środa, 3 listopada 2021

O IMBRYKU

                                             

   Kuchnia wielkości 1 m na 1,5 m, nie jest pomieszczeniem przyjaznym dla osoby na wózku, o czym przekonuję się każdego dnia. Co rusz zdarza mi się strącić garnek lub patelnię z kuchenki. Jeżeli znajdują się w nich potrawy,  i to gorące, zazwyczaj lądują na moich kolanach. Spadające z szafki talerze,szklanki lub kubki skutecznie pomniejszały ilość naczyń będących w użytkowaniu. Parę miesięcy temu zahaczyłam ręką o sznur od sanwicha i już nie robię ulubionych kanapek. Miesiąc temu na podłodze znalazł się czajnik elektryczny. W sklepach są różne ich modele, jednak chcę najprostszy, a co za tym idzie najtańszy. Po co mi taki, który zmienia barwę wraz ze wzrostem temperatury, ważne żeby sam się wyłączył, gdy woda będzie zagotowana. Ta idea przyświecała mojej matce,kiedy kupiła mi pierwszy taki czajnik. Wcześniej używałam czajnika z gwizdkiem, ale pewnego razu nie usłyszałam sygnału, czajnik się spalił zanim sobie przypomniałam, że wstawiłam wodę. Do wczoraj gotowałam wodę w garnku, ale jest to  bardzo uciążliwe i często parzyłam się wrzątkiem, gdy próbowałam zrobić sobie kawę lub herbatę.

   Sprawa czajnika podsunęła mi pomysł na post. Kilka osób już pisało na ten temat, ale może nie wszyscy czytali tamte notki. Podobno słowo czajnik wywodzi się z języka rosyjskiego чай, czyli herbata. Dawniej bowiem tak nazywano naczynie do jej parzenia, a nie do gotowania wody.Możemy o tym przeczytać  na stronie  http://www.herbata.info/czajnik/. Pierwsze czajniki zaczęto wytwarzać w XVI wieku w Chinach. Na przestrzeni wieków zmienił się wygląd i materiał, z którego je wykonano. Była to porcelana, kamionka, metal, szkło, a nawet kamień. Za jedne z najlepszych czajników uważa się wyroby z chińskiej glinki z prowincji Yixing. Do ich produkcji używa się gliny zawierającej m.in. duże ilości tlenków żelaza, dzięki którym przybierają one barwy od żółtych i czerwonopomarańczowych po ciemnobrązowe wpadające w czerń. Budowa i materiał, z jakiego są wykonane, idealnie nadają się do parzenia herbacianych liści. Niewielkie, o porowatych ściankach rozgrzewają się powoli i długo utrzymują ciepło napoju, latem zabezpieczając przed zepsuciem. O czajniki należy dbać w specjalny sposób, m.in. chronić przed zapachami, nie myć przy użyciu detergentów. Czajnik używany regularnie przez wiele lat, pokrywa się patyną herbacianą, staje się bardziej gładki i błyszczący.”

   Obecnie czajnik służy do gotowania wody, a nie do zaparzania herbaty, bo do tego używane są zazwyczaj ceramiczne(porcelanowe lub fajansowe), szklane czajniczki lub dzbanki. Coraz częściej czajniki z gwizdkiem zastępowane są przez czajniki elektryczne. Pierwszy czajnik elektryczny powstał w 1891 roku i został wyprodukowany przez firmę Carpenter Electric Company of.St. Paul z Minnesoty, a jego autorem był Charles Carpenter. Zbudowany był z dwóch części: górnej miedzianej i dolnej wyposażonej w spiralę grzewczą w oddzielnej podstawce. Woda nie miała kontaktu z przewodami i podgrzewała się bardzo wolno. Dopiero w roku 1923 Arthur Large wewnątrz miedzianej rurki umieścił izolowane przewody elektryczne. Spowodowało to, że rurka bezpośrednio stykała się z wodą w czajniku i szybciej ją podgrzewała. Obecnie czajniki działają bardzo szybko, jednak jest to efektem pobierania bardzo dużej mocy-od 2000 do 3000 W. Co ciekawe, znane nam obecnie czajniki z plastiku zaczęto produkować dopiero pod koniec lat 70-tych.” (http://www.scandinavianhouse.pl/kto-wynalazl-czajnik-poznaj-historie-urzadzenia-bez-ktorego-sie-nie-obejdziesz/).


                                                       

   Moja siostra 30 lat temu gościła na Litwie. Stamtąd przywiozła samowar. Pomimo, że jest to przedmiot sporych rozmiarów, to nawet jak stoi na półce nieużywany,to wygląda dystyngowanie i urokliwie.Na temat tego urządzenia, wikipedia pisze tak:

   Samowar(ros.самовар) –urządzenie do przygotowywania herbaty, charakterystyczne szczególnie dla Rosji i Iranu. Klasyczna konstrukcja składa się ze zbiornika na wodę, przez który przechodzi pionowo rura na węgiel drzewny, z rusztem u dołu. W dolnej części zbiornika samowara znajduje się kranik do spuszczania wody, a u góry miejsce na czajniczek na esencję. Znane w świecie wytwórnie samowarów znajdują się w Tule, Moskwie i PetersburguWspółczesne samowary zamiast podgrzewania wody węglem drzewnym wykorzystują do tego celu grzałki elektryczne.

    Na facebooku można znaleźć stronę (www.facebook.com/bajkizsamowara), której autorka pięknie napisała : „ Samowar to coś więcej niż urządzenie, niż ozdobny czajnik- to tradycja, nasza przeszłość, nasze matki i dzieciństwo, wartości które dziadkowie przekazywali. Samowar, to gorące serce, wokół którego zbierają się domownicy. To symbol.” W to miejsce warto zajrzeć, bo autorka na zdjęciach dokumentuje swoje fantastyczne wypieki, jakże pasujące do napoju z samowara.

