niedziela, 24 kwietnia 2016
PRAGNIENIE
Smutku! Czemu przychodzisz?
Refleksjo! Dlaczego mnie dręczysz?
Ja pragnę tylko -
spokoju
i barwnych kwiatów naręczy,
perfum zapachu słodkiego,
ciszy leciutkiej jak mgiełka,
spełnienia bolesnej tęsknoty,
że Twoja pieści mnie ręka.
A BYŁO TAK ...I TAK
Kończy się bardzo trudny tydzień.
Najpierw przeczytanie notki u Róży(nie żałuję, że to zrobiłam, wręcz przeciwnie), potem moja reakcja,
wyrażona notką, pod którą ukazało się tyle komentarzy, że przecierałam oczy ze zdumienia . Tego dnia liczba wyświetleń
przekroczyła grubo setkę. Ci, którzy weszli na bloga, by
przeczytać notkę, utworzyli łańcuszek szczęścia specjalnie dla
mnie. Serdeczne dzięki.
Tak po prawdzie mijający tydzień
zamierzałam rozpocząć notką, która miała być moim głosem
w sprawie zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Impulsem do jej
napisania była manifestacja, która odbyła się w niedzielę
17. kwietnia. Zastanawiając się nad formą notki, rozważałam dwie
koncepcje. Jedna zakładała opowieść sentymentalną o trudnych
narodzinach i niechcianych zgonach dzieci w mojej własnej rodzinie.
Chciałam w ten sposób pokazać, że bywają sytuacje, w
których człowiek dorosły jest bezradny jak dziecko, o które
spór się toczy.
Druga z nich, ta bliższa mnie samej, miała
być „uderzeniem bejsbolem między oczy”(czyli mocno i dosadnie, co o tym pomyśle sądzę). Rozterka moja się
skończyła, gdy przeczytałam na
http://leszek-mojerefleksje-blog-onet.blogspot.com
notki z 6 IV „Wyskrobać rozum” i 9 IV „Jebuny”. Zrozumiałam,
że czegokolwiek bym nie napisała, w jakąkolwiek formę bym tego nie ubrała, to będzie to erzac, plagiat, nieudolne naśladownictwo
w/wym postów. Gorąco polecam oba do przeczytania(Piotrze, a mnie się te Jebuny podobały i nie uważam tego za przekleństwo, przynajmniej widać, że nie jesteś hipokrytą).
Postanowiłam przenieść się od
spraw społecznych, w krainę wyobraźni i piątek spędziłam na
blogu „Szydełko Kiry”, poznając w ten sposób wspaniałą
młodą kobietę i jej rękodzielnicze cudeńka. Co prawda
refleksja, po zakończeniu poznawania bloga była dla mnie samej
niekorzystna, ale to nie wina Karoliny, autorki bloga, tylko moich
własnych ograniczeń i znikomych umiejętności. Bo czy jest sens
pisać, że jednym z moich hobby, są robótki ręczne, co
wypadałoby zilustrować pracami, kiedy dostrzega się różnicę
poziomów?. Powiadają, że co cię nie zabije, to cię
wzmocni”, w zgodzie z tym porzekadłem postanowiłam pracować nad
jakością moich szydełkowych i krawieckich prac. Wszak „nie o to
chodzi, by złapać króliczka, ale żeby go gonić”. "Szydełko Kiry", to strona ciekawa dla pań, chociaż gdyby któryś z panów chciał swojej lubej sprawić niecodzienny prezent(a lubimy je dostawać), to może tam zajrzeć. K.B. chętnie pomoże(adres na moim marginesie, wśród ulubionych blogów).
Zapytacie może samych siebie, co
posty Piotra czy prace Karoliny mają wspólnego z tym, że ja
miałam trudny tydzień. Otóż one sprawiły, że nie był jeszcze gorszy.
Jaki będzie ten następny, który
zakończy się pierwszego dnia maja(mojego ulubionego miesiąca) , tego nie
wiem. Może pogoda się poprawi, a co za tym idzie ból nóg,
głowy i rąk będzie znośny, a psychika „wejdzie” na poziom
optymistyczny i wtedy zacznę wywiązywać się ze złożonych
obietnic. Przecież w notce "Trudny miesiąc” obiecałam, że kiedyś
pokażę koszyk, który został serwetką i kwiaty robione dla
Azalii, dziergającej je piękniej ode mnie. To nic, że będą to
wpadki, a te zazwyczaj przygnębiają. Nadal będę
to ja, z moimi ułomnościami:fizyczną(od urodzenia), psychiczną(od
czasu do czasu) i manualną(pomimo której dziergam, gdy dwie poprzednie mi na to pozwalają).
