środa, 6 stycznia 2016

LODÓWKA PĘKA W SZWACH i ja też

   Od dwunastu lat ten sam schemat, narobienie się przed świętami, nakupowanie, żeby nie zabrakło. A potem wyjadanie do sylwestra albo i dłużej, bo przecież nikt nie będzie wyrzucał jedzenia. Na pierwszy rzut idą produkty łatwo się psujące, potem wg terminu przydatności. Wędliny szybko zmieniają kolor, robią się oślizgłe. Chociaż jajka w zimie nie są najsmaczniejsze, to skrawa się, te mało ciekawie wyglądające wędliny, smaży na skwarki i robi jajecznicę(często je się ją z rozsądku, a nie ze smakiem).
   W tym roku powiedziałam:święta, to tak jak weekend tylko bardzo uroczysty, kupić tyle, żeby na pewno zjeść. Listę robiłam bardzo skrupulatnie i wydawało mi się, że nabyłam tylko to, co niezbędne. Żeby uniknąć szybkiego zepsucia się wędlin, to kupiłam paczkowane, które mogą poleżeć w chłodziarce. Przewodzić miały mięsa pieczone(co z tego wyszło, wiecie z wcześniejszych postów). Wigilia zakończona na jednym daniu. Brak jakiejkolwiek chęci do jedzenia, sprawiły, że lodówka nadal pełna, a apetyt prawie zerowy. Dobry jest dzień, kiedy zjem jeden posiłek. Pewnie przyjdzie mi kupić „Apetizer” dla dorosłych.
    Zabawna była historia z bigosem. Robiłam go tak samo jak we wcześniejszych latach. Po dwóch dniach syn przychodzi i mówi:” ten bigos jakiś dziwny, bąbelki się na powierzchni pokazały i mocno kwaśny,chyba się skisił”. Do tej pory nic takiego mi się nie zdarzyło, więc mocno się zdziwiłam. Mówiłeś, że lodówka wasza oblodzenie ma duże, a potrawy nie zachowują świeżości- odpowiadam. Albo tobie smak się zepsuł. Nakazuję sobie zgrzać owego bigosu i zjadam z apetytem. Rewolucji żołądkowych nie miałam, to pewnie dobry, pomyślałam. Spasteryzowałam 3 słoiki, a resztę powoli jadłam. Po dalszych dwóch dniach syn przyszedł i poprosił o bigos(swój wyrzucił, w dniu gdy uznał, że zepsuty). Zjadł, żyje i dziwił się, że sensacji trawiennych nie miał. . Najprawdopodobniej ta jego część też była jadalna, tylko on miał smak zepsuty np. od zbyt dużej ilości wypitych trunków wyskokowych. Sprawdziło się porzekadło „co nagle, to po diable”. Inne specjały zjadam ale daleko do końca, choć wpycham w siebie, że faktycznie boczki rosną, a ubrania pękają w szwach. Najwięcej nakupowałam śledzi i ryby, a najmniejszą mam na nie ochotę. Z jednej strony nie chciałabym, żeby produkty się popsuły, z drugiej się cieszę, bo nie muszę wychodzić z domu, by zrobić zakupy. Zimnica podobno taka, że nie chce się wyściubiać nosa za próg. Gdybym musiała iść do sklepu, to na bank wróciłabym z przeziębieniem lub chorymi oskrzelami, bo chodzę wolno(zmarzłabym) i oddycham ustami( bo nosem nie umiem), to gardło i od niego reszta układu oddechowego byłaby załatwiona. Swoją drogą jakiś czas temu zauważyłam dziwną prawidłowość i nie wiem z czego ona wynika. Gdy lodówka i portfel pełne, to mnie się jeść nie chce. Jeżeli jednak zdarzy się tak, że pieniądze wydane przed wpłynięciem na konto następnej renty, lodówka świeci pustkami albo nie mogę się doprosić, by mi zrobiono zakupy, to wtedy zżarłabym „konia z kopytami”.
    Idę obejrzeć „1001 noc”, a później „Wspaniałe stulecie”. Do miłego zobaczenia.


P.S( dopisane dwie godziny później ): drugiego stycznia wzięłam za niedzielę, a dziś zapomniałam, że święto „Trzech Króli” i seriali nie puszczają. Głowa chyba mi nawala.

6 komentarzy:

  1. Mnie od kilku już lat udaje się prawie nie wyrzucać jedzenia. W tym roku nie wytrzymało tylko kilka śledzi w śmietanie. Wędlin w ogóle na Święta nie kupuję, poza kilkoma gatunkami kiełbas do grzania, które od razu po przyniesieniu do domu zamrażam i kabanosami, które długo są smaczne i się nie psują. Wędliny (zimne mięsa) robię sama i one jednak dużo dłużej niż kupowane zachowują swoją świeżość.
    Ja także nie lubię wyrzucania jedzenia, ale jeszcze bardziej boję się zatruć pokarmowych, więc gdy cokolwiek jest podejrzane, to żadne odcinanie lepiej wyglądających części albo przesmażanie u mnie nie wchodzi w grę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę,że każdy zatruć się boi.Kiełbasy do grzania też kupiłam ale kabanosów nie mam czym gryźć. Kiedy miałam pełne uzębienie, to kabanosy były moją ulubioną wędliną. Być może ja też z czasem nauczę się lepszego gospodarowania. Pozdrawiam.

      Usuń
  2. Tym razem pamiętałam, że jest święto i po zakupy pojechałam poprzedniego dnia. W domu już prawie nic nie zostało po świątecznych zapasach, mięso nie zjedzone, zamrożone. Warzywa powoli przerabiam, ale one mogą kilka dni poleżeć.
    Ogólnie w tym roku ani wyrzucania nie ma, ani przejedzenia zbyt dużego. :)
    pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam na moim blogu. Pozazdrościć roztropności.Ja o święcie zapomniałam, przejedzenia nie było, a mimo tego jakoś dziwnie będę wspominała minione Boże Narodzenie. Przesyłając życzenia wszelkiej pomyślności w nowym roku, zapraszam do częstych odwiedzin.

      Usuń
  3. Kiedyś miałem podobna historię z kompotem. Zapomniało się o suszonych śliwkach, więc wyjąłem ze spiżarki kompocik (moja specjalność) Ktoś tam stwierdził, że kompot chyba dziwnie smakuje, że pewnie wieczko było niedomknięte, ale po kwadransie wszyscy jakoś tak dziwnie weseli byli. Okazało się, że ten kompocik to była taka słaba naleweczka (mam też mocniejsze). W rezultacie, w wigilię cała rodzina się spiła...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widocznie kompocik miał odpowiednią fermentację i przez długie stanie nabrał właściwej mocy. Lepiej uczcić wigilię lekkim rauszem niż smutkiem.

      Usuń