobienie przeszło głęboką przemianę. Teraz najlepiej mną manipuluje mój syn, twierdzący że matce można wcisnąć każdą ciemnotę. Chyba jest to prawda, bo robili tak pseudo fachowcy i różnego rodzaju domokrążcy zachwalający towar czy usługę, w celu wyłudzenia zawyżonej ceny lub zaliczki na poczet zamówienia. Dawałam nabierać się wielokrotnie i powiedzenie „głupich nie sieją, sami się rodzą”, sprawdza się w moim przypadku wyśmienicie.
  
    Kilka lat przed urodzeniem syna dostałam od sąsiadki broszurkę, w której opisano losy pewnej kobiety. Nie chodziła, nie mówiła, ledwie ruszała jedną ręką. Opracowała system znaków, którymi posługiwała się w komunikacji z ludźmi. Dzięki temu przy współpracy z asystentką,  napisała książkę o swojej walce z niepełnosprawnością. Pokonała ją za pomocą relaksu autogennego. Nauczyła się obsługiwać maszynę do pisania. Zjeździła cały kraj z prelekcjami. Nie ukrywam, że opowieść zrobiła na mnie wrażenie.
    Z perspektywy 40 lat nie pamiętam jego założeń, ale wtedy, gdy lektura była świeża stosowałam „metodę autosugestii” w chwilach wielkiego stresu i napięcia. I o dziwo ale czułam się zawsze lepiej. Przychodziła mi wówczas na myśl psycholog Kasia, tak jak dziś.



   Nie uważam, że wszystko zależy od nas i nie ma ograniczeń. One są i zawsze będą, bo nie żyjemy na bezludnej wyspie. Prawdą jest jednak to, że jeżeli w coś bardzo wierzymy, to łatwiej jest nam pokonywać przeciwności. Idziemy do przodu z nadzieją realizacji planów, marzeń. Lepiej podchodzimy do swoich obowiązków.

*wszystkie ilustracje zostały zaczerpnięte z Google


                              

czwartek, 24 sierpnia 2017

MAŁPA W KĄPIELI

Z oczu,uszu, fryzury i uzębienia
podobieństwo uderzające!

Rada małpa, że się śmieli,
Kiedy mogła udać człeka,
Widząc panią raz w kąpieli,
Wlazła po stół – cicho czeka.
Pani wyszła, drzwi zamknęła
Małpa figlarz – nuż do dzieła!
Wziąwszy pański czepek ranny,
Prześcieradło
i zwierciadło –
Szust do wanny!
Dalej kurki kręcić żwawo!
W lewo, w prawo,

Z dołu, z góry
Aż się ukrop puścił z rury.
Ciepło – miło – niebo – raj!