Miłego przyszłego tygodnia życzę
moim dawniejszym i nowym znajomym.
wtorek, 19 kwietnia 2016
OD RANA ŁZY.....
Ten post miał być napisany wczoraj,
ale nie byłam w stanie, właśnie z powodu łez.
W nocy z piątku na sobotę, nie
mogąc spać, siedziałam przy laptopie i robiłam przegląd moich
ulubionych blogów. Kiedy doszłam do „Dojrzałe jest pyszne" ukazała się odpowiedź „nie znaleziono takiego bloga”.
Zdziwiłam się, a nawet trochę poirytowałam, bo przecież wiem, że
taki blog jest. Nie ma jednak sensu mieć go na swojej liście jeżeli
nie można do niego dotrzeć. Weszłam w „ustawienia” i chciałam
skasować daną pozycję. Pomimo wciśnięcia „usuń”, po wejściu
na bloga, pozycja nadal znajdowała się na prawym marginesie. Tak
kombinowałam, próbując zmienić ten stan rzeczy, że
skasowałam całą listę. Następnej nocy próbowałam ją
odtworzyć, dodając inne nie uwzględnione do tej pory blogi. Nie
wiem czy pierwotną listę przywróciłam. Udało mi się
jednak ponownie umieścić wyżej wspomniany blog i tym razem po
nakierowaniu kursora na jego nazwę, trafiałam do celu. Co prawda
problem „nie znaleziono adresu..” pojawił się tym razem przy
okazji dopisanego bloga „leszek-moje-refleksje-blog.onet” ale tym
razem już nie próbowałam go usuwać tylko wpisałam go
ponownie, a kiedy nowy zapis poskutkował, usunęłam stary i o dziwo
udało się.
Po kolejnej nieprzespanej nocy, z
których każda to męczarnia(a jak duża wie „iw-od-nowa”,
bo u siebie opisała ten problem), w poniedziałek rano wstałam o
7.00. Nie było sensu przewracać się z boku na bok, czemu za każdym
razem towarzyszył ból prawej pachwiny. „Czego się nie
najesz, to się nie na liżesz” jak powiadają. Zasiadłam do
laptopa i w pierwszym rzędzie weszłam na bloga Róży W, by
uczcić fakt, że mogę do niego trafić z własnego miejsca, a nie
przez listę Zante. Na początek przeczytałam „dykteryjki” były
tylko trzy, więc mogłam zrobić to za jednym zamachem. Obśmiałam
się, co zachęciło mnie do dalszego czytania. To był błąd.Gdybym
na tym skończyła lekturę, to mógłby być to całkiem miły
dzień. Ja jednak posłuchałam podszeptów „szatana” i trafiłam na posta „Dochodowy sposób na życie. Dziecko”.
Jeszcze przed dotarciem do końca, oczy mi się zaszkliły,
ekran stał się mniej wyraźny. Serce zaczęło walić, a cała
reszta buzowała jak wulkan przed erupcją. Musiałam przerwać,
zamknęłam bloga. Próbowałam się uspokoić, w tym celu
postanowiłam udać się do łazienki, bo pęcherz upominał się o
swoje, pierwszy raz byłam mu wdzięczna, bo zazwyczaj daje znać o
sobie w nieodpowiednich momentach, wzbudzając moją irytację. Po
wejściu do przedpokoju, natrafiłam na przeszkodę- wielką kałużę.
Któraś z moich suczek nie wytrzymała. Musiałam wrócić
do pokoju, chwycić szmatę do podłogi(leży tam, podobnie jak druga
w kuchni, na wypadek gdyby woda z misek została rozlana, bądź to
przez baraszkujące psy, bądź przez nieuważną panią), przejść
do kuchni, po tę drugą i obie rzucić w mokre miejsca.
Wykorzystując nieliczne suche miejsca na ścierkach zrobiłam kurs
do łazienki i z powrotem, nie poślizgnąwszy się na mokrym gresie,
co groziło „przywitaniem matki ziemi”.
Zasiadłam ponownie do laptopa w
nadziei, że notki na innych blogach będą weselsze, optymistyczne i
pozwolą powrócić do równowagi. Chwilę relaksu
miałam czytając „Jak każda kobieta” na „Niecodzienne
notatki” i uśmiech, gdy na „Pragmatyk na wsi...” znalazłam
myśl Umberta Eco „Kto czyta książki żyje podwójnie”.
Na tym powinnam zakończyć przegląd blogów. Ponieważ jednak
pora była wczesna, w tv jak zawsze nic ciekawego, a ja nie miałam
pomysłu na inne spędzenie poranka, to czytałam dalej.
