Prawie
cały lipiec bumelowałam, bo najpierw pogoda była deszczowa i w
kościach łamało, a potem upały sprawiły, że czułam się jak
ryba bez wody. W nielicznych dniach, gdy szare komórki pracowały
czytałam najpierw książki Jadwigi Śmigiery(„Stokrotki”), a
potem nadeszła od znajomej lektura zatytułowana „Życie jest
fajne”. Jest to zapis rozmowy znanej dziennikarki Małgorzaty
Szcześniak z jeszcze sławniejszą psycholog Katarzyną Miller.
Czy
warto „Życie...” przeczytać? Jak powiada przysłowie „punkt
widzenia, zależy od punktu siedzenia”. Ja siedziałam najwyraźniej
bardzo nisko, bo tak właśnie oceniam tę książkę .Ocenę swoją
powinnam poprzeć stosownymi argumentami. Bardzo dobrym rozwiązaniem,
byłoby zacytowanie konkretnych wypowiedzi zawartych na 222 stronach,
czegoś co niby jest poradnikiem, książką popularną z akcentami
naukowymi, do których należy zaliczyć psychologię egzystencjalną
i bardzo ciekawy zestaw lektur polecanych do przeczytania. Niestety
z obawy o naruszenie praw autorskich musiałam z cytatów
zrezygnować, uznając że ich zamieszczenie będzie „kopiowaniem,
rozpowszechnianiem... i tym wszystkim o czym napisano na tylnej
wklejce książki. Tak naprawdę zgadzam się z dwoma stwierdzeniami
w pozycji tej zawartymi: o tym , że człowieka nie można zmienić,
a jedynie nasz stosunek do niego oraz o męskich obietnicach, które
gdy są gruszkami na wierzbie, to wiadomo, że spełnione nie będą.
Reszta treści wywoływała u mnie zwątpienie, sprzeciw, że
śmiechem włącznie. Te najbardziej kontrowersyjne „złote myśli”
można znaleźć na stronach: o miłości- 94, 196, ;o zazdrości i
zdradzie-195,198,200; o kryzysie 44, 106; o dzieciach 125, 181, 191;o
małżeństwie-195; o kochance( anegdota-moim zdaniem świetna)-23; o
kochanku 122,193; o facetach-197. Cóż jednak ja tam mogę wiedzieć
o pisaniu książek, wykształcenia dziennikarskiego ani
polonistycznego nie mam. Psychologii czy filozofii też nie
kończyłam, dorobku pisarskiego brak. Dlatego też, tych którzy
chcieliby poznać fachową, krótką ale bardzo rzetelną recenzję
„Życie jest fajne”, odsyłam na blog Iwony Kmity.http://iwonakmita.pl/
Ja
do dzisiejszej notki postanowiłam wykorzystać tytuł jednej z
wcześniejszych książek Katarzyny M, które zostały sprytnie
przemycone przez Nią w treści tej najnowszej publikacji. Mam na
myśli „Kup kochance męża kwiaty”, tytuł chwytliwy przyznaję
i być może argumenty w książce zawarte uzasadniałyby taką
desperację, niestety książki nie czytałam. Gdyby jednak mnie terapeuta zaproponował coś takiego, wiałabym od niego, gdzie pieprz rośnie. Nie chcę mówić o samej książce, bo trudno się wypowiadać o czymś czego się nie zna. Chcę Wam dziś opowiedzieć historię, która mi się przypomniała dokładnie w chwili odczytania samego tytułu.
Gdy
moja matka miała około 45 lat, pojechała do sanatorium. Ponieważ
zawsze była osobą otwartą na ludzi i szybko zjednywała ich sobie,
to i tym razem poznała bardzo ciekawą osobę. Jak wynikało z słów
matki, kobieta była od niej starsza o jakieś 15-2o lat. Szczupła,
niewysoka, zadbana pani, o żywym spojrzeniu, pięknie mówiąca,
szalenie inteligentna. Jeżeli moja matka, która była krytyczna
wobec ludzi i nie łatwo było jej zaimponować, zapamiętała tę
kuracjuszkę i jej wyznanie, to znaczy że była pod ogromnym
wrażeniem i mówiącej i słów, które usłyszała.
Swoją opowieść nowa znajoma
matki zaczęła w chwili, gdy miała 20- kilka lat, była
utalentowaną absolwentką ASP. Poznała młodego, przystojnego i
ambitnego prawnika. Pokochali się i pobrali. On pochodził ze wsi i
był jedynakiem, dlatego też nawet gdy robił karierę, w czasie
urlopu jeździł pomagać rodzicom w gospodarce. Dwa lata po ślubie
zabrał tam swoją młodziutką, piękną żonę. Pewnego dnia
trzeba było przenieś siano w belach z wozu do stodoły. Właściciel
gospodarstwa podawał siano stojącej na drabinie młodej mężatce,
a ta przekazywała je do góry mężowi. W chwili nieuwagi spadła z
drabiny, doznając otwartego złamania nogi. Pomimo kilku operacji,
wieloletniej rehabilitacji, nie wróciła do pełnej sprawności.
Chodziła kulejąc i podpierała się gustowną laseczką. Życie
jednak toczyło się dalej. On założył własną kancelarię, która
doskonale prosperowała, ona prowadziłam dom i urządzała wspaniałe
przyjęcia, dla wybranych klientów męża i jego kolegów z
palestry. Dzieci nie mieli, wśród znajomych uchodzili za bardzo
się kochające, zgodne i szczęśliwe małżeństwo. Chyba tak było,
bo przeżyli ze sobą 20 lat.
