wtorek, 15 września 2026

WSPOMNIENIA Z MIAST , MIASTECZEK I WSI.

   Niewiele odwiedziłam miast i miasteczek w Polsce. Pierwsze 6 lat życia w większości spędziłam na wsi, w rodzinnym domu mojej matki. Były to najlepsze lata, bo żyła moja babcia Helena. Niestety zmarła przedwcześnie i miejsce to nie było już takie samo. Teraz w Kraszewicach na gospodarstwie rządzą moi kuzyni.
Wieś mojego dzieciństwa

   W swoim długim 71 letnim życiu bywałam z rodzicami jako dziecko w Karpaczu, mam jedno zdjęcie w zimowym krajobrazie. Podpisane przez ojca, a był to rok 1959. Z chwilą, gdy z siostrą poszłyśmy do szkół, rodzice brali wczasy nad morzem, gdyż tylko w wakacje mogliśmy wyjeżdżać całą rodziną. Siostra jako nastolatka wolała obozy harcerskie.

Sanatorium "Na Górce"

   Wypadałoby wspomnieć dwa uzdrowiska, Busko-Zdrój, gdzie przez parę lat dzieciństwa leczono mnie w sanatorium „Na Górce”. Odwiedziłam je później już jako osoba dorosła w lecie 1985 roku. 

 Drugim miasteczkiem był Lądek-Zdrój, do którego jeździłam będąc nastolatką, a ostatni pobyt, to wakacje 1974. W Krakowie byłam jako studentka pierwszego roku. Po nim odbyłam praktykę zawodową w Bibliotece Uniwersyteckiej w Toruniu. 

W późniejszych latach moja matka w jednym miesiącu wakacji fundowała wyjazdy mojemu synowi. Raz była w Jastrzębiej Górze, którą ja znałam z pobytu na studenckim obozie rehabilitacyjnym. Zazwyczaj jednak woziła wnuka do bliższej i dalszej rodziny. Obydwoje nie wracali z tych wyjazdów zachwyceni, matka zmęczona była odpowiedzialnością za moje dziecko, syn nie lubił wspominków, którym oddawała się babcia spotkawszy się po wielu latach z krewnymi. Zresztą mój chłopiec, odwrotnie niż moja matka nie miał duszy globtrotera. Pobyt na koloniach w Mszanie Dolnej, którego miło nie wspominał, wpłynął na Jego niechęć do podróżowania.

   Zawędrowałam dwa razy do Lublina, bo tam mieszkał mój narzeczony Jerzy. Po przeprowadzce do Warszawy w roku 1974, rodzinny Wrocław odwiedziłam tylko raz, gdy pojechałam na ślub koleżanki Grażyny. Spędziłam jeden samotny urlop w Augustowie, gdzie poznałam miłą bibliotekarkę pracującą w tamtejszym Wojskowym Ośrodku Wczasowym. Drugi urlop w pojedynkę spędziłam w Zakopanem, jesienią 1983 roku.

Na liście odwiedzanych miejsc znalazłoby się Unieście, gdzie pojechałam z 5 letnim synem do Wojskowego Ośrodka Wczasowego. W Trójmieście mieszkają kuzyni mojej matki, więc Gdynię, Gdańsk i Sopot mogłabym wyliczyć jako odwiedzane. Mój syn jako dorosły człowiek zabrał do Sopotu tylko raz swoją partnerkę, by zobaczyła morze, gdyż w dzieciństwie była wysyłana tylko w góry. Najczęściej jeździli nad Zalew Zegrzyński, bo blisko i tanio. Gdy moja siostra pracowała jako szefowa kuchni w ośrodku wczasowym, byłam także w Międzywodziu.

   Ostatni urlop w roku 1989 spędziłam z rodzicami oraz siostrą i Jej rodziną w Zalesiu Górnym. Tam w ośrodku wczasowym pracowały matka z siostrą, prowadząc dwa kioski- z goframi i ze słodyczami. Rodzinny pobyt zakończył się tragedią. Mój ojciec ujmując się za wędkarzem, który był zaczepiany przez podpitych mężczyzn, został przez nich dotkliwie pobity. Zmarł dwa tygodnie później nie odzyskawszy przytomności. 

   Mam kilka zdjęć z wakacji, ale nie są podpisane ani datowane, trudno przypomnieć sobie gdzie były robione. Nie zwiedzałam żadnego z wymienionych miast, bo niepełnosprawność była dużą przeszkodą w ich poznawaniu.

   Po przejściu na rentę, nie było mnie stać na wyjazdy do sanatorium czy na wczasy. Przez kilka lat tylko odwiedzaliśmy działkę siostry, która była w Załubicach. Gdy ją sprzedała i te wypady za miasto się skończyły. Od 10 lat, gdy siadłam na wózek nie tylko poznawanie innych miast jest problemem ale nawet zwykły spacer. Żeby go odbyć musiałabym zatrudnić siostrzenicę, by pomogła mi się ubrać, a jej męża i syna do zniesienia mnie wraz z wózkiem ze schodów, które prowadzą z parteru do wyjścia z bloku. Warszawa, w której mieszkam od 52 lat też jest mi nieznana. 