Smutek powrócił po
przeczytaniu na „Kura pazurem” posta „Dawstwo szpiku”(tu
ukryte w oczach łzy, przesłaniające dobre widzenie, spłynęły po
policzkach, wsiąkając w ubranie) i na „Tatulowe opowieści”
refleksji zatytułowanej „Przemijanie jest ważnym składnikiem
życia...publicznego”. Tego było za wiele dla mojego systemu
nerwowego. Wyłączyłam laptopa.
Dziś po bezsennej nocy wstałam
nieco później, bo o 9.00. Zaczęłam od przeglądu blogów,
których nie ruszałam od piątku do poniedziałku. Na jednym z
blogów(„Raptularz Zgagi”) pozostawiłam komentarz, bo jej
notka „Są takie drobne radości...” nastawiła mnie pogodnie do
dnia. Obśmiałam się do rozpuku czytając nie najnowsze wpisy na
„Moich 100 błędów wychowawczych”(te zbyt szybko
przesuwające się obrazki na początku strony głównej,
sprawiają mi trudność, by trafić na rzeczy najnowsze, dlatego gdy
kliknę na pierwszy i doczytam tekst do końca, to klikam na któryś
z zamieszczonych poniżej tekstu. Wierzę jednak, że tę technikę
publikacji bloga, kiedyś pomimo podeszłego wieku, opanuję na tyle,
że będę na bieżąco). Przeczytałam też wpisy na obu
blogach Klarki. Ten o spacerze z kijkami ubawił mnie niezmiernie,
ale mniej mi było do śmiechu, kiedy czytając o pokoju do
wynajęcia, kątem oka rzuciłam na liczbę ogólną
wejść(ponad 11 milionów, jeżeli dobrze odkreślałam w
pamięci po trzy miejsca przed postawieniem przecinka) i poniższą
pozycję -wejścia dzisiaj 145.
Zazdrości wyzbyłam się jakieś
35 lat temu, nie zazdroszczę ludziom ładnego domu, samochodu,
pieniędzy czy czegokolwiek innego. Powiadałam i powiadam- to co
mają, to na to zapracowali(zasada nie dotyczy polityków, bo
oni mają, to co mają w dużej mierze dzięki naszym wyborom).
Ukłucie żalu jednak wystąpiło. Ja pierwszego bloga prowadziłam 5
lat i statystyki gdyby je zliczyć, do imponujących nie należały,
ale były zadowalające. Poczytność obecnego jest szczerze mówiąc
mizerna, ale wina tkwi w autorce bloga, a nie w innych blogerach,
którzy są dowcipniejsi, mają lekki styl pisania, dzięki
czemu ich teksty czyta się z przyjemnością. Może Iwona Zmyślona(chociaż to
tylko nick, bo jest jak najbardziej prawdziwa) powinna zaprzestać
prowadzenia bloga, zmienić styl pisania albo tematykę postów?
Tylko, że wtedy nick stałby się prawdziwy, a ja byłabym
„zmyślona”.
sobota, 16 kwietnia 2016
WYBIERAŁA SIĘ SÓJKA...
Pierwszą wersję tego tekstu próbowałam zamieścić w nocy z czwartku na piątek ale się nie udało. Byłam sfrustrowana i zła. Teraz się z tego cieszę, bo nie mogłabym Wam napisać o „cudownej” przemianie mojej siostry.
Znacie ten wierszyk Jana Brzechwy „wybiera się sójka za morze,ale wybrać się nie może. ” Tak było ze mną od ubiegłego piątku. Wybierałam się nie za morze ale do banku, bo trzeba było zrobić opłaty. Jak na złość albo deszcz siąpił, albo w nodze strzykało, albo ciśnienie waliło do łba. Od poniedziałku do środy przyjmuje mój lekarz rodzinny, dzwoniłam do przychodni, bo chciałam poprosić lekarkę o recepty na leki, bez konieczności osobistego stawienia się, gdyż było to ponad moje siły. Za każdym razem w telefonie słyszałam głos „osoba, do której dzwonisz, ma wyłączony telefon albo jest poza zasięgiem”. Zdziwiłam się, bo do tej pory taki komunikat czasami słyszałam jak dzwoniłam do osób prywatnych, a nie do instytucji. Lekarstw nie załatwiłam ale opłaty tak, przy wydatnej pomocy syna.
