Z reguły jestem optymistką, dlatego też wierzyłam, że nowy rok będzie lepszy od poprzedniego. Dzisiaj mocno w zwątpiłam. Jak może pamiętacie, nie przyjęłam wózka inwalidzkiego, który sprezentowała mi siostra. Odmowa spowodowała nieciekawą atmosferę i gniewy. Ogarnęło mnie zniechęcenie, podejrzewam nawet lekki rozstrój nerwowy, ocierający się o depresję. Święta były totalną porażką, a sylwester samotny.
Na domiar złego skończył mi się lek na nadciśnienie. Wypełniłam wniosek o powtórzenie leków i posłałam syna do przychodni. Poprosiłam, żeby wziął także deklarację zmiany lekarza, bo pomyślałam, że nowy rok jest do tego doskonałą okazją. Po przyjściu do przychodni syn zorientował się, że wniosku o lek zapomniał, więc postanowił załatwić zmianę lekarza. Odmówiono mu wydania deklaracji, gdyż muszę pobrać i złożyć ją osobiście. Kłopot tylko w tym, że używany wózek rozkraczył się definitywnie i nawet po domu mam problem z poruszaniem się.Z kupnem nowego muszę poczekać aż wpłynie renta. Najzabawniejsza jednak jest rozmowa jaką odbył mój syn z rejestratorką. Dowiedział się, że lekarka do której jestem przypisana jest najlepszą w przychodni, więc nie ma powodu zmiany. Syn powiedział, że mam kłopot z dogadywaniem się z lekarką, dlatego pragnę się przenieść do lekarza, najlepiej mężczyzny. Usłyszał, że lekarz ten ma dwa razy więcej pacjentów niż powinien, A JAK MATKA POTRZEBUJE CHŁOPA, TO NIECH SIĘ ZAPISZE NA PORTAL RANDKOWY.
Gdy wrócił do domu bez recepty na leki i deklaracji zmiany lekarza, spodziewał się mojej ostrej reakcji. A mnie tylko ręce opadły.
piątek, 4 stycznia 2019
poniedziałek, 24 grudnia 2018
ŻYCZENIA
WSZYSTKIM BLOGEROM I INTERNAUTOM
ZDROWIA, SPOKOJU, RADOŚCI I RODZINNEJ ATMOSFERY
ŻYCZY
Iwona Z(a)myślona
środa, 19 grudnia 2018
GDY MI CIEBIE ZABRAKNIE!!!!
19 grudnia o godzinie 16.00 moja przyjaciółka Celina przysłała sms, w którym przekazała tragiczną wiadomość: zmarł ANDRZEJ SKUPIŃSKI, w sieci znany jako Art-Klater. Na profilu fb Andrzeja informację tę niestety potwierdził syn Jan.
BYŁ ŚLĄZAKIEM, BYŁ POLAKIEM,
BYŁ ARTYSTĄ I HUMANISTĄ
BYŁ CZŁOWIEKIEM WIELKIEGO SERCA.
PODZIWIAŁAM GO ZA ROZLEGŁĄ WIEDZĘ
UWIELBIAŁAM ZA OGROMNE POCZUCIE HUMORU
ZAZDROŚCIŁAM DYSTANSU DO SAMEGO SIEBIE.
NIE NAPISZE JUŻ POSTU NA BLOGU
NIE NAUCZY MNIE PISAĆ POPRAWNIE LIMERYKÓW
NIE ROZBAWI ANI NIE WZRUSZY SWOIMI WIERSZAMI
A MIMO TO POZOSTANIE NA ZAWSZE Z NAMI
W NASZEJ PAMIĘCI, W NASZYCH SERCACH.
pl.wikipedia.org/wiki/Andrzej_Skupiński
Rączkę czule całuje,
W zachwycie omdlewa jak zabita.
BYŁ ŚLĄZAKIEM, BYŁ POLAKIEM,
BYŁ ARTYSTĄ I HUMANISTĄ
BYŁ CZŁOWIEKIEM WIELKIEGO SERCA.
PODZIWIAŁAM GO ZA ROZLEGŁĄ WIEDZĘ
UWIELBIAŁAM ZA OGROMNE POCZUCIE HUMORU
ZAZDROŚCIŁAM DYSTANSU DO SAMEGO SIEBIE.
NIE NAPISZE JUŻ POSTU NA BLOGU
NIE NAUCZY MNIE PISAĆ POPRAWNIE LIMERYKÓW
NIE ROZBAWI ANI NIE WZRUSZY SWOIMI WIERSZAMI
A MIMO TO POZOSTANIE NA ZAWSZE Z NAMI
W NASZEJ PAMIĘCI, W NASZYCH SERCACH.
pl.wikipedia.org/wiki/Andrzej_Skupiński
Nasza prywatna korespondencja zawierała zaledwie kilka listów. W jednym z nich Andrzej zamieścił limeryk, który był przez Niego poprawioną wersją mojego wierszyka Jemu dedykowanego
Art Klater, literat i erudyta,
Wie, po co chłopu jest kobita.
Pięknych słów nie żałuje,
W niebie będzie gorszył wszystkie Anielice,
Bo na to, że Im odpuści, wcale nie liczę.
sobota, 24 listopada 2018
TRZECIAK NAPISAŁA!!!