   Czytając opowieści blogerów o ich wędrówkach, trochę zazdroszczę tego, że mogą zobaczyć tak wiele pięknych krajów i miast, a w nich muzea i inne ciekawe miejsca. 

     Mecze siatkówki mężczyzn w ramach Mistrzostw Europy pokazywane są popołudniami, dlatego mogłam napisać te wspominki jeszcze przed nastaniem jesieni, żegnając w ten sposób lato.

   A wy jak je zakończycie?

2 komentarze:

  1. Moje lato zakończyło się kompletną katastrofą, tj. rozpoczęciem nowego roku szkolnego. Od razu wpadłam w obłąkany kierat i nawet żyć nie mam kiedy, ale mniejsza o mnie. Twój post mnie zachwycił! Jest tak ciekawy, wspomniałaś o tylu miejscowościach, o których istnieniu nie miałam pojęcia, że czytałam z ogromną przyjemnością i - można powiedzieć - zachłannie. Będę go czytać jeszcze raz i może więcej razy... Tylko ta historia z Twoim ojcem jest naprawdę tragiczna i szokująca.
    Na przykład Kraszewice. Nigdy o nich nie słyszałam i dopiero teraz podglądam w Internecie, gdzie to w ogóle jest. Kolejne - Unieście, dokształcam się tak samo.
    Pozostałe miejscowości znam, niektóre osobiście. Na przykład nie byłam nigdy w Karpaczu, ale za to czytam serię kryminałów Sławka Gortycha, których akcja rozgrywa się w tym mieście, dzięki czemu stało mi się nieco bliższe.
    W Busku-Zdroju i Lądku-Zdroju byłam jako dziecko, w odwiedzinach u dziadka, który był tam w sanatoriach. Nie pamiętam w ząb nic.
    W Jastrzębiej Górze byłam z rodzicami na wczasach i to były oczywiście bycze wczasy, co roku jeździliśmy nad morze i było pięknie. Zresztą kocham Bałtyk od urodzenia niemal.
    W Lublinie byłam... na kolonii i też niewiele pamiętam, później jeszcze kilka razy Lublin był dla mnie stacją przesiadkową w drodze do Chełma i dalej na północ.
    We Wrocławiu zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Po raz pierwszy byłam tam niejako w podróży poślubnej, bo zaprosił nas do siebie wujek mojego męża. Złoty człowiek! Bardzo dużo nam pokazał i wprowadził nawet w nocne życie. W knajpce pod starą kamienicą piliśmy piwo Guinness sporo po północy. Później jeszcze bywałam, ale nie pamiętam, ile razy. Nie za wiele chyba.
    Nie dziwię się Twojemu synowi, że nie wspominał miło kolonii w Mszanie Dolnej. Przecież to góry!
    W Augustowie byłam raz, wieczorem i tranzytem, jadąc z Litwy. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, a w pobliskim Kauflandzie zrobiliśmy zakupy na następny dzień, bo lodówka w domu czekała pusta.
    Trójmiasto mam "ogarnięte", bo w Gdańsku mieszkał mój wujek ze strony taty, a teraz mieszkają jego dzieci, natomiast w Gdyni mam ciotkę - kuzynkę mamy. W Sopocie też bywałam. Zresztą, jeździliśmy na wczasy nad morze przez 14 lat rzędu i zawsze się ich odwiedzało, a zarazem zwiedzało miasta.
    Nie było mnie w Międzywodziu, za to spędzałam wakacje w pobliskim Dziwnowie. Raz nawet z narzeczonym, za którego potem nie wyszłam za mąż, choć liczyliśmy już gości, których trzeba zaprosić na wesele 😉. Dzisiaj trochę żałuję, że od niego odeszłam - gdybym została, byłabym urządzona do końca życia.
    Zalewu Zegrzyńskiego nigdy nie widziałam, choć taki znany. Podobnie z Zalesiem Górnym i Załubicami.
    Dla mnie lato nie kończy się we wrześniu, ale 20 sierpnia. Od tego czasu jesteśmy w dyspozycji szkoły, mamy posiedzenia rady pedagogicznej, egzaminy poprawkowe, poprawkowe matury, zebrania zespołów przedmiotowych. Biurokracja goni mnie i pogania batem, a ja wiję się jak piskorz.
    Nie lubię jesieni i boję się jej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Straszne jest to co spotkało Twego tatę. Czy ci co dopuścili się pobicia ze skutkiem śmiertelnym ponieśli przynajmniej karę?

    Przeczytałam komentarz FrauBe i uśmiechnęłam się na myśl o tym, że nie była w Karpaczu, ale zaraz w tej samej chwili pomyślałam o tym, że nie byłam nigdy w Krakowie czy Zakopanem, a w W-wie dwa razy - raz na wycieczce szkolnej w podstawówce i raz dosłownie przejazdem - taksówką z lotniska na dworzec główny 😁

    Może głupio to zabrzmi, ale czy nie ma opcji zamiany Twojego mieszkania na takie, gdzie winda zjeżdża na parter, bez schodów? 🤔
    Pozdrawiam 🌷🪻🌻 🙂

    OdpowiedzUsuń