Nie wiem, co sprawiło, że od stycznia moje relacje z młodymi są dobre. Może przeczytali posta o Bożym Narodzeniu i głupio im się zrobiło, a może szok wywołany utratą pracy minął i oboje biorą się w garść. Synowej to wychodzi lepiej, bo od końca lutego pracuje w sklepie spożywczym i „kumka” całkiem sympatycznie i w zielonym jej do twarzy(mam nadzieję, że domyślacie się w sklepie z jakim logo pracuje). Zarabia nie za wiele, bo 1200 na rękę, praca jest dwuzmianowa ale za to blisko domu. Odpada kupowanie biletu miesięcznego i wystawanie na przystankach. Od czasu do czasu przebąkuje, że chciałaby poszukać czegoś innego, bardziej zgodnego z kwalifikacjami jakich nabyła w poprzedniej pracy(coś związanego z księgowaniem i fakturowaniem) ale cieszy się, że nie musi być finansowo zależna ani od K.J ani ode mnie. Poza tym z resztki kredytu kupiłam im pralkę, w miejsce tej, która się zepsuła kilka miesięcy temu. Nie muszą więc nosić prania do mnie, tylko piorą kiedy im wygodnie.
Syn pracy nie znalazł, bo też chyba nie szukał wystarczająco gorliwie. Ciągle nosi się z zamiarem własnej działalności. Teraz czeka na świadectwo pracy od byłych pracodawców, bo ktoś mu powiedział, że podobno chcąc się przekwalifikować, można dostać z Urzędu Pracy wsparcie finansowe. Gdyby to się okazało prawdą i dostałby jakieś środki, to czułby się podbudowany i zmotywowany, a wtedy ruszyłby do przodu.
Kilka dni temu rozmawiałam z siostrą przez telefon, gdy się dowiedziała, że chcę jechać do banku z synem, to zapytała”to on nie pracuje”? Nie mówiłam jej o jego planach, bo nie chcę zapeszyć. Wykręciłam się enigmatyczną odpowiedzią, że na razie nic odpowiedniego się nie trafiło. Na to ona głosem ironicznym „może ma za wysokie aspiracje”? W tym momencie odezwała się we mnie matka, bo odparłam:wystarczy, że twój zięć ma pracę zgodną ze swoimi aspiracjami. Chyba coś do niej dotarło, bo powiedziała „no to cześć siostra” i rozłączyła się. Kiedy dziś zadzwoniła, żebym porozmawiała z K.J czy chciałby pracować w prywatnej firmie elektrycznej, bo oni znają jej właściciela i mogliby zapytać o pracę, to pomyślałam, że chyba nasza matka jej się przyśniła. Moja matka kiedy żyła, to odgrażała się swoim bratankom, że jak nie będą dobrzy dla mnie i pozostałych członków rodziny, to ona będzie ich nawiedzała po śmierci.. Kiedy siostra zadzwoniła i wyjaśniła w jakiej sprawie, to ten żart rodzicielki mi się przypomniał. Zapytałam siostrę kiedy ma wizytę u lekarza(chodzimy do tego samego), bo ja się nie mogłam dodzwonić, to ona rozmawiając ze mną przez komórkę, drugą ręką z telefonu stacjonarnego połączyła się z przychodnią. Dziś o 17.00 mam zamówioną wizytę u innego lekarza, będę więc miała recepty na leki.
Jeżeli moje zdrowie i sprawność ruchowa się poprawią, to będę mogła powiedzieć, że idzie ku dobremu. Jak to mówią „jedna jaskółka wiosny nie czyni” i moje relacje z siostrą nadal będą dziwne, bo ona od chwili urodzenia się mojego syna, jest o niego zazdrosna, a on jej nie lubi. Od 30 lat jestem między młotem, a kowadłem, bo chciałabym żeby stosunki między członkami rodziny były przyjazne. Nic jednak nie poradzę na to, że siostra czuje się skrzywdzona przez matkę, bo jej zdaniem rodzicielka faworyzowała K.J kosztem jej córki. Myślałam, ze wraz ze śmiercią seniorki rodu, wszelkie pretensje ustaną i uda nam się zbudować serdeczne więzi ale nic na to nie wskazuje. Oboje są zatwardziali w swoich uprzedzeniach.
Jest sobotnie popołudnie, cały dzień świeci słońce i chce się żyć. Leki wykupione i zaaplikowane. Pogryzając mojego ulubionego makowca, wstawiam posta i w tym momencie przypominam sobie, że KTOŚ ma dzisiaj imieniny(tak przynajmniej mówi mój kalendarz), a ja wredna nie wysłałam e-maila z życzeniami. Kończę i spróbuję nadrobić gafę.
piątek, 15 kwietnia 2016
ZE STAREGO KALENDARZA -rady babuni
W tym miejscu miał być post, o moim życiu w ciągu ostatniego tygodnia. Pięć razy wklejałam tekst i z nieznanych mi przyczyn pierwszy akapit był opublikowany właściwą czcionką, a pozostały maczkiem. Z powodu nie poradzenia sobie z ujednoliceniem całości, na próbę daję kilka rad babuni, jak usuwać plamy.