Dzisiejszy post będzie inny od wszystkich dotychczas napisanych. Nie ma długiego obmyślania tematu, jeszcze dłuższego jego opracowywania, by wreszcie po tygodniu wkleić tekst na blog. Cztery godziny temu w ramach przeglądu ulubionych blogów weszłam na http://trzeciakpisze.blogspot.com/. Autorka prezentuje swoją najnowszą publikację " CZY SŁONIE DAJĄ KLAPSY? Fascynujące rodzicielstwo zwierząt". Urzekł mnie tytuł, dlatego spontanicznie postanowiłam zamieścić notkę na swoim blogu. Nie czytałam książki, choć bardzo bym chciała, post nie jest zatem recenzją. Zbliżają się Mikołajki i Gwiazdka, uznałam że książka może być fantastycznym prezentem dla dziecka, wnuka lub osoby dorosłej rozmiłowanej w opowieściach o zwierzętach. W ostatnich latach sporo pojawiło się filmów animowanych o zwierzętach i cieszą się one wielkim powodzeniem. Aktorzy udzielający głosu bohaterom, są przedmiotem pytań konkursowych w "Milionerach" czy innych telewizyjnych show. Dlaczego książka(także jako e-book) nie mogłaby spróbować dorównać popularnością owym filmom?
Z noty wydawniczej możemy wyczytać: "Oto skrząca się od ciekawostek książka o zwierzętach i ludziach przy której nie raz się uśmiechniesz, a być może także zweryfikujesz pewne poglądy...". O autorce również napisano kilka miłych słów: "popularyzatorka wiedzy przyrodniczej i lekarz weterynarii. Dziennikarka naukowa i publicystka. Fascynatka fizjologii środowiskowej oraz etologii. Prywatnie mama,zapalona rowerzystka i mól książkowy".
Sama MARIA ALICJA TRZECIAK twierdzi, że jej książka jest " o dzieciństwie, książkach, nauce, zwierzętach, życiu", a więc o tym o czym najchętniej czytamy bez względu na wiek, wykształcenie czy poglądy polityczne. Autorka uważa, że "ta książka, to moje najważniejsze dokonanie tego roku", z czystym sumieniem zachęcam do przeczytania, a może nawet kupienia jej.
Nowość
Przypuszczam, że książkę można kupić w księgarniach, ale także pod tym adresem: https://www.empik.com/
Z noty wydawniczej możemy wyczytać: "Oto skrząca się od ciekawostek książka o zwierzętach i ludziach przy której nie raz się uśmiechniesz, a być może także zweryfikujesz pewne poglądy...". O autorce również napisano kilka miłych słów: "popularyzatorka wiedzy przyrodniczej i lekarz weterynarii. Dziennikarka naukowa i publicystka. Fascynatka fizjologii środowiskowej oraz etologii. Prywatnie mama,zapalona rowerzystka i mól książkowy".
Sama MARIA ALICJA TRZECIAK twierdzi, że jej książka jest " o dzieciństwie, książkach, nauce, zwierzętach, życiu", a więc o tym o czym najchętniej czytamy bez względu na wiek, wykształcenie czy poglądy polityczne. Autorka uważa, że "ta książka, to moje najważniejsze dokonanie tego roku", z czystym sumieniem zachęcam do przeczytania, a może nawet kupienia jej.
Nowość| Wydawnictwo: | Feeria Science |
| Data premiery: | 2018-11-14 |
| Liczba stron: | 288 |
Przypuszczam, że książkę można kupić w księgarniach, ale także pod tym adresem: https://www.empik.com/
Tym, którzy zdecydują się kupić, czy chociażby przeczytać, życzę wspaniałej zabawy.
wtorek, 20 listopada 2018
KARTKI BEZ OKAZJI
Zła passa niestety trwa. We wrześniu zepsuł mi
się telefon,którym czasami robiłam zdjęcia na bloga. Miałam do niego odpowiedni kabelek, by móc je przenosić na komputer. Ze
swojej pierwszej pensji w nowej pracy syn kupił mi inny telefon,
posiada on aparat ale nie mogę zdjęć przenosić na laptopa, bo
brak kabelka z właściwą końcówką. Na dokładkę aparat, który
jakiś czas temu kupiły mi dzieci, też nawalił. Nie mogę więc
zamieścić zdjęć zawartości pewnej koperty, którą na początku
listopada przyniósł ze skrzynki syn.
Gdy to, co było w środku wyjęłam na biurko,to znalazłam pięknie ilustrowany folder promujący dwa miasta:Inowrocław i Ciechocinek. W Ciechocinku byłam raz jako mała dziewczynka, odwiedzenie Inowrocławia pozostaje pragnieniem. Powód wysłania mi tych rzeczy tłumaczy odręcznie napisany przez Jotkę list,którego treść pozwolę sobie przytoczyć, mając nadzieję,że nadawczyni wybaczy mi naruszenie tajemnicy korespondencji:
Gdy to, co było w środku wyjęłam na biurko,to znalazłam pięknie ilustrowany folder promujący dwa miasta:Inowrocław i Ciechocinek. W Ciechocinku byłam raz jako mała dziewczynka, odwiedzenie Inowrocławia pozostaje pragnieniem. Powód wysłania mi tych rzeczy tłumaczy odręcznie napisany przez Jotkę list,którego treść pozwolę sobie przytoczyć, mając nadzieję,że nadawczyni wybaczy mi naruszenie tajemnicy korespondencji:
”ponieważ spotkało Cię ostatnio
wiele przykrości, a i zdrowie nie zawsze rozpieszcza, postanowiłam
zaangażować sympatyczne uczennice z klasy VIII, by wykonały
specjalnie dla Ciebie karki bez okazji...,ale z serca, więc może
poprawią Ci nastrój i pomyślisz o nas ciepło. Pozdrawiamy
serdecznie z czytelni naszej biblioteki.”
Do listu dołączone były kartki 20 x 14 cm wykonane z papieru kredowego, przyozdobione odręcznymi rysunkami serduszek, kwiatków i na jednej uśmiechniętej buźki. Nieco więcej trudu zadała sobie panienka, która z czasopisma wycięła ozdobne litery i ułożyła z nich moje imię. Na tych białych, połyskujących stroniczkach zapisano sentencje, które( zdaniem dziewcząt dokonujących ich wyboru), miały mi poprawić nastrój i pozytywnie nastawić do świata. Podobno dziewczęta były bardzo przejęte wyszukiwaniem cytatów. Okazało się, że nie tylko one, mój syn gdy zobaczył, co zawiera koperta, powiedział „jakie to miłe”. I tak rzeczywiście było, poczułam się wyróżniona, wyjątkowa i szczęśliwa. Na jedną krótką chwilę zapomniałam o kłopotach. Ponieważ nie odpowiedziałam natychmiast na tak uroczą niespodziankę, niechaj ten post, będący opowieścią o bezinteresowności, dobroci i empatii młodych ludzi,stanie się zarazem podziękowaniem dla nich.
