Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o życiu i różnych jego aspektach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o życiu i różnych jego aspektach. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 sierpnia 2018

NIE KUPUJ KOCHANCE....




Prawie cały lipiec bumelowałam, bo najpierw pogoda była deszczowa i w kościach łamało, a potem upały sprawiły, że czułam się jak ryba bez wody. W nielicznych dniach, gdy szare komórki pracowały czytałam najpierw książki Jadwigi Śmigiery(„Stokrotki”), a potem nadeszła od znajomej lektura zatytułowana „Życie jest fajne”. Jest to zapis rozmowy znanej dziennikarki Małgorzaty Szcześniak z jeszcze sławniejszą psycholog Katarzyną Miller.
Czy warto „Życie...” przeczytać? Jak powiada przysłowie „punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia”. Ja siedziałam najwyraźniej bardzo nisko, bo tak właśnie oceniam tę książkę .Ocenę swoją powinnam poprzeć stosownymi argumentami. Bardzo dobrym rozwiązaniem, byłoby zacytowanie konkretnych wypowiedzi zawartych na 222 stronach, czegoś co niby jest poradnikiem, książką popularną z akcentami naukowymi, do których należy zaliczyć psychologię egzystencjalną i bardzo ciekawy zestaw lektur polecanych do przeczytania. Niestety z obawy o naruszenie praw autorskich musiałam z cytatów zrezygnować, uznając że ich zamieszczenie będzie „kopiowaniem, rozpowszechnianiem... i tym wszystkim o czym napisano na tylnej wklejce książki. Tak naprawdę zgadzam się z dwoma stwierdzeniami w pozycji tej zawartymi: o tym , że człowieka nie można zmienić, a jedynie nasz stosunek do niego oraz o męskich obietnicach, które gdy są gruszkami na wierzbie, to wiadomo, że spełnione nie będą. Reszta treści wywoływała u mnie zwątpienie, sprzeciw, że śmiechem włącznie. Te najbardziej kontrowersyjne „złote myśli” można znaleźć na stronach: o miłości- 94, 196, ;o zazdrości i zdradzie-195,198,200; o kryzysie 44, 106; o dzieciach 125, 181, 191;o małżeństwie-195; o kochance( anegdota-moim zdaniem świetna)-23; o kochanku 122,193; o facetach-197. Cóż jednak ja tam mogę wiedzieć o pisaniu książek, wykształcenia dziennikarskiego ani polonistycznego nie mam. Psychologii czy filozofii też nie kończyłam, dorobku pisarskiego brak. Dlatego też, tych którzy chcieliby poznać fachową, krótką ale bardzo rzetelną recenzję „Życie jest fajne”, odsyłam na blog Iwony Kmity.http://iwonakmita.pl/
Ja do dzisiejszej notki postanowiłam wykorzystać tytuł jednej z wcześniejszych książek Katarzyny M, które zostały sprytnie przemycone przez Nią w treści tej najnowszej publikacji. Mam na myśli „Kup kochance męża kwiaty”, tytuł chwytliwy przyznaję i być może argumenty w książce zawarte uzasadniałyby taką desperację, niestety książki nie czytałam. Gdyby jednak mnie terapeuta zaproponował coś takiego, wiałabym od niego, gdzie pieprz rośnie. 
Nie chcę mówić o samej książce, bo trudno się wypowiadać o czymś czego się nie zna. Chcę Wam dziś opowiedzieć historię, która mi się przypomniała dokładnie w chwili odczytania samego tytułu.
Gdy moja matka miała około 45 lat, pojechała do sanatorium. Ponieważ zawsze była osobą otwartą na ludzi i szybko zjednywała ich sobie, to i tym razem poznała bardzo ciekawą osobę. Jak wynikało z słów matki, kobieta była od niej starsza o jakieś 15-2o lat. Szczupła, niewysoka, zadbana pani, o żywym spojrzeniu, pięknie mówiąca, szalenie inteligentna. Jeżeli moja matka, która była krytyczna wobec ludzi i nie łatwo było jej zaimponować, zapamiętała tę kuracjuszkę i jej wyznanie, to znaczy że była pod ogromnym wrażeniem i mówiącej i słów, które usłyszała.
    Swoją opowieść nowa znajoma matki zaczęła w chwili, gdy miała 20- kilka lat, była utalentowaną absolwentką ASP. Poznała młodego, przystojnego i ambitnego prawnika. Pokochali się i pobrali. On pochodził ze wsi i był jedynakiem, dlatego też nawet gdy robił karierę, w czasie urlopu jeździł pomagać rodzicom w gospodarce. Dwa lata po ślubie zabrał tam swoją młodziutką, piękną żonę. Pewnego dnia trzeba było przenieś siano w belach z wozu do stodoły. Właściciel gospodarstwa podawał siano stojącej na drabinie młodej mężatce, a ta przekazywała je do góry mężowi. W chwili nieuwagi spadła z drabiny, doznając otwartego złamania nogi. Pomimo kilku operacji, wieloletniej rehabilitacji, nie wróciła do pełnej sprawności. Chodziła kulejąc i podpierała się gustowną laseczką. Życie jednak toczyło się dalej. On założył własną kancelarię, która doskonale prosperowała, ona prowadziłam dom i urządzała wspaniałe przyjęcia, dla wybranych klientów męża i jego kolegów z palestry. Dzieci nie mieli, wśród znajomych uchodzili za bardzo się kochające, zgodne i szczęśliwe małżeństwo. Chyba tak było, bo przeżyli ze sobą 20 lat.