Pewnego dnia mecenas zmarł nagle
na zawał. Kobieta zamknęła się w domu, a o tym, że żyje
świadczyły tylko jej spacery każdego dnia na cmentarz. Wielu
podziwiało, że utykającej kobiecie, chce się codziennie
odwiedzać grób męża. Niedługo po śmierci prawnika, wdowa
dostała list z obcej kancelarii prawnej, w którym proszono, by
konkretnego dnia, o określonej godzinie stawiła się celem
omówienia spraw spadkowych. Zdziwiło to niewiastę, gdyż była
przekonana, że mąż nie sporządził testamentu i ona jest jedyną
spadkobierczynią.
Trochę z ciekawości, a trochę z
obowiązku stawiła się na spotkanie. Po wejściu do pokoju
zobaczyła trzy osoby, których nie znała. Mężczyzna poprosił aby
usiadła, tak też uczyniła kobieta i towarzyszący jej
kilkunastoletni chłopiec. Po odczytaniu ostatniej woli zmarłego
okazało się, że chłopiec jest jego prawnie uznanym synem i
dziedziczy połowę majątku. Pomimo zaskoczenia jakiego doznała
wdowa, zaczęła się przyglądać nastolatkowi. Nie miała
wątpliwości, że to nie pomyłka, gdyż chłopiec był bardzo
podobny do ojca. Kobieta zapragnęła jak najszybciej opuścić
pomieszczenie, bo dotarła do niej okrutna prawda. Ukochany mąż
prowadził podwójne życie i przez większą część ich małżeństwa
okrutnie ją okłamywał. Próbując pogodzić się z zaistniałą
sytuacją, zadawała sobie pytania, na które nikt nie mógł jej
odpowiedzieć. Sprawca jej cierpienia nie żył, a o tej drugiej
kobiecie nie wiedziała nic. Nie bolała jej zdrada, bo wiadomo, że
takie sytuacje zdarzają się częściej niż powinny. Nie miała
także pretensji, że jej mąż pragnął potomka. Była wściekła i
rozgoryczona, że tyle lat wysłuchiwała kłamstw o miłości i o
tym, jak bardzo jest kochana. Uważała się za uczciwą osobę, więc
gdyby mąż chciał odejść, by zapewnić dziecku rodzinę, dałaby
mu rozwód bez warunków i przeszkód. Jej jedyny mężczyzna,
którego w życiu miała i którego wielbiła, okazał się
wyrachowanym egoistą. Przez krótki czas zadawała sobie pytanie,
czy mężczyzna był z nią, bo odpowiadało mu wygodne życie na
wysokim poziomie, które zapewniała swoją codzienną pracą, czy
też kierował się litością, bo czuł się w pewnym stopniu winny
jej kalectwa. Przestała chodzić na cmentarz, mówiąc do siebie w
złości „niech teraz tamta przynosi ci kwiaty i zapala znicze”.
Sprzedała mieszkanie i wyniosła się z miasta. Pomimo, że była
jeszcze młoda, bo nie miała 50 lat, nie ułożyła sobie życia z
innym mężczyzną. Ta część spadku, jaka przypadła jej w
udziale, zapewniała jej wygodę i dostatek( na str 23 książki
„Życie...” cudowna moim zdaniem anegdotka o Wilczyńskich.).
Wspomniałam o niej, bo jest tak trochę a'propos tego co powyżej
jak i tego co poniżej.
Moja
matka opowiedziała mi tę historię wiele lat później, chociaż
nie umiem powiedzieć dlaczego. Może dlatego, że miłość w tamtym
czasie traktowałam idealistycznie. Dziś tamto rozumienie przeze
mnie miłości, bardzo się zmieniło, nie na tyle jednak, żebym
mogła zgodzić się z opinią jaką na stronach najnowszej książki
wygłasza współautorka „Życie jest fajne”.
Na
koniec należy wam się wyjaśnienie, dlaczego jestem przeciwna
kupowaniu kochance męża kwiatów. Sprawa jest prosta: kwiaty to on
kupował Tobie, gdy kochance wręczał biżuterię. Pieniądze, które
miałabyś wydać na te kwiaty, koniecznie zainwestuj w siebie:
ciuch, kosmetyczka, wycieczka albo co najmniej spa. Te zakupy pomogą
Ci poprawić sobie humor w chwili kiedy się „rypnie” według
Katarzyny M, czyli gdy zdrada wyjdzie na jaw. To ,że są różne
rodzaje zdrad nie znaczy, że mamy postępować zgodnie z sugestią
autorki „przeżyć i przetrwać”. Jak autorka taką postawę
argumentuje znajdziecie w książce. Do mnie Jej zdanie nie trafia,
bo stawia mnie w pozycji wyrachowanej, wygodnickiej lub co gorsza
tchórzliwej „kobitki”(określenie użyte przez autorkę). A co
ciekawe (o ile pamiętam) nie ma w treści określeń chłoptaś w
odniesieniu do facetów. Jeżeli ilość słowa fajne, użytego przez
autorki, ma być wyznacznikiem, że i życie takie jest, to cel
został osiągnięty. Znajdziecie w tej książce zdanie, nie wyróżnione wytłuszczonym drukiem, ŻYCIE JEST RÓŻNORODNE,gdyby książka została tak zatytułowana, bardziej odpowiadałaby zawartości. Byłaby też lepiej zrozumiana przy staranniejszym układzie treści, w której od języka wykładowego w rozdziale 1, przechodzimy do potocznego, jowialnego i luzackiego.
W nadziei, że nie podzielicie losu mojej bohaterki i
nie poznacie goryczy zdrady, życzę Wam żebyście to Wy byli FAJNI(weseli, życzliwi, otwarci na ludzi, pewni siebie i celów do
których dążycie), bo wtedy wasze życie też takie będzie.