   Nie tylko ci, którzy są amatorami herbaty, wiedzą, że czajnik zwany także imbrykiem potrafi skłonić do snucia wspaniałych opowieści lub stać się ich bohaterem. Oto przykłady  jak w literaturze widziany jest czajniczek:



Hans Christian Andersen „Imbryk”






Pan czajniczek”





Etsuko Vatanabe „Czajniczek"

Bianka rusza na pierwszą samodzielną wyprawę- Mama poprosiła ją o zakup czajniczka do herbaty. Ale nie będzie to zwyczajny wypad typu: „po bułki do Biedry”- dziać się będą bowiem rzeczy absolutnie niezwyczajne...”

   Autorka bloga http://zbajkaprzezswiat.blogspot.com zamieściła cudowną japońską bajkę „Czarodziejski imbryczek”, którą polecam nie tylko dla dzieci.

   Jestem bardziej amatorką kawy niż herbaty, ale czasami pijam Earl Gray. W młodości mniej pijałam kawy, za to uwielbiałam zaparzane w szklance herbaty granulowane. Ponieważ do przyrządzenia i jednego i drugiego napoju czajnik jest niezbędny, stąd te rozważania.

     Wczoraj moja synowa kupiła mi taki czajnik. Włączałam go zaledwie trzy razy, więc poza tym, że w czasie grzania wody świeci na niebiesko, nic więcej powiedzieć nie mogę.

   

                                               


*wszystkie   ilustracje zaczerpnięte z Google-Grafika                                                      

wtorek, 12 października 2021

DZISIAJ, JUTRO, ZAWSZE

 

                                                          Wojciech Piętowski(1930-2000)


„ Dzisiaj, jutro, zawsze”, to chyba największy przebój Bogdana Łazuki. Autorem słów jest Andrzej Tylczyński, a muzykę skomponował Wojciech Piętowski i to właśnie on jest bohaterem dzisiejszego postu.

PIĘTOWSKI Wojciech (1930-2000), warszawski kompozytor i pianista. Ukończył Średnią Szkołę Muzyczną w klasie fortepianu. Absolwent Wydziału Łączności Politechniki Warszawskiej. Debiutował w 1949, jako pianista i akordeonista w jazzowym zespole Marabut, działającym pod patronatem Jazz Club YMCA w Warszawie. Później prowadził zespół akompaniujący solistom na estradzie, w nagraniach płytowych i radiowych.

   W latach 1951-79 związany był z warszawskimi Zakładami Fonograficznymi (późniejsze „Polskie Nagrania”). Jako reżyser dźwięku uczestniczył w nagraniu ponad 300 płyt gwiazd polskiej estrady(Mieczysław Fogg, „Andrzej i Eliza”, „Asocjacja Hagaw”, Anna German, Wojciech Skowroński).

  

 W roku 1959 zadebiutował jako kompozytor. Za piosenkę „Spróbujmy jeszcze raz” otrzymał I nagrodę na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej Opole 1968. W konkursie „Dziecko-Wojna-Pokój” zdobył II nagrodę. W plebiscycie Polskiego Radia piosenka „Dzisiaj, jutro, zawsze” została uznana za przebój roku 1963 i przebój 20-lecia. Na festiwalu w Sopocie w 1974, piosenka ta wykonywana przez szwedzki zespół „Scafell Pike” zdobyła I nagrodę. Utwory tego kompozytora na sopockim festiwalu wykonywali inni zagraniczni artyści: w 1965(za „Najlepszy dzień”-Patsy Ann Noble i Jean Turner za „Deszczem, zawieją”) oraz 1975 za wykonanie piosenki „Nigdy więcej” Bursztynowego Słowika otrzymała Corina Chiriac.

Napisał muzykę do 150 piosenek, chociaż Cyfrowa Biblioteka Polskiej Piosenki wymienia tylko 40 tytułów.

   Do chwili opracowywania tego postu, nie wiedziałam, że niektóre z moich ulubionych piosenek, to kompozycje Wojciecha Piętowskiego, używającego także pseudonimu Adam Ort. Wykonawcami jego utworów byli najbardziej znani piosenkarze:


Bogdan Łazuka: „Mieszczańska dusza”, „Nie ma wyjścia panowie”, „Rodzinne tango”(covery)

Czesław Niemen: „Obok nas”

Jerzy Połomski:”Co robić gdy mgła”

Anna German:”Deszczem, zawieją”, „Trzeba nam się pospieszyć”, „Wszystko w życiu ma swój kres”

Sława Przybylska:” I... i inni”, „”Spróbujmy jeszcze raz”,

Irena Santor:”kim będziesz”,To nie ja”, „ To nie było przewidziane”

Piotr Szczepanik:”Nigdy więcej”, „Pójdę drogą”

Teresa Tutinas: „Jutro Warszawa”, „Na deszczowe dni”

Violetta Villas:” Czy pani tańczy twista”, „Spójrz prosto w oczy”

Zbigniew Wodecki:” Zanim nas w ramiona weźmie jesień”

Filipinki: „Naucz się grać”, „Jutro pogoda lub deszcz”

Halina Kunicka:”Są takie dni”

   Na liście 40 tytułów wymienionych w Cyfrowej Bibliotece Polskiej Piosenki są także inni piosenkarze(Wiślanie i Janusz Hryniewicz, Janusz Gniatkowski, Janusz Laskowski, Maciej Kossowski i Kasia Sobczyk z zespołem „Czerwono-czarni”, Rinn i Czyżewski, Zbigniew Kurtycz, Waldemar Kocoń, Andrzej Stockinger, Maciej Kossowski, Katarzyna Bovery, Regina Pisarek, Tadeusz Woźniakowski) jako wykonawcy oryginalni. Wiele piosenek miało także covery(Dana Lerska „Spróbujmy jeszcze raz”, Robert Janowski „Nie ma wyjścia panowie”, Rena Rolska”Długa noc”).