Pewnego dnia mecenas zmarł nagle na zawał. Kobieta zamknęła się w domu, a o tym, że żyje świadczyły tylko jej spacery każdego dnia na cmentarz. Wielu podziwiało, że utykającej kobiecie, chce się codziennie odwiedzać grób męża. Niedługo po śmierci prawnika, wdowa dostała list z obcej kancelarii prawnej, w którym proszono, by konkretnego dnia, o określonej godzinie stawiła się celem omówienia spraw spadkowych. Zdziwiło to niewiastę, gdyż była przekonana, że mąż nie sporządził testamentu i ona jest jedyną spadkobierczynią.
Trochę z ciekawości, a trochę z obowiązku stawiła się na spotkanie. Po wejściu do pokoju zobaczyła trzy osoby, których nie znała. Mężczyzna poprosił aby usiadła, tak też uczyniła kobieta i towarzyszący jej kilkunastoletni chłopiec. Po odczytaniu ostatniej woli zmarłego okazało się, że chłopiec jest jego prawnie uznanym synem i dziedziczy połowę majątku. Pomimo zaskoczenia jakiego doznała wdowa, zaczęła się przyglądać nastolatkowi. Nie miała wątpliwości, że to nie pomyłka, gdyż chłopiec był bardzo podobny do ojca. Kobieta zapragnęła jak najszybciej opuścić pomieszczenie, bo dotarła do niej okrutna prawda. Ukochany mąż prowadził podwójne życie i przez większą część ich małżeństwa okrutnie ją okłamywał. Próbując pogodzić się z zaistniałą sytuacją, zadawała sobie pytania, na które nikt nie mógł jej odpowiedzieć. Sprawca jej cierpienia nie żył, a o tej drugiej kobiecie nie wiedziała nic. Nie bolała jej zdrada, bo wiadomo, że takie sytuacje zdarzają się częściej niż powinny. Nie miała także pretensji, że jej mąż pragnął potomka. Była wściekła i rozgoryczona, że tyle lat wysłuchiwała kłamstw o miłości i o tym, jak bardzo jest kochana. Uważała się za uczciwą osobę, więc gdyby mąż chciał odejść, by zapewnić dziecku rodzinę, dałaby mu rozwód bez warunków i przeszkód. Jej jedyny mężczyzna, którego w życiu miała i którego wielbiła, okazał się wyrachowanym egoistą. Przez krótki czas zadawała sobie pytanie, czy mężczyzna był z nią, bo odpowiadało mu wygodne życie na wysokim poziomie, które zapewniała swoją codzienną pracą, czy też kierował się litością, bo czuł się w pewnym stopniu winny jej kalectwa. Przestała chodzić na cmentarz, mówiąc do siebie w złości „niech teraz tamta przynosi ci kwiaty i zapala znicze”. Sprzedała mieszkanie i wyniosła się z miasta. Pomimo, że była jeszcze młoda, bo nie miała 50 lat, nie ułożyła sobie życia z innym mężczyzną. Ta część spadku, jaka przypadła jej w udziale, zapewniała jej wygodę i dostatek( na str 23 książki „Życie...” cudowna moim zdaniem anegdotka o Wilczyńskich.). Wspomniałam o niej, bo jest tak trochę a'propos tego co powyżej jak i tego co poniżej.
     Moja matka opowiedziała mi tę historię wiele lat później, chociaż nie umiem powiedzieć dlaczego. Może dlatego, że miłość w tamtym czasie traktowałam idealistycznie. Dziś tamto rozumienie przeze mnie miłości, bardzo się zmieniło, nie na tyle jednak, żebym mogła zgodzić się z opinią jaką na stronach najnowszej książki wygłasza współautorka „Życie jest fajne”.
    Na koniec należy wam się wyjaśnienie, dlaczego jestem przeciwna kupowaniu kochance męża kwiatów. Sprawa jest prosta: kwiaty to on kupował Tobie, gdy kochance wręczał biżuterię. Pieniądze, które miałabyś wydać na te kwiaty, koniecznie zainwestuj w siebie: ciuch, kosmetyczka, wycieczka albo co najmniej spa. Te zakupy pomogą Ci poprawić sobie humor w chwili kiedy się „rypnie” według Katarzyny M, czyli gdy zdrada wyjdzie na jaw. To ,że są różne rodzaje zdrad nie znaczy, że mamy postępować zgodnie z sugestią autorki „przeżyć i przetrwać”. Jak autorka taką postawę argumentuje znajdziecie w książce. Do mnie Jej zdanie nie trafia, bo stawia mnie w pozycji wyrachowanej, wygodnickiej lub co gorsza tchórzliwej „kobitki”(określenie użyte przez autorkę). A co ciekawe (o ile pamiętam) nie ma w treści określeń chłoptaś w odniesieniu do facetów. Jeżeli ilość słowa fajne, użytego przez autorki, ma być wyznacznikiem, że i życie takie jest, to cel został osiągnięty. Znajdziecie w tej książce zdanie, nie wyróżnione wytłuszczonym drukiem, ŻYCIE JEST RÓŻNORODNE,gdyby książka została tak zatytułowana, bardziej odpowiadałaby zawartości. Byłaby też lepiej zrozumiana przy staranniejszym układzie treści, w której od języka wykładowego w rozdziale 1, przechodzimy do potocznego, jowialnego i luzackiego. 
   W nadziei, że nie podzielicie losu mojej bohaterki i nie poznacie goryczy zdrady, życzę Wam żebyście to Wy byli FAJNI(weseli, życzliwi, otwarci na ludzi, pewni siebie i celów do których dążycie), bo wtedy wasze życie też takie będzie.