    W roku 2004, parę miesięcy po śmierci mamy, podjęłam decyzję o remoncie swojego mieszkania. Pierwszy raz w życiu porywałam się na coś takiego, bo wcześniej wszystkim zajmowała się Rodzicielka. Nie miałam rozeznania ani w kosztach materiałów, ani w kwestii fachowców. Pieniądze jakie otrzymałam w spadku, remont w przeważającej części pochłonął. Nikt ze znajomych, nie chciał wierzyć, że odnowienie mieszkania(bez pokoju syna) kosztowało aż tyle. A ja plułam sobie w brodę, bo fachowcy, choć pochodzący z tzw. polecenia, okazali się partaczami, którzy za usługi brali kolosalne pieniądze, a ich praca nie była tego warta. Wyjątek stanowił glazurnik, starszy człowiek, który zawsze był punktualny i większość pracy wykonał dobrze, a jeszcze lepiej zakamuflował niedoróbki, które ja dostrzegłam już po rozliczeniu.
   W remoncie najważniejsza była dla mnie łazienka, ponieważ chodziło o likwidację wanny i zamontowanie brodzika z kabiną. Wspomniany glazurnik namówił mnie na wyższy , niż ten który parę tygodni wcześniej montował u sąsiadów mieszkających nade mną. W tamtym czasie chodziłam już z podpórką, ale nogi podnosiłam na tyle sprawnie, że zakupiona armatura, nie stwarzała problemów. Pozwoliłam sobie także na panel prysznicowy z hydromasażem i to był lek na całe rozgoryczenie remontem. Co wieczór biczowałam ciało, czułam się zrelaksowana i nie miałam kłopotów ze snem. Moja radość trwała parę lat, dopóki kamień nie osiadł na rurkach i nie pozapychał dyszy. Woda zamiast nimi zaczęła ściekać po panelu i musiałam zrezygnować z hydromasażu. Pozostał tylko prysznic.
   Przez następnych kilka lat zaczęłam odczuwać coraz większe trudności z wchodzeniem do brodzika. Wykonywałam prawie akrobacje cyrkowe, by zdrową nogę oprzeć o podest na którym stoi pralka, podciągając się jednocześnie na rękach, słabszą nogę stawiałam w kabinie i siadałam na przyściennym taborecie. Kiedy zorientowałam się, że osłabłe ręce już nie utrzymują ciężaru ciała, zaczęłam domagać się od syna małego podestu, po którym mogłabym się „wdrapywać" do brodzika. On jednak bojąc się, że takie coś ucieknie mi spod nóg, a ja rozwalę sobie głowę, nie chciał tego zrobić. Zaczęłam poszukiwania gotowych schodków, ale w internecie były albo za wysokie albo plastikowe przeznaczone dla dzieci.         Pewnego dnia trafiłam do sklepu ze sprzętem rehabilitacyjnym, w którym zobaczyłam coś takiego, o co mi chodziło. Dwustopniowy podest służył pracownikom do ściągania towaru z wyższych półek. Niestety na sprzedaż nie posiadali niczego zbliżonego. Najstarszy z personelu mężczyzna powiedział, że za 100 zł może coś takiego mi zrobić. Przedobrzył sprawę i przedmiot wyszedł za długi, za wysoki. Na szczęście facet okazał się rzetelny i już bez dopłaty zrobił całkiem zgrabny, nowy stołeczek. Przez kilka lat, spełniał swoje zadanie.
   
    Kiedy okazało się, że mam tak duży problem z podnoszeniem nóg, iż nie mogę oderwać stopy od posadzki,  nawet przy pomocy syna, trzeba było pomyśleć o zmianie brodzika.   Zrobienie wpuszczanego w podłogę nie wchodziło w rachubę, gdyż wymagałoby to cięcia stropu(tak powiedział fachowiec). Wymiana na niższy groziła uszkodzeniem terakoty, której posiadane zapasy mogły nie wystarczyć na uzupełnienie ubytków.
Przez kilka miesięcy walczyłam z synem, by zlikwidował kabinę, zastępując ją kotarą prysznicową.
    Byłam przekonana, że siadając na stołku tuż przy brzegu , będę przekładała nogi i trzymając się uchwytu podciągała do pozycji stojącej,żeby wejść do środka brodzika. Niestety chociaż syn zrobił znacznie więcej, bo wyciął połowę wysokości, a ja przemeblowałam łazienkę, by wstawić taboret, to jednak i tak mam problem z samodzielnym wchodzeniem.
 Pomyślałam o zamontowaniu poręczy przypodłogowych, ale wcale nie jestem pewna czy ułatwiłyby wchodzenie, bo problemem są nogi, którymi nie mogę się zaprzeć o dno, by podnieść się z taboretu czy wózka.


   Kilka dni temu, kiedy przyszedł mi do głowy pomysł napisania postu o moich perturbacjach kąpielowych znalazłam na Google grafika wannę z drzwiczkami. Teraz będę myślała nad zamianą brodzika na taką wannę, chociaż szczerze mówiąc moja słaba wyobraźnia przestrzenna, nie umie pojąć jak woda nie będzie przeciekała w miejscach łączenia się drzwiczek z brzegami i dnem wanny.
     Jeżeli macie pomysły(podpatrzone u rodziny, znajomych) jak mogłabym usprawnić samodzielną kąpiel, to bardzo proszę o podpowiedź. Gdy syn mi asystuje przy wchodzeniu i wychodzeniu, to zazwyczaj dochodzi do przykrej wymiany zdań i awantury. On nie może się pogodzić z tym, że stałam się taka niedołężna, a ja zarzucam mu brak empatii.
   Dawniej mawiano "częste mycie, skraca życie". Ja swojego nie chciałabym skrócić przez  niefortunny upadek.
   Pogoda w Warszawie słoneczna, życzę więc dobrego nastroju i udanego weekendu. 
      