   Z pełną premedytacją wymieniałam te nazwiska, bo choć ludziom mojego pokolenia są one doskonale znane, to młodsi, 20-30 latkowie wielu z nich nie kojarzą, a byli to wokaliści najlepsi.

   Dokonując przeglądu piosenek Wojciecha Piętowskiego można dojść do przekonania, że miał on swoich ulubionych „tekściarzy”, a byli nimi: „Andrzej Tylczyński, Jerzy Miller, Janusz Odrowąż i Kazimierz Winkler.

   Piosenka „Są takie dni” została wykorzystana w filmie „Lunatycy”.

                                            



   Bardzo dużo postów piszę pod wpływem wspomnienia lub inspiracji. Ten tekst jest też takim. W latach studenckich byłam na jednym roku z Dorotą Piętowską, wysoką, zgrabną i piękną dziewczyną. Była najinteligentniejszą studentką z naszego roku. Chodziły słuchy, że po obronie pracy magisterskiej, zostanie w Instytucie Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej i będzie kształcić następne pokolenia. W roku 1993 moja koleżanka Wanda zorganizowała zjazd rocznika, ale Dorota na nim się nie pojawiła. Być może jest ziarenko prawdy w tym, że wyjechała do Australii i tam została na stałe. Dziewczyna o długich blond włosach, zebranych w węzeł na karku, była córką kompozytora, mam prawo przypuszczać, że był nim właśnie Wojciech Piętowski, chociaż nie dane było mi  Go poznać osobiście. A Dorota, fascynująca mnie od pierwszej chwili, nie opowiadała o znanym ojcu, bo choć skupiała wokół siebie grono znajomych, to cechowała Ją niezwykła skromność.

   Niektórzy ludzie o czasach PRL-u potrafią mówić tylko źle i wymieniać to czego brakowało lub jak szare i nieciekawe były to lata. Ja tego nie neguję, byli tacy którym powodziło się bardzo dobrze i ci, którzy ledwo wiązali koniec z końcem. Ja jednak z radością wracam do wybitnych pisarzy, poetów, kompozytorów i piosenkarzy, bo to oni dawali siłę by przetrwać najgorsze momenty.




poniedziałek, 4 października 2021

ZWIERZYNIEC

 

   Dzisiaj 4 października obchodzimy Światowy Dzień Zwierząt. Nie pamiętałabym zapewne o tym święcie, gdyby nie post Stokrotki http://stokrotkastories.blogspot.com/2021/10/dzisiaj-bedzie-o-myszkach.html. Ja za tymi zwierzątkami nie przepadam,a kojarzą mi się one głównie z legendą o Popielu i „Myszeidą” poematem heroikomicznym Ignacego Krasickiego.

   Kiedy mamy na myśli myszy, to nieodłącznie kojarzy się z nimi kot, którego ludzie zazwyczaj trzymali w domach, by za nich rozprawiał się z tymi nieproszonymi gośćmi przychodzącymi z pól, by w domostwach przetrwać zimę. O kotach powstało wiele bajek i innych utworów. Ja pierwszego kota poznałam chyba w bajce Charlesa Perraulta „Kot w butach”. Nieco później, gdy już potrafiłam czytać doskonale wiedziałam co czuje bohater książeczki Stanisława JachowiczaPan kotek był chory”.

Pan kotek był chory i leżał w łóżeczku,

I przyszedł kot doktór: «Jak się masz koteczku!»

«Źle bardzo…» i łapkę wyciągnął do niego.

Wziął za puls pan doktór poważnie chorego,

I dziwy mu śpiewa: «zanadto się jadło,

Co gorsza, nie myszki, lecz szynki i sadło;

Źle bardzo… gorączka!

źle bardzo koteczku! 

Oj długo ty, długo poleżysz w łóżeczku,

   Dzięki mojemu synowi zaprzyjaźniłam się z Filemonem, bohaterem filmu animowanego. Autorami książki pod tytułem „Przygody kota Filemona” są: Marek Nejman i Sławomir  Grabowski.

 Bardzo niemiłe spotkanie w życiu miałam z kotem wyciągniętym przez podwórkowych chłopaków z  blokowego śmietnika. Złapali oni to przestraszone zwierzę i rzucili mi je na klatkę piersiową. Kot podrapał mi twarz i przewrócił, a ja zapamiętałam tylko to, że pyszczek miał obsypany czymś białym i że czmychnął przede mną i swymi oprawcami za wieżowiec. Nie wykluczone, że to właśnie zdarzenie miało wpływ na moją niechęć do trzymania kota jako zwierzęcia domowego.

 


   W najmłodszych latach, czyli do 6 roku życia przebywałam najwięcej u dziadków na wsi i tam poznałam różne zwierzęta. Pierwszym był ukochany przez wszystkich „Brychu”, pies rasy owczarek szkocki długowłosy Collie, ogromny, nie mieszkający w domu tylko w stodole. Dostawał jedzenie od mojej babci, pamiętam jak wynosiła mu je przed ganek, ale potrafił też znikać by samemu coś upolować. Mojej mamie, która chciała zabrać go do Wrocławia, ta sztuka się nie udała, nie pozwolił się wywieźć samochodem marki Warszawa. Pamiętając o pierwszym psie dzieciństwa, z wielką przyjemnością przeczytałam książkę „Lessie wróć” Erica Knighta, a potem obejrzałam film. Zarówno podczas czytania jak i oglądania filmu ryczałam jak przysłowiowy bóbr. Pies, to zwierzę, które ma chyba najbogatszą literaturę. „O psie, który jeździł koleją”, to następna książka, która przychodzi mi na myśl, jeżeli się nie mylę była ona lekturą szkolną. Równie emocjonalnie jak losy Lessie przeżywałam przygody bohaterów francuskiego filmu "Bella i  Sebastian”, w którym występował pirenejski pies górski. Film nakręcono na podstawie powieści Cecile Aubry,