Do listu dołączone były kartki 20 x 14 cm wykonane z papieru kredowego, przyozdobione odręcznymi rysunkami serduszek, kwiatków i na jednej uśmiechniętej buźki. Nieco więcej trudu zadała sobie panienka, która z czasopisma wycięła ozdobne litery i ułożyła z nich moje imię. Na tych białych, połyskujących stroniczkach zapisano sentencje, które( zdaniem dziewcząt dokonujących ich wyboru), miały mi poprawić nastrój i pozytywnie nastawić do świata. Podobno dziewczęta były bardzo przejęte wyszukiwaniem cytatów. Okazało się, że nie tylko one, mój syn gdy zobaczył, co zawiera koperta, powiedział „jakie to miłe”. I tak rzeczywiście było, poczułam się wyróżniona, wyjątkowa i szczęśliwa. Na jedną krótką chwilę zapomniałam o kłopotach. Ponieważ nie odpowiedziałam natychmiast na tak uroczą niespodziankę, niechaj ten post, będący opowieścią o bezinteresowności, dobroci i empatii młodych ludzi,stanie się zarazem podziękowaniem dla nich.
Przytoczę nadesłane myśli, bo
może będą one inspiracją i refleksją dla innych czytających.
KSIĄŻKI SĄ LUSTREM:WIDZISZ W NICH TYLKO TO, CO JUŻ MASZ W SOBIE.
SZCZĘŚLIWI CI,KTÓRYM DANE JEST
MIEĆ KOGOŚ,NA KOGO ZAWSZE MOGĄ LICZYĆ.
CZASEM NAJGORSZE RZECZY, KTÓRE NAM
SIĘ PRZYTRAFIAJĄ, PROWADZĄ NA ŚCIEŻKĘ DO TYCH NAJWSPANIALSZYCH.
CIESZ SIĘ...MAŁYMI RZECZAMI
RÓB... TO, CO CIĘ USZCZĘŚLIWIA
ŚMIEJ SIĘ TYLE ILE ODDYCHASZ
KOCHAJ ...TAK DŁUGO JAK ŻYJESZ
ŻYJ...TAK ABY NICZEGO NIE ŻAŁOWAĆ
TAŃCZ JAKBY NIKT NIE PATRZYŁ
CAŁA RADOŚĆ ŻYCIA W TWORZENIU
RADOWANIE SIĘ Z NICZEGO TO
PRAWDZIWA RADOŚĆ
W OCZACH TKWI SIŁA DUSZY
NAJPIĘKNIEJSZYCH CHWIL W ŻYCIU NIE
ZAPLANUJESZ. ONE PRZYJDĄ SAME.
BYĆ RADOSNYM I DOBRYM,KIEDY ŚWIAT
JEST SMUTNY I ZŁY, TO DOPIERO ODWAGA.
OPTYMIŚCI ŻYJĄ DŁUŻEJ
UŚMIECH OTWIERA LUDZKIE SERCA
Próbowałam
za pomocą Google znaleźć autorów tych mądrych,pięknych słów.
Nie udało mi się niestety. Biorąc sobie głęboko do serca
pierwszą myśl,mówiącą o mocy książek, postanowiłam odwołać
się do tych, którzy od wieków zamieniają słowa w wersy, strofy,
poematy, by przynosić ludziom ulgę, radość i wzruszenie.

ABY PRZEBRNĄĆ PRZEZ ŻYCIE, NALEŻY WZIĄĆ ZE SOBĄ W DROGĘ ZNACZNY ZAPAS OSTROŻNOŚCI I WYROZUMIAŁOŚCI: PIERWSZA CHRONI PRZED SZKODĄ I STRATĄ, DRUGA PRZED SPOREM I KŁÓTNIĄ.(Schopenhauer)

ŻYCIE LUDZKIE NA POZÓR
TO ZWYKŁY KAWAŁ,
LECZ ON NIE JEST TAK PROSTY,
JAK BY SIĘ ZDAWAŁO.(Boy)
DLATEGO NIE WOLNO BYĆ
WOBEC NIKOGO
ZBYT USTĘPLIWYM I MIŁYM. (Schopenhauer)
WOBEC NIKOGO
ZBYT USTĘPLIWYM I MIŁYM. (Schopenhauer)

NIE TRAĆCIE GŁOWY! ŻYCIE CHCE WAS PO NIEJ POGŁASKAĆ(Lec)
CÓŻ ZA ŻÓŁTODZIOBEM JEST CZŁOWIEK,
CO SIĘ ŁUDZI,ŻE PRZEJAWIAJĄC
INTELIGENCJĘ I ROZUM,
ZDOŁA PRZYPODOBAĆ SIĘ TOWARZYSTWU!(Schopenhauer)
TRZEBA MIEĆ DUŻO CIERPLIWOŚCI BY SIĘ JEJ NAUCZYĆ(Lec)
PRZYKRE W MIŁOŚCI JEST TO, ŻE JEST TO ZABAWA,W KTÓREJ NIE MOŻNA OBEJŚĆ SIĘ BEZ WSPÓLNIKA.(Boy)
ZANIM SIĘ OPAMIĘTASZ,
KOŁYSKA, OŁTARZ, CMENTARZ -
I ROBISZ SMUTNE ODKRYCIE,
ŻE TO JUŻ CAŁE ŻYCIE.(J.I.Sztaudynger)
Mam nadzieję, że ulubieni autorzy, których przytoczone mądrości stanowią w pewnej mierze mój życiowy katechizm, spodobają się nie tylko uczennicom klasy 8 a Szkoły Podstawowej nr 6 w Inowrocławiu, którym post ten dedykuję, dziękując za radość jaką mi sprawiły.