- Kryształowe kieliszki,karafki i wazony będą lśnić jeżeli po umyciu i wypłukaniu, wytrzesz je delikatnie ale dokładnie bawełnianą szmatką lekko zwilżoną spirytusem lub czystą wódką.2. Osad z herbaty i ślady po papierosach usuniesz z porcelanowych naczyń sodą oczyszczoną, nałożoną na wilgotną ściereczkę.3. Plamy z tapet usuniesz pocierając je kulkami z pszennego chleba. Zatłuszczoną tapetę możesz przykryć bibułą i przeprasować ciepłym żelazkiem(czynność powtarzać aż do momentu usunięcia plamy).4. Lustro czyść zawsze wilgotną ściereczką, skropioną spirytusem metylowym, a potem przetrzyj miękką szmatką.5.Pozbędziesz się smug i zacieków z glazury i kabiny prysznicowej, przecierając zabrudzone miejsca ściereczką zamoczoną w occie spirytusowym. Po 30 minutach starannie spłucz ocet z mytych powierzchni.6.Glazura i terakota w łazience będą zawsze błyszczeć jeżeli do mycia użyjesz wody z płynem do zmywania oraz odrobinę amoniaku.7. Zaplamione materace oraz poduszki foteli możesz wyczyścić wilgotną ściereczką spryskaną amoniakiem;(wariant b): przygotuj preparat z mąki ziemniaczanej i niewielkiej ilości płynu do zmywania,rozprowadź go po zaplamionej powierzchni i pozostaw do wyschnięcia, po czym przetrzyj twardą szczoteczką.8.Aby otrzymać sprawdzony środek do czyszczenia skórzanych mebli zagotuj 300 ml oleju lnianego, a po przestudzeniu dodaj do niego taką sama ilość octu. Zmoczoną w płynie szmatką przecieraj skórę aż do uzyskania połysku.9.Mocno zabrudzone mankiety i kołnierzyki łatwiej będzie doprać jeżeli zwilżone posmarujesz białą kredą. Po 10 minutach usuń kredę szczoteczką do rąk i upierz ubranie.10.Powierzchnię rodzinnych obrazów odświeżysz przecierając je mieszanką: po łyżce terpentyny, mleka i płynu do zmywania oraz 1,2 l gorącej wody.11. Pozostawione przez muchy plamy na obrazach, ramach okiennych i tkaninach zmyjesz sokiem z cebuli. Z lustra usuniesz je szmatką zwilżoną spirytusem.12.Plamę z czerwonego wina natychmiast polej winem białym lub szampanem .Starą plamę możesz usunąć na 2 sposoby:a)ciepła woda z mydłem i niewielką ilością amoniaku;b) nałóż na plamę krem do golenia i poczekaj kilkanaście minut, po czym upierz tkaninę.13. Plamy po wodzie usuniesz z politurowanych mebli, przecierając je oliwą zmieszaną z odrobiną popiołu z papierosa. Po 30 minutach wytrzyj plamę ściereczką.14. Mocno zabrudzone meble z drewna czyść mieszanką terpentyny, octu i mąki ziemniaczanej w proporcji 1:1:1. Usuwaj preparat miękką szmatką przy okazji dokładnie je polerując.
15..Doskonałym środkiem czyszczącym aparaty telefoniczne,klawiatury komputera lub obudowy zegarów jest spirytus metylowy, którym nasączasz bawełnianą ściereczkę i przecierasz powierzchnię. W miejscach trudno dostępnych użyj wacików na patyczkach.16..Plamy z wody usuniesz ze zlewozmywaka ze stali nierdzewnej, przecierając go ściereczką nasączoną octem. Dla uzyskania połysku przemyj go wodą sodową.Raz w tygodniu wsyp do otworu zlewozmywaka filiżankę sody oczyszczonej i zalej wrzątkiem, by udrożnić odpływ. Kamień odkładający się wokół otworu usuniesz pocierając miejsce cytryną.17.Aby usunąć nalot z wnętrza wazonu, wsyp do niego garść soli i wlej 2 łyżki octu. Potem wyszoruj wazon szczotką do butelek.18.Świeże plamy z jajek zmyjesz letnią wodą z solą lub ciepłą wodą z dodatkiem 10% amoniaku. Zabrudzone miejsce na jedwabiu przetrzyj solą, a potem delikatnie opłucz wodą z octem.19.Tusz do rzęs usuniesz z ubrania, gdy przepłukawszy je ciepłą woda, potem wyczyścisz gorąca gliceryną i wypierz.20. Plamy po winie, kawie lub herbacie na marmurowych blatach, parapetach i podłogach zmywaj roztworem octu spirytusowego i wody(1:4) lub sokiem z cytryny.