czwartek, 17 sierpnia 2017

CZARNY KOT W ZRZĘDĘ ZAMIENIONY


                                             
   Zdarzyło się Wam zapędzić siebie samego w kozi róg? Opowiem jak ja to zrobiłam. Moja koleżanka po fachu(  wierzę, że Przyjaciółką pozwoli się zwać) „Jotka” na swoim blogu w dniu 29 czerwca 2017 roku zamieściła wiersz „Dwie Iwony”. Ów panegiryk poświęcony został mnie i dziennikarce Iwonie Kmicie. Zachwycona i ubawiona, tak wysoką oceną mojej osoby, a raczej bloga, postanowiłam zostawić komentarz nie tylko autorce, ale wszystkim komentatorom, którzy się wpisali przede mną. Wśród nich była osoba, o nicku „Asmodeusz” (mam nadzieję, że zarówno Jotka i autor cytatu, nie będą mieli za złe, że skopiowałam, to co poniżej bez ich zgody, dla wierności przekazu).

Ciekawe ile będę musiał się napocić, aby na podobną dedykację zasłużyć? :)))
Pozdrawiam ;)
pozwoliłam sobie odpowiedzieć:
Nie tak znowu bardzo, bo jeżeli "Jotka" Cię nie wyróżni, to może pójdę jej w sukurs i dedykację stworzę, chociażby w nagrodę, za pięknie brzmiący nick.

   Przyznaję się bez bicia, że wtedy nie znałam etymologii słowa „Asmodeusz”, bo skojarzyłam je błędnie z kotem z filmu „Siedem życzeń”. Dopiero następnego dnia, gdy zaczęłam zgłębiać temat, "włosy dęba mi stanęły”. Otóż okazało się, że ASMODEUSZ, to:

Aszmedaj wywodzi się od hebrajskiego słowa szamad, czyli burzyć, szkodzić, niszczyć. Natomiast Asmodeusz od irańskiego aēszma (gniew, szał) i daēwa (demon).” tyle definicja zaczerpnięta z Google.
   