wtorek, 13 listopada 2018
NIESZCZĘŚCIA CHODZĄ STADAMI
Moje wrześniowe perypetie z lekarzami nie skończyły się wraz z ich opowiedzeniem na blogu. Przepisane leki trochę pomogły ale po dwóch tygodniach Wyprysk potnicowy powrócił na dłonie, a zaczerwienienia na przedramieniu i udzie nie zniknęły. Zgodnie z zaleceniem lekarza-konsultanta, moja synowa poszła po 3 tygodniach do Przychodni przy Szpitalu Bielańskim z moim skierowaniem do Poradni Alergologicznej. Wystała się w ogromnej kolejce ponad godzinę, by dowiedzieć się, że z powodu błędów(brak kodu i pieczątki pod nim oraz rozpoznania-bo wyprysk potnicowy wpisany nie jest jednostką chorobową), nie może mnie do wspomnianej przychodni zarejestrować. Nawet gdyby skierowanie nie posiadało wymienionych uchybień, to termin wizyty przypadłby na marzec 2019 roku. Po nowe, właściwie wypisane skierowanie nie bardzo ma kto pojechać.
Po ponad dwóch latach bezrobocia syn znalazł w sierpniu pracę. Cała nasza trójka cieszyła się, jakby każde z nas Pana Boga chwyciło za nogi. Radość jednak była krótka, bo na początku września pracę straciła synowa i mocno się podłamała. Wiara młodych, że zaczną wychodzić na prostą, pierzchła, a i moje plany musiały ulec zmianie.
Na początku października do mieszkania wkroczyła moja siostra i tonem nie znoszącym sprzeciwu oznajmiła: moja córcia znalazła na allegro czy olx wózek dla Ciebie. Będziesz musiała poczekać kilka dni, bo muszą go przywieźć z Poznania. Zamurowało mnie, bo ani z nimi o nowym wózku nie rozmawiałam, ani o niego nie prosiłam. Stwierdzenie, że dostanę go od nich w prezencie na Gwiazdkę, było tyle miłe, co krępujące. Nie bardzo wiedziałam skąd wezmę pieniądze na gwiazdkowe prezenty dla 5-osobowej rodziny siostry. Z nimi bowiem jest trudna sprawa, gdyż mają zwyczaj obdarowywać się drogimi prezentami, więc jakiś drobiazg ode mnie byłby raczej przedmiotem kpin za moimi plecami. Żadne szydełkowe serwetki czy inne wyroby nie znalazłby w ich oczach uznania. Nadmieniłam tylko, że mam nadzieję, iż nie zapłacą za wózek dużo, bo nowy w sklepie ze sprzętem rehabilitacyjnym kosztuje 600 zł. Syn interesował się sprawą, gdy tylko okazało się, że małe lewe kółko się blokuje, a siedzisko z jednej strony jest oberwane. Trzy dni później siostra z siostrzenicą wkroczyły do domu prowadząc zakupiony sprzęt. Zatkało mnie kolejny raz,miałam przed sobą wózek nowiuteńki i było widać, że musiał być drogi nawet jeżeli był odkupywany od kobiety, która nabyła go dla swojego męża po wylewie. Niestety mężczyzna zmarł, a więc z wózka nie zdążył skorzystać. Nie wiem czy to przez czarny kolor tapicerki, czy z racji wymiarów wózek wyglądał na duży i ciężki. Takie były moje pierwsze przemyślenia gdy go zobaczyłam. Zastanawiałam się czy przejadę nim w najwęższych miejscach mojego mieszkania. W starym wózku zlikwidowałam z tego powodu podnóżki, bo ocierały się o sprzęty. Poza tym gdy tego dodatku nie ma łatwiej mi się siada, bo nie zaczepiam o nic nogą czy nogawkami spodni. Moja siostra skupiła się na dodatkowych gadżetach:na pasku przypinającym w biodrach do siedzenia(żebym nie wypadła, jak oświadczyła), na stoliczku, na którym mogłam jeść i przedłużonych plecach, zakończonych podgłówkiem, by łeb mi nie latał na boki w czasie jazdy.Do wyposażenia należały także poduszka na siedzeniu, dodatkowe tylne kółeczka doczepiane w razie potrzeby, tylne hamulce, pompka, zestaw kluczy i instrukcja obsługi. Dodatki w foliowej torebce siostra położyła na stole, stojącym na tyle daleko od kanapy, na której siedziałam, że nie mogłam po to sięgnąć, by zaznajomić się ze sprzętem przynajmniej teoretycznie. Stary wózek siostra chwyciła i powiedziała:"wyrzucę, bo swojego synka się nie doprosisz". Kolejny przytyk pod adresem K.J sprawił mi przykrość. Ja wiem, że syn jest trudnym człowiekiem, bo sama kilka postów napisałam o jego postępowaniu, ale nie znoszę atakowania kogokolwiek bez powodu. Teraz złośliwość też nie musiała być wypowiedziana. Kiedy panie wyszły, siedziałam i patrzyłam na prezent gwiazdkowy, nie umiejąc się cieszyć. Wewnętrzny głos w środku, mówił mi, że będzie z jego powodu niezła chryja.