środa, 13 kwietnia 2016
KWIATY W MOIM DOMU- mój kawałek podłogi
Kiedy dochodzimy do pewnego wieku,
wszyscy marzymy o założeniu rodziny, o własnym mieszkaniu i kilku
innych rzeczach. Marzyłam i ja, choć dla mojej rodziny pozostawałam
kaleką, która bez ich pomocy nie da sobie w życiu rady. Dla
siebie samej byłam młodą kobietą, pragnącą się zakochać, być
kochaną. Mniej więcej w 18 roku życia lekarze powiedzieli, że na
dziecko nie mam co liczyć, bo go nie donoszę. Wtedy chciałam
spotkać człowieka, który wraz ze mną stworzyłby rodzinny
dom dziecka.
Moje życie intymne nie mogło
się rozwijać tak jak bym chciała, gdy mieszkałam z rodzicami.
Wtedy zazdrościłam siostrze, że nie tylko jest mężatką ale ma
swój własny dom. Co prawda było to mieszkanie po rodzicach
szwagra ale ich własne i rodzice mogli tylko finansować potrzebne
do jego umeblowania sprzęty.
Dzięki życzliwości paru ludzi,
w roku 1982 udało mi się dostać mieszkanie rotacyjne na ul.
Marymonckiej. Znajdowało się ono na dziesiątym piętrze ale była
winda. Co prawda często się psuła i parę razy odbywałam spacerek na piechotę, ale wtedy byłam młoda, czułam się w pełni sprawna i
chodzenie po schodach nie było problemem. Rodzice wiadomość o tym,
że mam mieszkanie przyjęli z wielkim niezadowoleniem.. Mieszkanie
składało się z bardzo dużego pokoju, wnęki kuchennej wydzielonej
z przedpokoju i małej łazienki. Jedną ścianę pokoju zajmowało
duże okno i drzwi balkonowe, za co kochałam to mieszkanie, bo choć
balkonik był taki, że jak stanęły na nim dwie osoby, to już
nawet igły nie można było wcisnąć, to jednak był.
Przeżyłam w tym mieszkaniu wiele szczęśliwych chwil ale nie myślałam wtedy o jego upiększaniu za pomocą
roślin czy jakiś bibelotów nadających temu „kawałkowi
własnej podłogi”mojego osobistego charakteru. Przyczyn takiego
stanu rzeczy było kilka. Po pierwsze pracowałam dużo i wracałam
do domu wieczorem, więc moje mieszkanko spełniało rolę sypialni
bardziej niż centrum życia towarzyskiego czy erotycznego. Po drugie- przez 10 lat pracy nigdy nie zarabiałam dużo, byłam wtedy chyba
najniżej opłacaną bibliotekarką w Warszawie. Nie upominałam się
o podwyżki, bo wówczas wyznawałam dwie, bardzo nieżyciowe(zrozumiałam to jednak po wielu latach) zasady:
„potulne cielę dwie matki ssie”, „jak będziesz ciężko
harowała, to szefowie, to zauważą i docenią”. Może i zauważali
ale z docenianiem było gorzej. Po trzecie- kilkanaście razy
organizowałam kiermasze książkowe, do każdego z nich dokładając
z własnej pensji, gdy końcowe rozliczenia wykazywały manko. W
tamtym czasie nie odczuwałam tak silnej potrzeby posiadania roślin
w domu. Tym bardziej, że poznałam leśnika, zakochałam się i perspektywa zamieszkania pod lasem wydawała się bardzo realna. Życie jednak potoczyło się inaczej, mój luby powiedział "trzymaj się Genia, charakter mi się zmienia" i gdy ja walczyłam w szpitalu o utrzymanie ciąży, on wrócił w rodzinne strony. Chęć posiadania roślin w domu pojawiła się, gdy zamieniłam posiadane mieszkanie,
na kubaturowo takie samo ale znajdujące się w bloku rodziców.
Nie musiałam już dojeżdżać by widywać dziecko w weekendy, tylko
mogłam z nim zamieszkać.
