Wczoraj odbył się pogrzeb Teresy Miodek, nauczycielki i bibliotekarki. Żegnam Ją jako była uczennica i koleżanka po fachu. W latach 1970-74 byłam uczennicą V Liceum Ogólnokształcącego im. Gen. J. Jasińskiego we Wrocławiu. Znałam nazwisko małej, filigranowej kobiety. Grzywka i koński ogon, to był Jej znak rozpoznawczy. W tamtych latach nie kojarzyłam tej zawsze uśmiechniętej nauczycielki ze znanym językoznawcą. Sądziłam, że może to być zbieżność nazwisk. Informacja na jednym z portali o śmierci ukochanej żony prof. Jana Miodka i krótka informacja o Teresie Miodek, uzmysłowiła mi, że poznałam Ją wiele lat temu.
Opowiadała nam, że Jej drobna postura, była powodem zabawnych sytuacji. Gdy jako opiekunka młodzieży prowadziła uczniów na seans filmowy, była brana za jedną z nich. Mojej klasie towarzyszyła jako opiekunka na wycieczce, która odbywała się w czasie matur trwających w liceum. Okres nauki w VLO, był dla mnie bardzo trudny, a Pani Teresa pomogła mi przetrwać. Nie mogła wiedzieć, że planuję studiować bibliotekarstwo, bo ten pomysł zaświtał w mojej głowie w III klasie. Wcześniej jednak, to właśnie Ona powierzyła mi funkcję łącznika klasy z biblioteką. Moim zadaniem było, upominanie uczniów, by oddawali na czas książki(zazwyczaj lektury szkolne). Chciała w ten sposób podnieść moją rolę w klasie, jakby wiedziała, że nie czułam się dobrze wśród kolegów.
Dla młodych ludzi jest bardzo ważną rzeczą, by mieć wzory do naśladowania. Ja wśród nauczycieli, którzy mnie uczyli, miałam takowe. Teresa Miodek była jedną z tych osób. Nie pojadę już nigdy do rodzinnego Wrocławia i nie będę mogła zapalić światełka dla Niej.
Niechaj ten tekst będzie podziękowaniem i osobistym pożegnaniem z kobietą o wielkiej kulturze osobistej i ogromnym sercu.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz