poniedziałek, 11 kwietnia 2016

ROŚLINY I KWIATY W MOIM MIESZKANIU

                                           
    Pamiętam wiele szczegółów, co do wyglądu naszego pierwszego mieszkania przy ulicy Świerczewskiego, ogromny pokój, zimny i nieprzytulny z dużym tapczanem, na którym spali rodzice. Oprócz tego pokoju była kiszkowata kuchnia ze starym kredensem, kuchnią węglową, metalowym łóżkiem i siennikiem. To co mi się w tamtym mieszkaniu podobało, to balkon ozdobiony dwoma misami, w których mama sadziła kwiaty, żeby było radośnie jak się patrzyło przez drzwi balkonowe.
na zdjęciu widać tylko jedną i to bez kwiatów
Żyło się tam trudno, bo mieszkaliśmy na 3 piętrze bez windy. Matka wnosząc mnie i znosząc za każdym razem, gdy musiałyśmy gdzieś wyjść, wylewała siódme poty. Gdy już mogłam chodzić, zawsze zawadzałam czubkami butów o metalowe listwy, które były na kancie każdego stopnia. Parę razy zawadziłam przy schodzeniu o ten metal i pikowałam na półpiętro głową w dół, a siostra biegła za mną, by mnie pozbierać. Niestety nie pamiętam jakie kwiaty wtedy były w tym mieszkaniu, bo jedyne zdjęcie, na którym jest wspomniany balkon, było zrobione w chwili, gdy donice były puste. Podejrzewam, że wtedy z pieniędzmi było tak słabo, że matka, nie chciała tracić ich na kupowanie roślin innych niż te balkonowe, bo one były widoczne także z ulicy, a matka była bardzo czuła na to, co powiedzą sąsiedzi. Wtedy najmocniej skupiała się na moim leczeniu, a atmosferę mieszkania ocieplać miały kilimy na ścianach przywiezione od babci i dywaniki robione ze sfilcowanych i poprutych swetrów.Po skończeniu przeze mnie pierwszej klasy szkoły podstawowej, ojciec dostał służbowe, 3 pokojowe mieszkanie przy ul. Grabiszyńskiej. Było ono w jednym z 5 nowo wybudowanych wieżowców. Na szczęście była winda, ale my mieszkaliśmy na 1 piętrze, więc rzadko z niej korzystaliśmy. W porównaniu z poprzednim mieszkaniem, to było luksusowe. Duży kwadratowy przedpokój z którego wejść można było do każdego pokoju oraz łazienki. Kuchnia była mała i wąska, ale miała w ścianie łączącej ją z dużym pokojem, okienko do wydawania posiłków. Nie korzystaliśmy z tego udogodnienia. Przyjaciółka matki w czasie jednej z wizyt namalowała na szybie kolorowe kwiaty i wyglądało to trochę jak witraż. Na krótszej ścianie dużego pokoju znajdowały się dwa okna i drzwi balkonowe. Balkon był na tyle duży, że matka umieściła na froncie skrzynki, w których sadziła pelargonie(przynajmniej tylko je zapamiętałam). Stały tam też dwa wiklinowe fotele, na których można było sobie usiąść, gdy chciało się posłuchać odgłosów podwórka. Przy dwóch oknach, parapet był długi i szybko matka obstawiła go roślinami doniczkowymi. Jako dziecko i nastolatka, nie przywiązywałam wagi, do nazw poszczególnych roślin. Dziś, gdy postanowiłam napisać tego posta, na podstawie grafiki z internetu, próbowałam połączyć wygląd tamtych kwiatów z ich nazwami. Dopóki matka nie zapisała się do Towarzystwa Kaktusiarzy, to na parapecie królowała sansewieria, która podobała mi się bardzo ze względu na strzeliste ciemnozielone liście z białymi pręgami. Zawsze rozbawienie wzbudzał jęzor teściowej, wtedy myślałam, że jest to nazwa wymyślona przez moją matkę, tak dla żartu. Na podłodze ze względu na wysokość i dużą donicę stał fikus. Na ścianie „łazienkowej” wisiały dwa metalowe kwietniki z paprociami, których liście wspaniale zwisały lub cissusami i stąd pewnie moje upodobanie do paproci i roślin płażąco-zwisających. W pokoju środkowym, który przynależał do mojej siostry stała palma. Kiedy parapet w dużym pokoju zajęły kaktusy, inne kwiaty, przeszły na parapet w tym drugim pokoju. Ja zajmowałam najmniejszy pokój ale poza fiołkiem alpejskim, którego matka dostała w prezencie na Barbórkę i anginki, hodowanej przez nią w przypadku dolegliwości z gardłem, nie mogę przypomnieć sobie innych kwiatów, ozdabiających moją „świątynię dumania”.
sansewieria
daktylowiec kanaryjski
jęzor teściowej