Kilka godzin spędziłam bez jedzenia i picia, a pęcherz chciało mi rozwalić, bo bałam się spróbować usiąść na to cudo. Przez podnóżki nie mogłam blatu małego stolika, znajdującego się przy kanapie, wsunąć pod siedzenie, by w ten sposób prawą stronę wózka zablokować bokiem stolika, a pod lewe koło wsadzić stopę zdrowszej nogi i wspierając się na podłokietnikach, wstać z kanapy. Dlatego prosiłam żeby siostra nie wynosiła starego,bo on gwarantował mi możliwość poruszania się do czasu aż nie oswoję się z nowym sprzętem. Wieczorem syn ledwo wszedł ,usłyszałam "a cóż to za rydwan kupili Ci, tylko konia brakuje". Chciałam złagodzić jego negatywną reakcję i nieśmiało odparłam, że to tylko tak wygląda, że jak wróci ze spaceru z psem, poczytamy instrukcję i zobaczymy jak zdjąć podnóżki oraz przedłużenie pleców z podgłówkiem. Syn usiadł na wózek i próbował nim wyjechać z pokoju. Twierdził, że siedzenie jest umieszczone wyżej niż w starym i mogę mieć kłopot z siadaniem, a duże koła jego zdaniem były mocniej cofnięte do tyłu i by nimi poruszać, muszę w sposób nienaturalny wykręcać ręce. Według niego był to typowy wózek leczniczy do przewożenia osób nie mogących jeździć nim samodzielnie. Po powrocie ze spaceru nie dowiedziałam się, co syn powiedział mojej rodzinie na temat prezentu, gdyż tuż za nim wkroczyły obie panie z minami jak chmury gradowe. Siostra chwyciła wózek, położyła na nim dodatkowe elementy i mówiąc "to jest bardzo drogi wózek" zaczęła wyjeżdżać z pokoju. Zanim dotarła do drzwi wejściowych, zahaczyła podnóżkami o szafkę na buty. Wykorzystał to mój syn mówiąc "to ciociu miałem na myśli, twierdząc,że nie nadaje się do tego mieszkania". W odpowiedzi usłyszał "szafkę można zlikwidować". W tym momencie nie wytrzymał i zapytał "a lodówkę też mam matce wyrzucić, bo nie wjedzie nim do drugiego pokoju?". Odpowiedziało mu trzaśnięcie drzwi, a ja już wiedziałam że na pomoc siostry i jej rodziny w jakiejkolwiek innej sprawie nie mam co liczyć. Mój mózg i ciało ogarnął kac moralny. Rozumiałam dobre intencje siostry, ale w tym przypadku sprawdziło się porzekadło "dobrymi chęciami, piekło jest wybrukowane". Uważam, że gdy rodzina podjęła decyzję o sprezentowaniu mi wózka, to siostrzenica powinna była przyjść pokazać mi go i pozwolić wyrazić swoje obiekcje. Ja chciałam mieć najzwyklejszy wózek byle był funkcjonalny, zwrotny i niedrogi. Na szczęście nikt nie zabrał starego ze zsypu, gdzie go postawiła moja siostra. Ponieważ sugestia syna żeby zakupiony wózek wstawić do sklepu rehabilitacyjnego i spróbować sprzedać, a odzyskane pieniądze przeznaczyć na właściwszy, spotkała się z warknięciem " wystawię na olx", to następnego dnia i przez kilka następnych wchodziłam na tę stronę. Sprawdziłam też ile taki wózek kosztuje i włosy dęba mi stanęły-nowy wyceniony jest na 3000 zł, a za taką kwotę można kupić 5 po 600. Nawet przyjmując, że sprzedający chciał połowę kwoty, to i tak była ona dla mnie kolosalna. Nie wiem, co kierowało rodziną, że dokonała takiego zakupu.Chęć pokazania, że ich stać? Z moim dobrem i wygodą niewiele to miało wspólnego. Możecie pomyśleć, że jestem niewdzięczna, bo zamiast docenić starania siostry, ja wybrzydzałam i skonfliktowałam się z najbliższymi. Wierzcie mi, że z wózka używanego w dobrym stanie, spełniającego wymóg wielkości pozwalającej poruszać się swobodnie po domu, byłabym tak samo rada jak z tego jaki mi został ofiarowany. Według parametrów podanych na stronie, nowy wózek jest dłuższy o jakieś 20 cm, siedzisko jest szersze o 6 cm i jest cięższy o 7 kg. Komuś, kto nie musi korzystać z takiego sprzętu różnice mogą wydawać się nieistotne. W moim przypadku obecnym wózkiem ledwo się mieszczę przy wejściu do kuchni, bo z przodu stoi lodówka najbardziej wychodząca na przedpokój. Szerokość też ma znaczenie właśnie w tym pomieszczeniu, bo wolny środek jest szerokości około 50 cm, i to w miejscu, gdzie do przodu nie jest wysunięta kuchenka, która znacznie tę przestrzeń zmniejsza. Opisałam wam w jaki sposób wstaję z kanapy. Gdy jestem w pozycji stojącej, muszę wózek wysunąć spod blatu stolika i obrócić do siebie przodem, żeby usiąść. Ponieważ obie ręce mam zajęte trzymaniem się , to wózek do obrotu przesuwam biodrem. Dlatego też te 7 kg różnicy w wadze ma znaczenie. Co prawda piękny wózek się składa, ale nie miałam możliwości sprawdzenia, czy większa długość i szerokość pozwalałyby schować go do bagażnika przeciętnej taksówki, gdybym musiała gdzieś jechać. Zamawianie specjalnego transportu dla osób niepełnosprawnych, mogłoby się wiązać z dodatkowymi, większymi kosztami, a tego moja rodzina chyba nie wzięła pod uwagę. Kiedy obiecywałam notkę " DAROWANEMU KONIOWI..." pragnęłam opisać historię z wózkiem, bo wydała mi się ona kuriozalna, a przez to trochę śmieszna. Po dłuższym zastanowieniu chciałam jednak z tego pomysłu zrezygnować, bo jakby na to nie patrzeć, ja i ta moja rodzina jakoś dziwacznie wypadamy. Zbliża się jednak grudzień, kiedy to na Mikołajki czy Gwiazdkę będziemy kupować bliskim i znajomym prezenty. Niechaj ta opowieść skłoni was do głębszej refleksji, czy wybrany przez was prezent przypadnie do gustu obdarowanemu. Czy będzie on radosną pamiątką uroczych chwil, czy może kłopotem?