   Jak już wielu z Was się domyśliło, ów kot z filmu, to był „mówiący kot Rademenes” . W realnym świecie boję się diabłów, demonów i zjawisk nadprzyrodzonych. Co prawda nick brzmiał pięknie, ale jego znaczenie wręcz odwrotnie. Dlatego nie pozostało mi nic innego, jak poznać człowieka, który się za nim skrywa, czytając jego bloga „Zrzęda”. Na stronie http://zrzeda.blogspot.com dowiedziałam się, że jest to jeden z dwóch blogów prowadzonych przez autora. Ten inny zatytułowany „Świętoszek” znajdziecie tu : http://antyfronda.blogspot.com/.
   Już sama liczba wejść na każdy blog, powinna mi uświadomić, że są one tak popularne, iż mojej rekomendacji nie potrzebują( „Zrzęda”- 80.424; „Świetoszek”- 56.352). Tym bardziej był to pomysł chybiony , że 28 lipca wspomniana „Jotka” zamieściła wiersz „Trzej muszkieterowie”, w którym omawia sylwetki: Anzai http://anzai.blog.onet.pl/ , Asmodeusza i Rademenesa http://kotmorski2015.blogspot.com. Mogłabym czuć się zwolniona z obietnicy danej, że dedykację stworzę. Jednak w przeciągu tego miesiąca zdążyłam przeczytać teksty( z 18 miesięcy) bloga „Zrzęda” i dla zmiany tematyki przerzucić się na „Świętoszka”.            Obiecałam „Asmodeuszowi” przeczytanie Jego blogów i chciałam się wywiązać. On jakby na wyrost, odwzajemnił się komentarzami pod kilkunastoma moimi wcześniejszymi postami. Jeżeli nie chciałam zrobić „z gęby cholewy”, to nie pozostawało mi nic innego jak napisać, co sądzę o autorze w/wym. blogów.
   „Zrzęda”, to blog poświęcony aktualnym wydarzeniom politycznym, szczególnie obecnie panującemu Prezydentowi. I tu pojawił się pierwszy „kozi róg”, gdyż na polityce się nie znam. Szczególnie ta dzisiejsza mnie mierzi. Chociaż posty były bardzo interesujące, wykazujące sporą znajomość tematu przez piszącego, to jednak pod niewieloma mogłam zamieścić komentarz, gdyż nie miałam zdania.
   Drugim rogiem, na który boleśnie się nadziałam okazał się „Świętoszek”, jego podtytuł brzmi : „o moralności, etyce, filozofii i religii”. Filozofii liznęłam trochę na wykładach dr Stefana Sarneckiego w czasie studiów, o moralności i etyce, wiem tyle ile stosuję w swoim własnym życiu. O religii, która zdaje się przeważać w postach, staram się nie wypowiadać, bo po pierwsze jestem przez wierzących uznawana za ateistkę, po drugie jest to sprawa bardzo indywidualna dla każdego człowieka. W tej sytuacji moich komentarzy u „Świętoszka” było jeszcze mniej niż na pierwszym blogu. U „Jotki” Asmodeusz napisał: „Do Iwony: Ostrzegałem :D”(29.06.br).  Nie przytoczę mojej odpowiedzi, bo dopiero po 6 tygodniach od jej zamieszczenia przekonałam się, że było to „masło maślane” i ktoś tak piszący nie powinien brać się za ocenianie innych.
   Wiele osób komentujących u mnie, poznało blog Asmodeusza wcześniej ode mnie, dlatego jeżeli miałabym zachęcać, to tych pozostałych. W przypadku obu blogów, autor wykazuje się bystrością umysłu, rozległą wiedzą, rzetelną argumentacją własnych sądów, popartą odwoływaniem się do źródeł, z których korzystał przy pisaniu notki. Pod względem merytorycznym nie mogę nic zarzucić autorowi. Tak jak tekst można przygotować w spokoju, po przemyśleniu i w oparciu o sprawdzone informacje, tak komentarze, to już trochę inna sprawa, bo nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co zarzuci nam oponent. Ta część podobała mi się w wielu przypadkach dużo bardziej niż esej(czy felieton) jak pragnąłby nazywać swoje pisanie Asmodeusz. To komentarze pokazują jak inteligentnym człowiekiem jest autor, a nazwiska komentatorów u niego piszących mówią znacznie więcej niż ja mogłabym powiedzieć kiedykolwiek. A oto znaleziona w komentarzach wypowiedź samego zainteresowanego na swój tematAleż nie, zrzęda to zrzęda, typ, który na wszystko narzeka, coś jak malkontent. Przyznam w sekrecie, że nie cierpię takich typów, ale ponieważ mam w sobie dużo przekory i przede wszystkim dystansu do samego siebie, nie wyłączając własnych poglądów – stąd ten tytuł, bo przecież ja uwielbiam wytykać hipokryzję, zakłamanie i nietolerancję, czasami samemu sobie, gdy siebie na tym przyłapię. Inna sprawa, że nie mam aspiracji do naprawiania świata, to zadanie ponad siły jednostki, o czym przekonał się nawet Jezus Chrystus, a przecież Bóg.
Dziękuję za pozdrowienia i je odwzajemniam.”