cissus amazonika
ficus elastica

   Matka bardzo dużo czasu poświęcała kaktusom, bo w dobrym tonie było pochwalić się na spotkaniach kaktusiarzy, nowym nabytkiem lub tym, że któraś z roślin zakwitła. Przez 11 lat życia w tym mieszkaniu, pamiętam, że dwa razy jakieś kaktusy zakwitły. Chociaż każdy miał etykietkę z nazwą, dziś ich nie pamiętam. Jedynie kierując się wyglądem mogę powiedzieć, że mogły to być: agawa, echnokaktus i obowiązkowo aloes, który matka trzymała także ze względu na jego lecznicze właściwości. Oczywiście wszystkich kaktusów było znacznie więcej, przypuszczam, że po jednym egzemplarzu każdego jakie wtedy były możliwe do zdobycia, znajdowały się na tym parapecie.
agawa




aloes
echinokaktus












   Moja matka jak przystało na osobę pochodzącą ze wsi, nie umiała funkcjonować bez ziemi. Dlatego nabyła ogródek działkowy, na który dojeżdżała rowerem, bo był daleko od miejsca zamieszkania. Z tego miejsca pochodziło wiele warzyw przez nią uprawianych, a także kwiaty cięte, przywożone do wazonu stojącego na dużym okrągłym stole w pokoju rodziców. Mnie w pamięci utkwiły tulipany, żonkile i astry. Nie wiem czy matka miała jakieś swoje ulubione kwiaty, mam wrażenie, że lubiła wszystkie.

   Do warszawskiego mieszkania sprowadziliśmy się z większością mebli i roślin. We Wrocławiu została siostra, która nie chciała się przenosić. W stolicy rodzice otrzymali również 3 pokojowe mieszkanie. Na balkonie były skrzynki z kwiatami, w każdym pokoju kilka kwiatów na parapetach. Nie powieszono już kwietników na ścianach, bo nikomu się nie chciało wiercić dziur, by w wielką betonową płytę wbijać kołki. Na ogródek działkowy matka się nie zdobyła, ale wspólnota mieszkaniowa, lokatorom którzy byli chętni, by uprawiać ziemię znajdująca się pod ich balkonem, pozwalała założyć mini ogródeczek. Wzdłuż całego bloku ogrodzono ten kawałek ziemi i jedni siali na niej trawę, inni sadzili kwiaty lub jak nasza sąsiadka zza ściany robili ogródek skalny, po którym biegały bezpańskie koty, dokarmiane przez ową panią. Matka jako jedyna miała w swoim ogródeczku oprócz kwiatów, lichutką wisienkę i dość duże drzewo morelowe, którego gałęzie sięgały poza ogrodzenie, dlatego dużo było tych, którzy korzystali z owoców. W chwili obecnej ogródki zlikwidowano, a szkoda, bo przy bloku prostopadłym do naszego, mieszkańcy dalej dbają o ten swój skrawek ziemi pod oknami, i aż miło tamtędy przechodzić, bo różnorodność roślin i wielobarwność kwiatów nie tylko upiększa otoczenie ale i cieszy wzrok.

2 komentarze:

  1. Uwielbiam te Twoje opowieści sprzed lat. Naprawdę to duża przyjemność. Tak je fajnie snujesz, że robi sie przykro, gdy przewijając ekran, natrafiam na koniec. Mogłabym dłużej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Zante- pocieszycielko TY moja, zawsze wiesz co napisać by podnieść mnie na duchu. Ostatnio nie najlepiej się czuję, a ponieważ posty z cyklu Ze starego kalendarza, nie znalazły uznania czytelników, to postanowiłam pozostając w świecie roślin, napisać o nich w odniesieniu do mojej rodziny.Dziękując za komentarz, przesyłam pozdrowienia.

      Usuń