  Mój dziadek trzymał konie, za moich czasów były już tylko dwa, wykorzystywane do prac gospodarskich i polowych. Kiedy o koniach mowa, to przypominają mi się Marii Konopnickiej „Nasza szkapa” i Gustawa Morcinka „Łysek z pokładu Idy”. Ale to są przykłady niewłaściwego wykorzystywania tych zwierząt. Czy mam jakieś szczęśliwe skojarzenia? Przede wszystkim Pegaz-skrzydlaty koń zrodzony z krwi Meduzy, symbol natchnienia poetyckiego i plastycznego. Bucefał był ulubionym koniem Aleksandra Wielkiego, który towarzyszył we wszystkich wyprawach wojennych. W bajce Piotra Jerszowa „Konik garbusek”, sfilmowanej w 1947, kucyk potrafił mówić i znał odpowiedzi na wszystkie pytania. Był też serial, mój ulubiony „Koń, który mówi”, nakręcony w latach 1958-1966(angielski Mister Ed).

     główni bohaterowie

   Książka Joy Adamson „Elza z afrykańskiego buszu”, to było moje pierwsze spotkanie z lwicą. W roku 1966 nakręcono na jej podstawie film. Później w życiu lwy spotykałam tylko we wrocławskim zoo i w cyrku, który bardzo lubił mój ojciec, ale za każdym razem gdy stykałam się z tym królem zwierząt, odczuwałam strach. Dopiero animowany film „Król lew” obejrzany z moim synem, sprawił, że moje podejście do lwów złagodniało. "Wojownicze żółwie Ninja", to kolejny film z repertuaru mojego syna, który razem widzieliśmy w kinie.

   Literackimi bohaterami były także byki, w mitologii greckiej pojawił się byk kreteński, piękne zwierzę wyłaniające się z morza, pokonany przez Herkulesa w ramach jednej z 12 prac. „Byczek Fernando”, nie lubił korridy, za to uwielbiał przyrodę. Książeczkę Munfro Leafa pokochały dzieci na całym świecie.

   Tuwim opisał świat ptaków w „Ptasim radio”. Charakter małpy próbowali zgłębić Aleksander Fredro w wierszu „Małpa w kąpieli” i Kornel Makuszyński w „Awantury i wybryki małej małpki Fiki-Miki”.

   Długo jeszcze można by wymieniać zwierzęta, które były opisywane, co jest dowodem na to, że człowiek nie wyobraża sobie życia bez nich. Szkoda tylko, że aby docenić czworonogi i uczyć się jak je traktować musimy ustanawiać światowy dzień, jakby nie było oczywiste, że dbać i humanitarnie obchodzić się powinniśmy z nimi przez 365 dni w roku.

Wilki- wilczyca kapitplińska wykarmiła Remusa i Romulusa, „Szara wilczyca”  i jej syn Bari, to bohaterowie książek Jamesa Curwooda. „Biały kieł”, to powieść Jacka Londona, opowiadająca o przejściach wilka z psami i ludźmi. Film animowany „Wilk i zając” czyli „nu pogadi”, to przezabawne perypetie tytułowych zwierzątek.

Kozy- Amaltea, koza czy też według innych źródeł nimfa, która wykarmiła Zeusa. Ułamany róg kozy był symbolem rogu obfitości, ciągle napełniającego się jedzeniem, a z jej skóry Zeus zrobił egidę, tarczę która zapewniła mu zwycięstwo nad Kronosem . Koziołek Matołek bohater książki Kornela Makuszyńskiego i Mariana Walentynowicza-to pierwsza historyjka obrazkowa z kolorowymi rysunkami, ukazała się w 1932.

Niedźwiedź- z jego udomowioną wersją zapoznajemy się już od najmłodszych lat. Jako pluszowa zabawka lub przytulanka miś jest przyjazny, mięciutki i ma wielkie piwne oczy. takie są miśki z animowanych filmów „Miś Uszatek”, „Coralgol” czy Yogi, mieszkaniec Parku Yellowstone. Największym jednak powodzeniem cieszy się od wielu lat „Kubuś Puchatek”,przebywający w stumilowym lesie. Ed Paddington bohater książek Michaela Bonda też ma różne przygody chociaż to książeczka dla odrobinę starszych czytelników niż kubusiowi wielbiciele miodku. Sobie i wszystkim życzę żeby na swej drodze spotykali tylko łagodne misie, a nie żyjące dziko niedżwiedzie, jak w znanej bajce Adama Mickiewicza „Przyjaciele”.

 Wielką miłośniczką misiów dużych i małych jest poetka i pisarka Gabriela Kotas, ktora wydziergała ich bardzo dużo i rozdawała na spotkaniach z małymi czytelnikami.

   W epopei narodowej „Pan Tadeusz” odnajdziecie innych przedstawicieli fauny, a w "Muppet show” poznacie kolejne wesołe zwierzaki.



    Jeżeli o mnie chodzi, to ostatnim jakiego udało mi się poznać,był chomiczek Kaja z książeczki Ewy Radomskiej "Z pamiętniczka małego chomiczka".


   Post Stokrotki miał być pretekstem by w Światowym Dniu Zwierząt opowiedzieć Wam o książce Guillaume'a Apollinaire'a* „Zwierzyniec albo świta Orfeusza”, która przyszła mi na myśl dziś nad ranem. Mój egzemplarz został wydany w roku 1983 jako Bibliofilska edycja miniatur Wydawnictw Artystycznych i Filmowych. Przekładu z francuskiego dokonał Artur Międzyrzecki. Może jeszcze kiedyś powrócę do tej niepozornej książeczki. Tych bardziej niecierpliwych zachęcam do osobistej lektury.


Guillaume Apollinaire-
Guillaume Albert Vladimir Alexandre Apollinaire de Kostrowitzky właściwie Wilhelm Apolinary Kostrowicki lub Wilhelm Apollinaris de Kostrowitski – francuski pisarz i krytyk sztuki polskiego pochodzenia. Jeden z głównych przedstawicieli francuskiej awangardy poetyckiej, twórca terminu surrealizm.

środa, 22 września 2021

MOJE GRECKIE FASCYNACJE

 

Dziewiętnastego sierpnia otrzymałam maila od jednej z moich ulubionych blogerek. „Jotka”, autorka bloga „Pani od biblioteki ” , poinformowała mnie, że wysłała drobny upominek ze swojego urlopowego pobytu w Grecji. Bardzo wzruszyła mnie tym, że chciała sprawić przyjemność osobie, która nigdy nie odwiedzi żadnego obcego kraju , a i swój własny zna słabo. Co prawda dzięki książce Jadwigi Śmigiery „Mój kraj nad Wisłą” i innym blogerom, którzy opisują swoje wojaże i miejsca zamieszkania, ilustrując opowieści zdjęciami, mam okazję zobaczyć to i owo, ale dużo fajniej jest być w ciekawym miejscu osobiście.




Niestety przez opieszałość mojego syna, dopiero po miesiącu otworzyłam małą białą kopertę, w której znajdowały się dwie kartki i magnes na lodówkę. Jedna kartka pokazywała piękno Grecji,
a druga miła na celu rozweselenie mnie, bo brak postów na blogu mógł wskazywać, że mój nastrój jest kiepski i weny brak. Magnes na lodówkę zniknął błyskawicznie w kieszeni syna, bo jego partnerka je zbiera.




".
..gdy humor na chwilę cię opuści lub za
oknemkrajobraz ponury, spójrz na tę kartkę i pomyśl o mnie" 

Kiedy oglądałam pocztówkę przez głowę przeszła mi myśl „z czym kojarzy mi się Grecja”? Próbując odpowiedzieć sobie na to pytanie, postanowiłam przemyśleniami podzielić się z Wami.

 
  Najpierwsze były mity greckie. Moje pokolenie poznawało je z „Mitologii” Jana Parandowskiego, natomiast synowi kupiłam „Mity greckie” Stanisława Srokowskiego, wydanie III z 1995 roku. To właśnie do tej pozycji zajrzałam, by przypomnieć sobie dobrych i złych bogów. Ulubionymi byli:

PROMETEUSZ -bo dał ludziom ogień, a więc ciepło i światło, a został za to przykuty do skał Kaukazu. Ciekawe do jakich skał należałoby przykuć rządzących, którzy wciskają nam ciemnotę i robią przed Europą ciemnogród z naszej pięknej ojczyzny.

EROS, bóg miłości, bo jak każdy pragnęłam kochać(to się spełniło) i być kochaną(klapa na całej długości i szerokości geograficznej). Ale nadziei nie tracę, póki życia.

ATENA-bogini wojny, przedstawiana w złotej zbroi-też bardzo, bardzo lubię złoto(nie koniecznie w formie oręża) lub z sową na ramieniu jako atrybutem mądrości.

HERKULES-heros, zasłynął z wykonania 12 prac i śmierci w męczarniach, których sprawczynią była Dajanira. Przydałby się i mnie taki, co to prace w moim mieszszkaniu by zrobił i nie zdarł ze mnie skóry.

APOLLON -bo autorów pięknych i mądrych wierszy wieńcem laurowym nagradzał. Chciałabym znaleźć się w gronie ludzi tak uhonorowanych.

DIONIZOS- ten to potrafił się bawić, a jego bachanalia sławę zyskały w całym antycznym świecie.

Wśród mieszkańców Olimpu, byli i tacy, którzy mojej sympatii nie zyskali. Co ciekawe, gdy chciałam przytoczyć ich imiona, to okazało się, że to same kobiety. Czyżbym była mizoginistką?

HERA -niby patronka macierzyństwa, a przeszkałała Latonie w narodzinach bliźniaków, Apolla i Artemidy. Uważa się ją także za opiekunkę małżeństwa, piękna i rodziny, a cechował ją gwałtowny charakter, zazdrość i mściwość. Dlatego wykorzystując swoją pozycję na Olimpie, w okrutny sposób pozbywała się rywalek(Semele,Persefony,Io,Kallisto, Echo).

PANDORA-kobieta ulepiona z gliny, ożywiona przez Zeusa. Wiedziona niezdrową ciekawością, otworzyła wbrew zakazowi puszkę, z której na świat wylazły na świat „ból, lęk, starość,bieda, głód, zemsta, nienawiść, podłość,skrytość, podejrzliwość,nieufność, intryga,kłamstwo, egoizm, pycha, wyskoczyły też wszystkie choroby, które sprawiają, że ludzie cierpią i umierają”.(S.Srokowski "Mity greckie").

ERIS- uskrzydlona bogini niezgody, chaosu i nieporządku. Chyba z Olimpu zeszła na ziemię i zamieszkała w naszym kraju.