   Jeżeli interesuje Cię współczesna polska polityka lub chciałbyś podyskutować o kulturze (Klątwa „Klątwy” 5.08), ekologii („Czyńcie sobie ziemię poddaną”15.06) , seksie (Seks niekoniecznie w wielkim mieście”10.05) , byciu singlem („Single” 20.05) czy mieszkaniu razem przed ślubem („Kilka powodów na próbę” 6.05), a to wszystko na tle zapatrywań ludzi wierzących, to wpadnij z wizytą do Asmodeusza. Nie będzie to czas stracony. Ja nie żałuję godzin spędzonych „z nim” i jego blogami.
   Teraz co wrażliwszych lub nie umiejących przymrużyć oka proszę o zakończenie czytania.
                       
                       
                         ASMODEUSZ NA WSI ŻYWOT EMERYTA PĘDZI,
                         WIĘC NA BLOCHACH SWOICH ZRZĘDZI.
                         BY ŻYCIE SZYBCIEJ I WESELEJ MIJAŁO,
                         FELIETONISTĄ ZOSTAĆ MU SIĘ ZACHCIAŁO.
                         DLATEGO ŚWIĘTOSZKOWATO GAWĘDZI.*
     Drogi Asmodeuszu, groźbę swą spełniłam i Twą pracę oceniłam. Uwagi na temat stylu niektórych zdań, literówek i innych błędów zachowam dla siebie, bo kartkę z notatkami diabeł ogonem przykrył. Poza tym: "niech pierwszy rzuci kamieniem, kto jest bez winy"

* teraz moi Drodzy wiecie, dlaczego prawdziwą poetką nie zostałam.:)))))










sobota, 12 sierpnia 2017

MNIEJ I BARDZIEJ ZNANI - "Wrocławski sen Salomei"

Salomea Kapuścińska
   Kiedy w nocy z czwartku na piątek zaczął w mojej głowie powstawać zarys postu, nie wiedziałam, że pierwszą informacją z przeglądarki będzie Jej nekrolog. Kiedy 8 kwietnia 2016 roku w poście „Moje hobby-drugie podejście" pisałam te słowa: „Dlatego na koniec dzisiejszego postu zamieszczę jeden z moich ulubionych wierszy Salomei Kapuścińskiej, wrocławskiej poetki, za sprawą której literatką nie zostałam. Była pierwszą i jedyną recenzentką moich wierszy, a ponieważ jej opinia była dla mnie, nastolatki druzgocąca, na wiele lat zarzuciłam pisanie”,nie wiedziałam że w niespełna miesiąc później pożegna Ją nie tylko Rodzina, ale wszyscy kochający poezję.
   Wikipedia mówi o Niej tak mało, że aż trudno w to uwierzyć. Najobszerniejszą notkę wraz ze zdjęciem zamieścił Wrocławski Oddział Pisarzy Polskich, przy okazji 3 spotkania w ramach cyklu „Pomosty literackie”( w dniu 22 czerwca 2017 Waldemar Okoń, będący gościem, wspominał tę niezwykłą kobietę).
   Salomea Anna Kapuścińska(ur. 1940, zm. 2016), poetka, autorka słuchowisk oraz tekstów piosenek. Ukończyła Wydział Historyczny (historię sztuki) na Uniwersytecie Wrocławskim oraz Państwowe Ognisko Kultury Plastycznej. Pracowała jako dekoratorka wnętrz. Debiutowała jako poetka na łamach czasopisma „Poglądy” (Katowice) w 1957 roku. Brała czynny udział w życiu kulturalnym wrocławskich klubów: Pałacyk oraz Związki Twórcze Debiutowała w 1962 roku tomikiem pt: „Chłodno jest oczom”, później wydała m. in. „Wołanie na ptaka” (1970), „Zbroja błękitna” (1973), „Tryptyk ze snu” (1976), „Białostrunne” (1978), „Zmilczenia” (1980), „Czuwanie” (1981), „Pożegnanie brata” (1986), „Nadzieja” (1987) i ostatni tomik „Modrzewie” wydany w 1993 roku w ramach serii „Z kołatką” wrocławskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. W sumie opublikowała 12 zbiorów wierszy. W jej wierszach znajdują się liczne motywy nawiązujące do przyrody, szczególnie gór. Ostatnie lata życia spędziła w domu opieki pod Wrocławiem, gdzie dalej tworzyła poezję.