Obiecuję, że następna notka będzie radosna, a to za sprawą Jotki i uczennic z klasy 8a inowrocławskiej szkoły.
Po ponad dwóch latach bezrobocia syn znalazł w sierpniu pracę. Cała nasza trójka cieszyła się, jakby każde z nas Pana Boga chwyciło za nogi. Radość jednak była krótka, bo na początku września pracę straciła synowa i mocno się podłamała. Wiara młodych, że zaczną wychodzić na prostą, pierzchła, a i moje plany musiały ulec zmianie.
![]() |
| Wózek zakupiony przez siostrzenicę |
![]() |
| Tak wygląda wózek bardzo podobny do obecnie używanego, tylko w moi nie ma wysokiej poduszki na siedzisku |
Obiecuję, że następna notka będzie radosna, a to za sprawą Jotki i uczennic z klasy 8a inowrocławskiej szkoły.
niedziela, 14 października 2018
FATALNY WRZESIEŃ
Początek
miesiąca
Są
ludzie wierzący w pecha, moja sąsiadka uważa, że dla niej lata
zawierające 7-kę takimi są. Czy uznam, że wrzesień
będzie dla mnie takim szczególnym miesiącem? W pierwszych jego
dniach zaczęłam się źle czuć: bóle mięśni, gardła, katar,
ogólne osłabienie. Ponieważ pójście do lekarza, to w obecnej
chwili dla mnie ogromny wysiłek fizyczny i psychiczny, postanowiłam
walczyć z niedomaganiem sama. Sprawdzony w czasie wcześniejszych
przeziębień syrop, walczył z kaszlem. „Amol” wcierany w bolące
mięśnie i wdychany w postaci inhalacji pomógł na gardło i
obolałe ciało.Do tego gorące mleko z miodem, masłem i czosnkiem. Po tygodniu zaczęłam czuć się lepiej, ale wtedy
na dłoniach pojawiły się pęcherzyki wypełnione płynem i bardzo
swędzące. W ciągu ostatnich dwóch lat takie wykwity pojawiły się
trzeci raz. Przy poprzednich dwóch poradziłam sobie używając
mydła siarkowego i maści. Sadziłam, że tym razem też mi się
uda. Po kilku dniach, gdy pęcherzyki zaczęły przysychać pojawiło
się rozległe zaczerwienienie na lewym przedramieniu. Niestety po
dalszym tygodniu takie samo wystąpiło na udzie. Dopiero jednak
spuchnięcie lewej ręki uświadomiło mi, że bez lekarza się nie
obędzie.
25
września, gdy syn wrócił z pracy zażądałam, by zawiózł mnie
na SOR Szpitala Bielańskiego,który znajduje się najbliżej miejsca
zamieszkania. Pierwszy raz miał mnie zwieźć na wózku po schodach
wiodących od windy do wyjścia z klatki. Sprowadzał mnie tyłem po deskach, które matkom z małymi dziećmi pomagają zjechać. Poszło całkiem sprawnie. Nawet moje wejście do taksówki odbyło
się bez większego stresu. Co prawda wieziono nas do szpitala
okrężną drogą, co wprawiło mojego syna we wściekłość, ale ja
byłam szczęśliwa, że dotarliśmy na miejsce. Jak na złość
okazało się, że lewe małe kółko wózka się blokuje i prowadzenie wózka było bardzo trudne. Po
wypełnieniu wniosku i złożeniu go w rejestracji, urzędująca w
okienku pielęgniarka zaprowadziła nas pod gabinet. Okazało się
jednak, że rozpoczęła się zmiana lekarzy i musimy czekać, aż
nocny personel zacznie przyjmować. Po kolejnych dwóch godzinach,
zniecierpliwiony syn poszedł zapytać kiedy będzie nasza kolej.
Powiedziano mu, że lekarz odmówił przyjęcia, ale o powód
mieliśmy zapytać chirurga. Podjechaliśmy pod gabinet, a lekarz
ledwo spojrzał na spuchniętą i zaczerwienioną dłoń i
zawyrokował:”dermatologia MSW lub Koszykowa". Syn próbował coś
wskórać, by nas nie odsyłano,ale pan doktor odwrócił się na
pięcie i tyle go widziano.
K.J
był wściekły na maksa, a ja czułam się bezradna. Nie wiedziałam
czy 70 zł,które mieliśmy w portfelu wystarczy na taxi do szpitala
i powrót gdyby się okazało, że hospitalizacja jest niepotrzebna.
Zadecydowałam się jechać do domu, bo było późno, ciemno. Gdy podjechaliśmy pod nasz blok (tym razem najkrótszą trasą),wysiadając z taksówki nie trafiłam w wózek i upadłam na
chodnik. Chcąc pomóc synowi w podniesieniu mnie , oparłam się na
bardziej chorej nodze. Udało się posadzić mnie na wózku i
wjechaliśmy do klatki. Transportowanie na górę okazało się
trudniejsze niż zwożenie. Nie powiodło się wciąganie, a wpychanie
przodem zakończyło się w połowie schodów. Zmęczony i
poirytowany syn wykrzykiwał, że nie jest Pudzianem. Ja bałam się,
że za chwilę wylegną na klatkę sąsiadki, przy czym żadna nie
byłaby w stanie pomóc synowi, bo obie
mikrej budowy. Przytrzymując się poręczy, wstałam wierząc, że
pozostałe schody pokonam na nogach. Gdy postawiłam prawą nogę na
stopniu, poczułam przeszywający ból od ścięgna Achillesa aż po
kolano. Syn na siłę podniósł mi lewą nogę i postawił na
wyższym stopniu. Jednak na prawą nogę nie mogłam przenieść
ciężaru ciała, by zrobić kolejny krok. Pomyślałam, że rzucę
się do przodu, uchwycę wózek i w ten sposób syn zawlecze mnie do
windy. Zamiast na wózku, wylądowałam na kolanach co spowodowało
wściekłość mojej latorośli, bo wiedział, że nie ma siły by
mnie znów sadzać. A ja chciałam jak najszybciej uciec,
więc na czworakach dowlokłam się do winy, z której na naszym
pietrze syn wyciągnął mnie za nogi, a do domu trzymając pod pachy. Tak zakończył się ten dzień. Dzięki tym wydarzeniom zrozumiałam niechęć syna do wyprowadzania mnie na spacer. Z drugiej jednak strony zastanawiałam się jak z tym problemem radzą sobie inni, którzy mają w rodzinie osobę na wózku.