   Mówiąc czy myśląc o Grecji nie można nie wspomnieć o Homerze. Uważa się go za ojca poezji epickiej i autora epopei „Iliada” i „Odyseja”. Jako 16-latka traktowałam te dzieła jak przymusową lekturę i nie przypadła mi ona do gustu pod względem treści czy formy spisania(wiersz bohaterski czyli heksymetr daktyliczny). Niechaj wybaczą mi ci, którzy z uwielbieniem pochylają się nad opowieścią o ostatnich 51 dniach 10-letniej wojny lub podziwiają zręczność z jaką Homer opisał przygody Odysa zwanego także Ulissesem. Ja nie mogłam pojąć jak setki mężczyzn walecznych, odważnych i chyba niegłupich, mogło zmarnować 10 lat, walcząc o jedną kobietę. Najtragiczniejsze było to, że wielu straciło życie, a Helena Trojańska ocalała i wróciła z Menelaosem do Sparty.

   Nie dostawałam też wypieków na twarzy, czytając o licznych przygodach Odysa i jego niewierności( dziecko z czarodziejka Kirke i 7 lat spedzonych u nimfy Kalipso, w zamian za niesmiertelność), kiedy w tym czasie w Itace jego słynąca z wierności żona Penelopa oganiała się od wielbicieli, którzy chcieli posiąść ją i zawładnąć majątkiem.

 
 Będąc początkującą „wierszokletką” poznałam twórczość Safony, najwybitniejszej greckiej poetki, mieszkanki wyspy Lesbos. W swoim domu założyła koło, którego zadaniem była opieka nad niezamężnymi niewiastami z arystokratycznych rodów. Uczyła ona młode dziewczyny gry na instrumentach, tańca, przygotowując do zamążpójścia. Jej liryki miłosne, przeznaczone dla podopiecznych, mówiły o radości wspólnie spędzanych chwil i o smutku, gdy panny opuszczały „szkołę” Safony. Ciekawe czy późniejsze guwernantki lub właścicielki pensji dla dobrze urodzonych dziewcząt, korzystały z doświadczeń greckiej poetki. Ilekroć słyszę o Safonie, to nie wiedząc czemu, przypomina mi się Jadwiga Łuszczewska zwana Deotymą, polska poetka i powiesciopisarka okresu romantyzmu, a to za sprawą takiego tekstu:

Deotyma kiecki nie ma,

zamiast kiecki,

ma strój grecki.

  W swoim dorobku Łuszczewska nie miała utworów nawiązujących do antyku. Jej poematy poświęcone historii Polski, nie zyskały uznania krytyki, ale historyczne powieści dla młodzieży już tak. Najbardziej znane, to sfilmowana w roku 1964 przez Marię Kaniewską „Panienka z okienka” oraz „”Branki w jasyrze”. Z bogatej literatury romantycznej, w której znaleźć możemy nawiązania do motywów greckich wspomnę o Słowackim i „Grobie Agamemnona” oraz o Norwidzie i „Coś ty Atenom zrobił Sokratesie”.

   Przechodząc do współczesności, to pamiętam rok 1966 i Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie, na scenie którego wystąpiła Angela Zilia, wysoka, smukła i piękna, ubrana w biało-czarną sukienkę. Zaśpiewała „Cyganerię” i w Dniu Polskim zdobyła I Nagrodę za interpretację „Dzień niepodobny do dnia”.

 Demis Roussos,pojawił się w Sopocie w roku 1979
 a przeboje „My Friend the Wind”, „Goodbye My Love Goodbye”, porywały nie tylko festiwalową publiczność. Niektórzy pamiętają z pewnością filigranową kobietkę z grzywką, Mireille Mahieu, która po francusku wyznawała „Akropolis adieu” . Z rodzimego podwórka muszę napisać o Eleni, piosenkarce greckiego pochodzenia, która swoimi piosenkami „Miłość jak wino”, „Nic miłości nie pokona”(tytuł także książki, będącej wywiadem z piosenkarką), „Po słonecznej stronie życia”, zawsze potrafiła mnie wprawić w dobry nastrój.




Książka Nikosa Kazandzakisa „Grek Zorba” została spopularyzowana przez swą ekranizację w roku 1964, a główny motyw muzyczny taniec Zorba był tańczony nie tylko na greckich weselach. Martin Scorsese w 1988 zekranizował drugą najważniejszą powieść „Ostatnie kuszenie Chrystusa”, ale książki nie czytałam i filmu nie oglądałam. Pozostaję zafascynowana „Zorbą”.



     Jeżeli już weszliśmy na plan filmowy, to nie mogę nie powiedzieć o „Agencie nr 1” z doskonałą rolą Karola Strasburgera, który wcielił się w postać Jerzego Iwanowa-Szajnowicza, polskiego pochodzenia agenta brytyjskiego wywiadu, działającego w Grecji w czasie II Wojny Światowej. Film na podstawie książki Stanisława Strumph-Wojtkiewicza zrealizował w 1971 Zbigniew Koźmiński.

   Na koniec kilka słów o człowieku, który nie był związany ani z literaturą, ani ze sztuką czy muzyką lub filmem. Nauczyciel geografii w V Liceum Ogólnokształcącym im. Jakuba Jasińskiego we Wrocławiu, nazywał się Jorthanis Lazopoulos i był moim wychowawcą. Nie wiem jak inni moi koledzy, ale ja zawsze stresowałam się przed każdą lekcją, bo choć był to łagodny, wesołego usposobienia człowiek, to miał zwyczaj odpytywać na środku klasy, a uczniów wybierał, celując palcem w listę obecności. Jeżeli nie dawało się natychmiast odpowiedzi na pytanie o stolice Polski i Grecji, lądowało się w ławce z dwóją w dzienniku. Pomimo, że przy nazwisku mogło widnieć kilka dwój, to nie pamiętam żeby ktoś powtarzał klasę z powodu niezaliczenia przedmiotu.