Tak wyglądałam w czasie, który wspominam

   Poznałam Ją przez przypadek, kiedy Biblioteka Publiczna dla dzieci i młodzieży przy ul. Stalowej we Wrocławiu zorganizowała konkurs literacki „Wrocław - moje miasto”. Bibliotekarka namówiła mnie, żebym wzięła w nim udział, chociaż o ciągotach „pisarskich” raczej nie wiedziała. Znała mnie jako dziewczynę dużo czytającą. Miałam 14 może 15 lat, podkochiwałam się w Zbyszku Kuczyńskim, o kilka lat starszym sąsiedzie, wówczas już licealiście. Z dużym prawdopodobieństwem był adresatem powstających wtedy wierszy. Pamiętnika nie prowadziłam, z obawy że wpadnie w ręce Rodzicielki,która przeczytawszy go, wyszydziłaby mnie i poczynione wyznania.
   Kiedy okazało się, że mój wiersz zyskał uznanie jury, w skład którego wchodziła właśnie S. Kapuścińska, to odbierając z Jej rąk nagrodę, odważyłam się poprosić o przejrzenie moich wierszy. Twórczości poetki nie znałam, zaczęłam się nią interesować dopiero po naszym spotkaniu. Kilka dni później bibliotekarka zwróciła mi zeszyt wraz z karteczką, na której były bolesne, ale szczere słowa krytyki. Poetka porównała moją pisaninę, do poezji Marii Konopnickiej. Nigdy nie lubiłam tej pisarki i poetki. Jej „O sierotce Marysi i siedmiu krasnoludkach” przeczytałam, bo była to lektura szkolna. „Rotę” jako utwór patriotyczny każdy uczeń musiał znać na pamięć. Te dwie rzeczy wystarczyły, żebym Marię Konopnicką kojarzyła jak najgorzej. A tu o zgrozo, moje utwory, które uważałam za nowatorskie w treści i formie, spotkał taki los.

   Rozpoczęcie innego koszmaru, czyli nauki w liceum, pomogło mi pogrzebać myśli o pisaniu. Co dziwniejsze, choć zostałam smagnięta „biczem krytyki” nie przestałam lubić samej Salomei. Wręcz przeciwnie. Było w niej bowiem coś magicznego, nieuchwytnego, trudnego do sprecyzowania. Kiedy się na Nią patrzyło, widziało się skromną, cichą, zamkniętą w sobie kobietę. Niektórzy powiedzieliby "panienka z dobrego domu" i taką rzeczywiście była, córką znanego okulisty. Zwięzła w wypowiedziach, nie oszczędzała "pisarskich nowicjuszy".
Jej debiutancki tomik „Chłodno jest oczom” nie był w tym czasie do zdobycia. W następnych latach udało mi się natomiast kupić najpierw „Zbroję błękitną”(1973), potem „Wołanie na ptaka” i „Białostrunne”. Można kochać książki i chcieć tymi najukochańszymi zapełniać półki we własnym domu, ale życie również w tej materii weryfikuje nasze pragnienia. Na studiach nie było mnie stać na nabywanie kolejnych tomików. Tym bardziej nie było to możliwe, gdy pojawił się syn, a ja zostałam samotną matką. Dlatego też pomimo, iż poetka wydała 12 tomików, mnie o Niej będą przypominać tylko te trzy.
Pierwszy raz o Salomei Kapuścińskiej napisałam około roku 2010 na moim poprzednim blogu. Niestety tamten post się nie zachował, dlatego przystępując do pisania dzisiejszego, prześledziłam wpisy na Jej temat w Google. Nie udało mi się odnaleźć fragmentów jednej ze sztuk, było to coś związanego z Misterium, choć bardzo by się przydał taki przykład, bo dowodził głębokiej wiary poetki. Religijny wątek w Jej poezji porusza Kazimierz Bukowski w „Katechezy:Czy warto być chrześcijaninem” zamieszczając wiersz„Czarna Madonna”. Szukałam też tekstów piosenek, ale te odnajdziecie na płycie Katarzyny Groniec, która śpiewa między innymi teksty Salomei.
   Dzisiejszy post jest bogatszy o wiedzę o poetce, bo nie jestem jedyną blogerką, którą zafascynowała Jej poezja. Wiersz „Proszę zostań ze mną” przeczytacie na blogu „Sezam rozmaitości” http://annf.bloog.plNa blogu „Co mi w duszy gra...wszystko jest poezją”-malowane-wierszem.blogspot.com przytoczono wiersz „Gazela”. Pod adresem http://ewairena.blogspot.com blogerka „Zuzia" zamieściła wiersz „Śniegi”.*
   Salomea Anna Kapuścińska zmarła w wieku 76 lat. Myślę, że byłaby jeżeli nie szczęśliwa, to przynajmniej zadowolona, że ponad pół wieku trudu twórczego, znajduje coraz to nowych wielbicieli.