Dwa
dni później
Środę
spędziłam na ustalaniu czy do dermatologa trzeba mieć skierowanie
i gdzie znajduje się najbliższy specjalista. Regenerowałam też
nadszarpnięte siły fizyczne. Opuchnięta ręka i zaczerwienienia
okazały się niczym przy bolącym Achillesie. Podejrzewałam, że
przy upadku przy wysiadaniu z taksówki,mogłam skręcić stopę i
stąd ta niespodziewana dolegliwość. Moja siostra uważała, że
powinnam pojechać wieczorem na Koszykową, gdzie odsyłał mnie
lekarz z SOR-u. Nie dał skierowania, więc obawiałam się, że mogę
zostać odesłana z kwitkiem. Zgodziłam się na propozycję syna, by
pojechać do przychodni. Było to o tyle logiczne, że skończyły mi się leki na nadciśnienie, mogłam przy okazji załatwić dodatkową receptę. O szóstej rano w czwartek synowa wystała
numerek do lekarza. Tym razem zwożenie mnie było nieudane. Zaczęłam
lecieć na łeb na szyję, bo syn mnie nie utrzymał. Nie chcąc go
przygnieść sobą i wózkiem, chwyciłam się poręczy. Dobrnęłam
do końca schodów z krwawiącą ręką, bo metalowa poręcz
pozbawiona była plastikowej osłony.
W
przychodni okazało się, że lekarka na którą trafiłam jest
pediatrą. W tym momencie umarła we mnie nadzieja, że będę mogła
się do niej przepisać na stałe jako lekarza pierwszego kontaktu,
bo z dotychczasową nie dogadywałam się od pierwszej chwili.
Sympatyczna pani doktor obejrzała dłonie i inne objęte chorobą części
ciała. Podejrzewając podobnie jak ja, że zaczerwienienia mogą
oznaczać różę, wypisała skierowanie do szpitala zakaźnego na
ulicę Wolską.
Gdy
wyjeżdżałam z domu do przychodni była godzina 14.00 i syn
powiedział żebym nie brała kurtki, bo jest ciepło. Po dojechaniu
do szpitala byłam pewna, że mnie w nim zatrzymają, więc gdy
czekanie na badanie lekarskie się przedłużało, a syn zaczął się
niecierpliwić, odesłałam go do domu.
O godzinie 17.00 wypisano mnie ze szpitala i skierowano do Szpitala Dzieciątka Jezus na konsultację dermatologiczną. Po kilku godzinach czekania stanęło przede mną dwóch sanitariuszy Pogotowia. Jeden wysoki i bardzo chudy, drugi o głowę mniejszy i też nie będący okazem wielkiej krzepy, chociaż był sprytny i wygadany. Gdy okazało się, że sama nie wsiądę do karetki, a nóg też nie podniosę tak wysoko, by znalazły się wewnątrz samochodu, przechylono wózek tak, że głowa znalazła się bardzo nisko, a ja omal nie nakryłam się nogami. Było to działanie tak zaskakujące, że żołądek i serce podskoczyły mi do gardła. Znajdujący się wewnątrz samochodu chłopak chwycił mnie pod pachy, postawił w pion i przechylając bezwładnym ciałem raz w prawo raz w lewo dotransportował na najbliższe siedzenie. Gdy znaleźliśmy się przed szpitalem i otworzyli boczne wejście, zobaczyłam że wózek znów znajduje się w dziwnym pochyleniu. Bałam się,że ten mniejszy sanitariusz nie podniesie mnie, a już na pewno nie utrzyma by posadzić na wózek. Oczami wyobraźni widziałam jak nie mogąc się niczego złapać rękoma i nie potrafiąc zaprzeć się nogami, lecę do tyłu siłą bezwładu, a wózek nieutrzymany przez drugiego młodzieńca ląduje na chodniku. Byłam zesztywniała z przerażenia. Powiedziałam, że na tak ustawiony wózek nie wsiądę. Wtedy chłopak znajdujący się w środku powiedział „to proszę wstać i wysiąść”. Oboje wiedzieliśmy, że żądanie jest absurdalne. On pewnie uważał, że w tych okolicznościach zgodzę się na ich rozwiązanie. Ja tymczasem odparłam „nie ma sprawy”, zdjęłam torebkę przewieszoną przez tors i rzuciłam na podłogę, po czym zsunęłam się z siedzenia. Nie mogłam poranionymi rękami wesprzeć się, by przesunąć ciało jak najbliżej wyjścia. Poprosiłam tego stojącego na ulicy, by postawił wózek na chodniku, a mnie pociągnął za zdrowszą nogę jak najbardziej do siebie. Gdy moje pośladki znajdowały się na krawędzi wyjścia, złapałam się lewą ręką wózka i zaczęłam się zsuwać tak, by stanąć na chodniku jedną nogą. W momencie, gdy to się udało, sanitariusz chwycił mnie w pasie i pomógł usiąść na wózku.Nie zaobserwowałam reakcji sanitariusza stojącego wewnątrz samochodu, bo byłam do niego tyłem. Natomiast wyraz twarzy tego drugiego -bezcenny. Akcja „wstań i wyjdź” została pomyślnie zakończona.