 I to tyle moich wspominków i fascynacji Grecją i tym, co się z nią wiążę. Nadmienię tylko, że chociaż kilka razy trafiałam w TV na reklamę produktów pochodzenia greckiego, sprzedawanych w ramach „tygodnia...” w Lidlu, to nigdy nie udało mi się w określonym czasie trafić do sklepu. Zawsze brakowało funduszy. Dlatego choć uwielbiam jeść(szczególnie słodycze), to na temat smaków kuchni greckiej nic nie umiem powiedzieć.  Na odwrocie widokówki z Iraklionu, Jotka napisała” zdjęcia nie oddają zapachów, wiatru i klimatu,ale zawsze to jakaś namiastka i źródło wspomnień”.Tych, którzy nie znają „Pani od biblioteki”, odsyłam na blog https://paniodbiblioteki.blogspot.com/2021/09/kocha-lubi-gotuje, a stałych bywalców zachęcać nie muszę.

   Wierzę, że Ci, którzy zamieszczą pod niniejszym postem komentarz, podzielą się swoimi skojarzeniami dotyczącymi tego pięknego kraju.

poniedziałek, 19 lipca 2021

SYN

                                      

 Śpiewałam ci kołysanki

żebyś miał pogodne sny.

Czytałam ci bajki

abyś wierzył w piękny świat.

Mijały lata, dorosłeś.


A ja

nie umiem z tobą rozmawiać

i nie rozumiem

czemu jesteś jak obcy.  


W labiryncie życia

zaginął chłopiec

z bujną, jasną czupryną.


Może śpisz

choć śnią ci się koszmary,

a może wędrujesz 

jak błędny rycerz

w nieznanej mi bajce.


   Synowi, który był "oczkiem w głowie",  z okazji 37 Urodzin życzę by spełnienił najskrytsze marzenia.







piątek, 9 lipca 2021

SPEŁNIONE MARZENIE !

 WYSZŁAŚ Z KOKONU NIEMOCY

ZBURZYŁAŚ MUR BEZNADZIEJNOŚCI.

UWIERZYŁAŚ, ŻE  NADZIEJA,

TO NIE TYLKO WYRAZ W SŁOWNIKU.

I

UŁOŻYŁAŚ 

"Katalog cnót niemodnych".

Niestety nakład wyczerpany.Informację o tym tomiku znalazłam na http://www.krywaj.pl/sklep/.

KRYWAJ - WYDAWNICTWO ISTNIEJĄCE OD 2011 ROKU, KTÓREGO WŁAŚCICIELKĄ JEST KRYSTYNA WAJDA.(https://www.facebook.com/Firma-KryWaj-Krystyna-Wajda-Koszalin).

 Domyślam się, że to właśnie ta Pani przyczyniła się do uszczęśliwienia Katarzyny i pomogła w spełnieniu marzenia.   

 Z pomocą 6 przyjaciół autorka zbiera środki na kolejny tomik.(https://zrzutka.pl)

Oby i to przedsięwzięcie miało szczęśliwy finał.

   Gratuluję Kasi spełnienia marzenia, 
by tomik własnej poezji mogła postawić na półce.
    Krystynie Wajdzie życzę, 
by intuicja przy wyborze autorów i tytułów 
nigdy Jej nie zawiodła, 
a nakłady zawsze sprzedawały się w całości. 

poniedziałek, 24 maja 2021

WYSPY SZCZĘŚLIWE

           A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź,

         wiatrem łagodnym włosy jak kwiaty rozwiej, zacałuj,
         ty mnie ukołysz i uśpij, snem muzykalnym zasyp, otumań,
         we śnie na wyspach szczęśliwych nie przebudź ze snu.

    Pokaż mi wody ogromne i wody ciche,
    rozmowy gwiazd na gałęziach pozwól mi słyszeć zielonych,
    dużo motyli mi pokaż, serca motyli przybliż i przytul,
    myśli spokojne ponad wodami pochyl miłością.

      (Konstanty Ildefons Gałczyński „Prośba o wyspy szczęśliwe”)


       Kiedy na blogu Gabrieli Kotas przeczytałam o pomyśle zaproszenia kilku kobiet na bezludną wyspę, potraktowałam sprawę dosłownie. Myślałam, że kobiety skrzyknęły się,wybrały jakieś ustronne, sympatyczne miejsce i tam się spotkały. Od czasu poruszania się na wózku nie opuszczam mieszkania, wiedziałam że taka eskapada byłaby dla mnie niemożliwa. Kiedy jakiś czas później okazało się, że podróż odbyła się za pomocą maili i komunikatora zrobiło mi się trochę żal.

                                                         

       Kilkanaście dni temu dostałam  książkę zatytułowaną „(Bez)ludna wyspa”, w której autorka przedstawia historie 8 niezwykłych, silnych i uroczych kobiet. Jest to pozycja niewielka, bo licząca 107 stron ale nie da się jej przeczytać ciurkiem. Wyznania kobiet zawierają się w rozdziałach, każdy poświęcony jest innemu tematowi. Uczciwie przyznaję, że taki układ tekstu trochę mi „przeszkadzał”, ja każdy rozdział poświęciłabym jednej konkretnej osobie, która opowiedziałaby o dzieciństwie, marzeniach, pierwszej miłości, klęskach, kolejach losu. Rozwiązanie zaproponowane przez autorkę sprawiło, że po przeczytaniu danego rozdziału nie pamiętałam jakie było dzieciństwo pierwszej, czwartej czy następnych uczestniczek. Książka bowiem naładowana jest taką ilością informacji,że trudno wszystko spamiętać. W każdej opowieści jest tak duża doza emocji,że udzielają się one czytelnikowi. Mnie bardzo mocno. Dlatego czytałam ją na raty. Co więcej, by móc odpowiedzieć sobie na pytanie,do której z niewiast jest mi najbliżej, po kilku dniach przerwy przeczytałam książkę powtórnie. Po pierwszym czytaniu nie umiałabym o bohaterkach powiedzieć nic więcej jak tylko to, że są wspaniałe, dzielne i niepowtarzalne.  No i przede wszystkim odważne, bo nie każdy zdobyłby się na to, by tak szczerze opowiadać o sobie i swoim życiu.