szumiały lasy gwiazd
obracała się ziemia ta najczulsza z planet
w dłoni tajemnej
wszystko było z sobą tak czasem powiązane
i ty byłeś ze mną                                                               

że gdyby stanęły zegary
po wszystkich kontynentach
badałaby twój puls
wśród gwiazd
warga napięta

(„Erotyk” z tomiku „Zbroja błękitna)









przyjdź morzem czarnym
przyjdź krzykiem fali
przyjdź huraganem mew
przyjdź morzem czarnym potopem otwartym
przyjdź jak wraca pieśń
przyjdź kwiatem umarłym dręczonym przez zamieć
przyjdź wielką bezbrzeżną pamięcią
przyjdź nocą rozdartą mknącymi gwiazdami
przyjdź tęczą

i ocal mnie lodem ocal płomieniem
od naciągających zim
przyjdź śmiercią i klęską i ciałem i cieniem
po dym po noc po dym

(„Przyjdź...” z tomiku „Wołanie na ptaka”)
***
i wtul we włosy całą gorycz nieba
i gorycz kwiatów które ledwo kwitną
a wiedzą że im kwitnąć nad miarę potrzeba
po dwakroć po trzykroć

i wtul we włosy cały krzyk natury
i ucisz wiatry najczulszymi słowy
i niebo podpal słońcem i rozerwij chmury

aby się wszystko to stało na świecie
co w twojej leży potędze człowieczej
-by miłość wzeszła jak stos piorunowy
(Wiersz z tomiku "Białostrunne")

* pomimo kilkukrotnej weryfikacji tekstu, nie udało mi się zniwelować przerw między wyrazami, w niektórych zdaniach. Powstają one w trakcie zapisywania i przechodzenia do podglądu.







poniedziałek, 7 sierpnia 2017

PRZYJACIÓŁKI I PRZYJACIELE część 1

   „Ach, dzieciństwo! Kiedy czas płynie jeszcze tak powoli,iż rzeczy na pozór niemal tkwią w miejscu i wydaje się nam, że pozostaną zawsze takie jak dziś”.
                                Artur Schopenhauer „Aforyzmy o mądrości życia”