O godzinie 17.00 wypisano mnie ze szpitala i skierowano do Szpitala Dzieciątka Jezus na konsultację dermatologiczną. Po kilku godzinach czekania stanęło przede mną dwóch sanitariuszy Pogotowia. Jeden wysoki i bardzo chudy, drugi o głowę mniejszy i też nie będący okazem wielkiej krzepy, chociaż był sprytny i wygadany. Gdy okazało się, że sama nie wsiądę do karetki, a nóg też nie podniosę tak wysoko, by znalazły się wewnątrz samochodu, przechylono wózek tak, że głowa znalazła się bardzo nisko, a ja omal nie nakryłam się nogami. Było to działanie tak zaskakujące, że żołądek i serce podskoczyły mi do gardła. Znajdujący się wewnątrz samochodu chłopak chwycił mnie pod pachy, postawił w pion i przechylając bezwładnym ciałem raz w prawo raz w lewo dotransportował na najbliższe siedzenie. Gdy znaleźliśmy się przed szpitalem i otworzyli boczne wejście, zobaczyłam że wózek znów znajduje się w dziwnym pochyleniu. Bałam się,że ten mniejszy sanitariusz nie podniesie mnie, a już na pewno nie utrzyma by posadzić na wózek. Oczami wyobraźni widziałam jak nie mogąc się niczego złapać rękoma i nie potrafiąc zaprzeć się nogami, lecę do tyłu siłą bezwładu, a wózek nieutrzymany przez drugiego młodzieńca ląduje na chodniku. Byłam zesztywniała z przerażenia. Powiedziałam, że na tak ustawiony wózek nie wsiądę. Wtedy chłopak znajdujący się w środku powiedział „to proszę wstać i wysiąść”. Oboje wiedzieliśmy, że żądanie jest absurdalne. On pewnie uważał, że w tych okolicznościach zgodzę się na ich rozwiązanie. Ja tymczasem odparłam „nie ma sprawy”, zdjęłam torebkę przewieszoną przez tors i rzuciłam na podłogę, po czym zsunęłam się z siedzenia. Nie mogłam poranionymi rękami wesprzeć się, by przesunąć ciało jak najbliżej wyjścia. Poprosiłam tego stojącego na ulicy, by postawił wózek na chodniku, a mnie pociągnął za zdrowszą nogę jak najbardziej do siebie. Gdy moje pośladki znajdowały się na krawędzi wyjścia, złapałam się lewą ręką wózka i zaczęłam się zsuwać tak, by stanąć na chodniku jedną nogą. W momencie, gdy to się udało, sanitariusz chwycił mnie w pasie i pomógł usiąść na wózku.Nie zaobserwowałam reakcji sanitariusza stojącego wewnątrz samochodu, bo byłam do niego tyłem. Natomiast wyraz twarzy tego drugiego -bezcenny. Akcja „wstań i wyjdź” została pomyślnie zakończona.
Zanim trafiłam do gabinetu
lekarki, pokonać musieliśmy kilka schodów, ale we dwóch dali
sobie radę:jeden wciągał, a drugi podnosząc przód pomagał
pokonać stopnie. Piszę o tym, bo każde spostrzeżenie poczynione w
czasie tych opisywanych dni pozwoliło mi zrozumieć parę
spraw,których nie uświadamiałam sobie wcześniej.
Konsultacja
trwała krótko, ale na szczęście dla mnie lekarka była bystra i
zapytała czy sanitariusze odwiozą mnie do domu. Ponieważ okazało
się,że ich zlecenie było tylko w jedną stronę, to na kolejny
transport musiałam czekać dwie godziny. Były to bardzo trudne
chwile. Zaczynało mi być zimno, nie miałam ze sobą picia ani
jedzenia. Siostra chciała żebym informowała ją o wynikach
poczynań, nalegała że przyjedzie po mnie taksówką. Ja
wiedziałam, że nie pokona w pojedynkę schodów w szpitalu ani u
mnie w klatce. Przykro mi było, gdy wyzłośliwiała się na mojego
syna, że " nie jest taka jak on i sobie poradzi". Postanowiłam, że
jeżeli karetka jest już zamówiona, to będę czekała aż do
skutku. Tym razem stanęło przede mną dwóch blondynów średniego
wzrostu i słusznej postury. Karetka okazała się samochodem
osobowym, ale wsadzenie mnie do niego na wózku też było niemożliwe.
Panowie, z których jeden był małomówny i miał na imię Gerard
okazali się super sympatyczni. Położyli mnie na noszach, a później
wsunęli je ze mną do karetki. Po drodze ten drugi, nieznany z imienia, zabawiał mnie rozmową i nawet trochę żartowaliśmy. Po przyjeździe pod dom, odprowadzili
pod same drzwi. Moja wycieczka po szpitalach dobiegła końca.
Zażywałam
przepisane leki, smarowałam się zaleconą maścią. Opuchlizna
zeszła, dłonie się wygoiły. Co prawda zaczerwienienia zbladły
ale jeszcze nie zniknęły. Co powoduje takie zmiany skórne wyjaśnią
pewnie badania, bo dostałam skierowanie do Poradni alergologicznej.
Na dłuższy czas mam dosyć atrakcji. Siostra i
jej rodzina obraziła się na mnie i na mojego syna. O powodzie takiego
stanu rzeczy opowiem we wpisie „Darowanemu koniowi...”.
Jestem
jeszcze nie w pełni sił, ale wzmacniam się jak mogę i mam
nadzieję, że już niedługo powrócę do czytania ulubionych
blogów. Póki co pozdrawiam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