Pomimo że o umeblowaniu ponownie
decydowali rodzice, to ja jednak postanowiłam tym razem zadbać o
rośliny. Duży udział w tej decyzji należał do mojej nowej sąsiadki z
piętra, która miała nie tylko szczęśliwą rękę do
kwiatów ale i ogromną ich ilość. W jej domu kwiaty były w
3 pokojach i na balkonie, a nadwyżkę wystawiła na klatkę
schodową. Są tacy, którzy uważają, że najlepiej się
chowają kwiaty kradzione. Nigdy nie odważyłam się tego sprawdzać,
bo bałam się że jeżeli uszczknę roślinę w niewłaściwy
sposób, sadzonka korzeni nie puści, a właścicielowi
zmarnuję owoc jego starań. Od wspomnianej sąsiadki dostałam
aloes, matka kupiła mi piękną, sporą jukę, a sama nabyłam dwie
paprocie. Niestety wszystkie te kwiatki czy to z powodu złego
doglądania czy innych przyczyn żywot miały krótki.
Pomimo
że nie lubię sztucznych kwiatów(bo po co one jak można mieć
prawdziwe), to kiedyś dostałam od dwóch Ukrainek, którym
udzieliłam gościny, sztuczne goździki. Były u mnie kilka lat.
Teraz zastąpiły je sztuczne żonkile(kupione przy okazji
Wielkanocy, gdy syn zapomniał o nabyciu żywych) i irysy, bo są
w gronie moich ulubionych kwiatów(właściwe poza różami
i chryzantemami, lubię wszystkie pozostałe chociaż oczywiście
jedne bardziej inne mniej).
![]() |
![]() |
| Scindapsus złoty |
Kiedyś byłam u znajomej i
podziwiałam jej bluszcz, który wił się wzdłuż ścian
pokoju i przechodził przez środek. Kiedy jej powiedziałam o swoim
niepowodzeniu ze swoimi roślinami, to ofiarowała mi jedną doniczkę
z takim kwiatkiem, twierdząc, że nie wymaga on szczególnej
dbałości i potrafi rosnąć nawet w kuchni. Bardzo łatwo można uzyskać wiele roślinek, odcinając kawałek pędu z dużą ilością narośli, który wsadzony do wody, ukorzeni się i wtedy wsadzamy do doniczki z ziemią.
Od kilku lat proszę
rodzinę i znajomych by zamiast kwiatów ciętych, ofiarowywali
mi doniczkowe. W ten sposób na dwóch moich parapetach
stoją kwiaty, których oczywiście swoim zwyczajem nazw nie
znam. Podpisy pod zdjęciami, będą „domyślne” na
podstawie grafiki z internetu.
W zeszłym roku na imieniny od siostry
dostałam pięknego kwiatka. Gruby pień, z którego wyrastały
wąskie, długie liście, a na czubku był kwiat w kształcie kłosa
w kolorze biało-czerwonym. Ozdobna też była ceramiczna czerwona
doniczka. Ponieważ ktoś kiedyś powiedział mi, że kwiat powinno
się podlewać na spodeczek, by korzenie czerpały tyle wody ile im
potrzeba, to i tego kwiatka ustawiłam na spodeczku i tam wlewałam
wodę. Po jakimś miesiącu kwiat sczerniał, liście zaczęły
więdnąć, a ja nie znałam przyczyny takiego stanu rzeczy. Dopiero,
gdy zwiądł całkowicie i chciałam sprzątnąć doniczkę okazało
się, że kwiatek był w małej brązowej doniczce, która
została wstawiona w tę czerwoną, a ta nie posiadała otworu,
którym ewentualnie woda mogłaby dotrzeć do rośliny. W ten
oto sposób pozbyłam się najpiękniejszego kwiatka
doniczkowego jakiego udało mi się dostać w prezencie.
Od sąsiadki mieszkającej nade mną
dostałam na urodziny kwiatek(3 listki), który rósł u
niej bujnie stojąc na regale i wzbudzając mój zachwyt.