Tak wyglądałam w I kl .Sz .P

W pierwszej klasie szkoły podstawowej bardzo silnym uczuciem darzyłam Zbyszka K. Pamiętam go jako szczupłego, wysokiego( jak na 7- latka) szatyna. Miałam to szczęście, że rodzice nie oddali mnie do szkoły specjalnej tylko uczyłam się ze zdrowymi dziećmi. W momencie rozpoczęcia przeze mnie nauki, moja matka pracowała jako nauczycielka ale w innej szkole. Dziwne ale z lat podstawówki nie pamiętam swojej siostry, a przecież do różnych szkół zaczęłyśmy chodzić chyba dopiero od liceum. Wychowawczynią naszą była pani Zofia Miklaszewska, młoda, wysoka kobieta o złoty sercu. To ona, gdy dowiedziała się, że w Jej klasie będzie niepełnosprawne dziecko, ogłosiła akcję bezpieczna przerwa. W ramach tych działań w czasie między lekcjami spacerowałam po korytarzu, a nie siedziałam samotnie w ławce. Zbyszek został moim „ochroniarzem”, miał za zadanie dbać o to, by rozbiegani uczniowie nie wpadli na mnie, powodując niechybny upadek. Ponieważ zawsze miałam problemy z utrzymaniem równowagi, a poruszałam się wolno i niepewnie, to trzymałam pod ręce dwie dziewczynki. Żałuję, że nie utkwiły w mej pamięci równie mocno jak ów chłopak. Po lekcjach, z nim i jego rodziną spędzałam czas aż do późnego popołudnia, kiedy to mnie odbierano.
    Mama Zbyszka zajmowała się jego młodszą siostrą, która była na tyle mała, że nie kwalifikowała się jeszcze do przedszkola. W pogodne dni najwięcej czasu spędzaliśmy na podwórku, głównie przy trzepaku. W domu państwa K. czułam się lepiej niż u siebie. Po zmianie miejsca zamieszkania z ul. Świerczewskiego, na ul. Grabiszyńską, nasze kontakty się urwały, ale nigdy o nim nie zapomniałam. 
   Spotkaliśmy się przez przypadek dziesięć lat później w sanatorium w Lądku Zdroju, gdzie rozpoznał mnie jego ojciec. Jako dziecko nigdy nie zastanawiałam się, kim jest i gdzie pracuje tata Zbyszka. Byłam wielce zaskoczona, gdy pewnego roku przechodząc przez taras, łączący dwie części(dziecięcą i dla dorosłych) Ośrodka Rehabilitacyjnego, usłyszałam swoje imię. Obróciwszy się w stronę wołającego, zobaczyłam mężczyznę w średnim wieku, siedzącego na leżaku. Nie wiem jak po tak długim czasie on mnie rozpoznał, ja jego nie. Zbyszek odwiedził ojca którejś niedzieli i wtedy okazało się, że tak długi okres niewidzenia się, spowodował że nie mieliśmy sobie zbyt wiele do powiedzenia. Rozmowa była drętwa, pełna komunałów. Oboje byliśmy spięci, on stał z głową zwieszoną jakby bał się spojrzeć w oczy. Nie obiecaliśmy sobie utrzymania kontaktów, nie wymieniliśmy się adresami.
    Nie pamiętam od kogo dowiedziałam się, że podobno zamieszkali vis a vis mojego ogólniaka. Osoba ta powiedziała mi także, że Zbyszek jest ciężko chory, bo ma raka żołądka. Nie zdobyłam się na sprawdzenie tych informacji, choć wystarczyło tylko po lekcjach, przejść na drugą stronę ulicy. Bałam się, że informacja o śmiertelnej chorobie może okazać się prawdziwa, a ja nie będę wiedziała jak się zachować , nie znajdę słów pocieszenia. Okazałam się tchórzem, który wolał zachować w pamięci obraz siedmiolatka. Do dziś w chwilach nostalgii za rodzinnym miastem i ludźmi, którzy tam pozostali, zastanawiam się jak potoczyły się losy, tych moich pierwszych przyjaciół, bo był nim nie tylko Zbyszek ale cała jego rodzina.
      Na poniższym zdjęciu jestem z pielęgniarką, pracującą wówczas w Ośrodku Rehabilitacyjnym w Lądku Zdroju.
Tak mniej więcej 10 lat później przy
kolejnym naszym spotkaniu.  












  Jak już wspomniałam, nie wiem co dzieje się z moim przyjacielem z dzieciństwa. To właśnie dzięki niemu przez długie latach byłam przeświadczona, że przyjaźń między kobietą a mężczyzną jest możliwa i długotrwała. Nie najlepsze doświadczenia z facetami, mocno zweryfikowały moje poglądy. Ponieważ jednak nadzieja umiera ostatnia, to wierzę że osoby czytające tekst, potwierdzą moje dziecięce wyobrażenia.


                         „Każdemu, kto ma choć jednego przyjaciela, Bóg dał dwa światy.”

                                                 (Oscar Wilde „Listy”)