Jednak ten ofiarowany przez nią zwiądł i został tylko kawałek
łodygi wychodzącej z doniczki. Odcięłam połowę i wsadziłam
wprost do innej doniczki z ziemią, bez wiary, że coś z tego
będzie. Pierwszy kwiatek ma teraz trzy nowe listki, wyrosłe z
obciętej łodygi, a z tego wsadzonego przeze mnie kawałka
wystrzeliło pięć liści(dwa dni temu, przekazałam je synowi na
ich mieszkanie), bo choć synowa miała parapet zastawiony kwiatami,
wśród których były nawet 3 kaktusy, to podobno
rośliny zaczęły jej marnieć. W prezencie gwiazdkowym w ubiegłym roku dostałam ten sam kwiatek tylko już ze znacznie większą ilością liści. Wygląda on tak
![]() |
W roku 2014, gdy robiłam zakupy przed świętami Bożego Narodzenia w Biedronce, widziałam regał z ziołami i roślinkami. Zamierzam przy okazji kolejnych zakupów spożywczych, nabyć jakąś roślinkę, by wzbogacić i urozmaicić dość monotonny mój zbiór roślin. Poza tym na moich dwóch parapetach stoją:
![]() |
| Gwiazda betlejemska- zmarnowana przed Wielkanocą. |
![]() |
| Chryzalidokarpus |
![]() |
| Kalanchoe blossfeldiana |
poniedziałek, 11 kwietnia 2016
ROŚLINY I KWIATY W MOIM MIESZKANIU
Pamiętam wiele szczegółów, co do wyglądu naszego
pierwszego mieszkania przy ulicy Świerczewskiego, ogromny pokój,
zimny i nieprzytulny z dużym tapczanem, na którym spali
rodzice. Oprócz tego pokoju była kiszkowata kuchnia ze starym
kredensem, kuchnią węglową, metalowym łóżkiem i
siennikiem. To co mi się w tamtym mieszkaniu podobało, to balkon
ozdobiony dwoma misami, w których mama sadziła kwiaty, żeby
było radośnie jak się patrzyło przez drzwi balkonowe.
![]() |
| na zdjęciu widać tylko jedną i to bez kwiatów |
![]() |
| sansewieria |
![]() |
| daktylowiec kanaryjski |
![]() |
| jęzor teściowej |
![]() |
| cissus amazonika |
![]() |
| ficus elastica |
Matka bardzo dużo czasu poświęcała kaktusom, bo w dobrym tonie było pochwalić się na spotkaniach kaktusiarzy, nowym nabytkiem lub tym, że któraś z roślin zakwitła. Przez 11 lat życia w tym mieszkaniu, pamiętam, że dwa razy jakieś kaktusy zakwitły. Chociaż każdy miał etykietkę z nazwą, dziś ich nie pamiętam. Jedynie kierując się wyglądem mogę powiedzieć, że mogły to być: agawa, echnokaktus i obowiązkowo aloes, który matka trzymała także ze względu na jego lecznicze właściwości. Oczywiście wszystkich kaktusów było znacznie więcej, przypuszczam, że po jednym egzemplarzu każdego jakie wtedy były możliwe do zdobycia, znajdowały się na tym parapecie.
![]() |
| agawa |
![]() |
| aloes |
| echinokaktus |
Moja matka jak przystało na osobę pochodzącą ze wsi, nie umiała funkcjonować bez ziemi. Dlatego nabyła ogródek działkowy, na który dojeżdżała rowerem, bo był daleko od miejsca zamieszkania. Z tego miejsca pochodziło wiele warzyw przez nią uprawianych, a także kwiaty cięte, przywożone do wazonu stojącego na dużym okrągłym stole w pokoju rodziców. Mnie w pamięci utkwiły tulipany, żonkile i astry. Nie wiem czy matka miała jakieś swoje ulubione kwiaty, mam wrażenie, że lubiła wszystkie.
Do warszawskiego mieszkania
sprowadziliśmy się z większością mebli i roślin. We Wrocławiu
została siostra, która nie chciała się przenosić. W
stolicy rodzice otrzymali również 3 pokojowe mieszkanie. Na
balkonie były skrzynki z kwiatami, w każdym pokoju kilka kwiatów
na parapetach. Nie powieszono już kwietników na ścianach, bo
nikomu się nie chciało wiercić dziur, by w wielką betonową płytę
wbijać kołki. Na ogródek działkowy matka się nie zdobyła, ale wspólnota mieszkaniowa, lokatorom którzy byli
chętni, by uprawiać ziemię znajdująca się pod ich balkonem,
pozwalała założyć mini ogródeczek. Wzdłuż całego bloku
ogrodzono ten kawałek ziemi i jedni siali na niej trawę, inni
sadzili kwiaty lub jak nasza sąsiadka zza ściany robili ogródek
skalny, po którym biegały bezpańskie koty, dokarmiane przez
ową panią. Matka jako jedyna miała w swoim ogródeczku
oprócz kwiatów, lichutką wisienkę i dość duże
drzewo morelowe, którego gałęzie sięgały poza ogrodzenie,
dlatego dużo było tych, którzy korzystali z owoców.
W chwili obecnej ogródki zlikwidowano, a szkoda, bo przy bloku
prostopadłym do naszego, mieszkańcy dalej dbają o ten swój
skrawek ziemi pod oknami, i aż miło tamtędy przechodzić, bo
różnorodność roślin i wielobarwność kwiatów nie
tylko upiększa otoczenie ale i cieszy wzrok.
Subskrybuj:
Posty (Atom)