       Wiedziałam, że o książce napiszę na swoim blogu i to nie tylko dlatego, że Gabriela Kotas mi ją podarowała, ale przede wszystkim dlatego, że opowiedziane historie, to życiorysy wspaniałych kobiet, które warto poznać. To relacja z życia bez ubarwień i blichtru.

        

      

       Wielkie wrażenie zrobiła na mnie opowieść Marii, która choć najstarsza w grupie, tryska energią i optymizmem. Czytając każdy fragment Jej wypowiedzi mówiłam sobie w duchu, „to niesamowite”, wprost niewiarygodne. Wychowała dzieci i trójkę wnucząt, gdy Jej córka zmarła w bardzo młodym wieku. Żaden rodzic nie chce przeżywać takiej chwili. Jej świat się zawalił, a mimo to znalazła siły by sprostać zadaniu jakie wyznaczył los. Jest to kobieta nie tylko waleczna i o bardzo silnym charakterze, ale o ogromnym poczuciu humoru, o czym świadczyć mogą punkt 2 i 4 na liście rzeczy, które postanowiła zabrać na bezludną wyspę:

    1. leki(zabierały je wszystkie panie)

    2. wędka-na podobny pomysł wpadła Joasia, tyle tylko, że ona chciała zdobywać pożywienie za pomocą sieci rybackiej.

    3. Pismo Święte-inne kobiety też zabierały książki, Joanna aż cały wór, nie wymienia jednak autorów czy tytułów. Natomiast Dorota wzięła „Potęgę teraźniejszości”, bo jak twierdzi zmieniła dzięki niej swoje życie. Może uznała tę lekturę za talizman przynoszący szczęście także na wyspie.

    4. sprzęt do czyszczenia protezy zębowej-zastanawiałam się czy był w zestawie także „Protefix”, bo higiena jamy ustnej to jedno, ale trudno się je czy rozmawia gdy zęby się ruszają.

    5. przyprawy i sprzęt do owoców morza-nie jadam takich rzeczy, więc ja w to miejsce pewnie zabrałabym maszynkę do masażu i baterie.

    6. różaniec

    7. parasol przeciwsłoneczny-na podobny pomysł wpadła Ewa, która przed słońcem chciała się skryć pod dużym słomkowym kapeluszem. Najwidoczniej panie liczyły, że pogoda będzie bezdeszczowa, bo żadna nie wymieniła parasola na deszcz, który mógłby także pełnić rolę przeciwsłonecznego.

       Inne panie miały w swoim bagażu również ciekawe przedmioty. Najbardziej praktyczna zdawała się być Jowita, która oprócz ciepłego koca, na którym można usiąść przy ognisku lub się nim otulić, gdy wieczór zimniejszy, wzięła siekierkę. To mogło się okazać zbawienne, bo na żadnej liście nie zauważyłam noża, chyba że był on wśród naczyń jakie zabrała ze sobą Joanna lub towarzyszył kociołkowi i chochli, o których pomyślała Aurelia. Ona też wzięła najoryginalniejszą rzecz jaką był szamański bęben Djemble. Niektóre z nich zabrały notatniki i przybory do pisania. Papier i długopisy się przydały, bo zapisano na nim wspaniałe opowieści. 

       Najsmutniejsza, ale bardzo bliska memu sercu, wydała mi się opowieść najmłodszej uczestniczki 35letniej Joasi. Zaglądam na Jej blog i podziwiam hart ducha. Pomimo choroby, z którą się zmaga, udziela się charytatywnie. Twierdzi, że odnajduje w tym radość, szczęście i sens życia. Wierzę, że tak jest, ale czasami trzeba pomyśleć o sobie. Zdanie "kiedy w życiu pojawia się choroba, szpital, nie ma czasu na chwile zapomnienia i randki", zasmuciło mnie i miałam ochotę krzyczeć, że to nieprawda.Jestem kaleką od urodzenia, mam prawie dwa razy tyle lat, co ta młoda dzaiewczyna i wiem, że w przerwach między operacjami, szpitalami i sanatoriami można szukać miłości i dążyć do jej zdobycia. Jest czas na czucie "motyli w brzuchu". Przede wszystkim jesteśmy ludźmi, mamy prawo kochać i pragnąć by nas pokochano. Mamy prawo marzyć by założyć rodzinę. Trzeba tylko się odważyć  by poszukać swojej drugiej "połówki". Jest to trudniejsze niż w przypadku ludzi zdrowych, ale w pełni możliwe i realne. Choroba jest zmorą(Joasia nazaywa ją towarzyszką), ale to nie znaczy, że ma nad nami dominować. Mam nadzieję, że poznanie tych kobiet(niektóre zmagają sie z ciężkimi chorobami), pomoże Joasi odnaleźć w drugiej połowie życia "przebudzenie serca", nie tylko w tych momentach, które sama wskazała.

       Gabriela Kotas na tylnej okładce napisała, że niektóre kobiety zmieniły swoje imiona, moim zdanie zupełnie niepotrzebnie, bo niejeden chciałby się podpisać pod ich tekstami. Wybór tak rzadkich imion jak Aurelia i Jowita dowodzi, wielkiej wyobraźni, a jednocześnie przypomina, że kiedyś były one bardzo popularne.

      Książka jest wzruszająca i mam nadzieję, że gdy dojdzie do spotkania pań w realu, to powstanie druga część, którą autorka już zapowiada. Jestem rada, że poznałam opisane kobiety i ich losy. Mam nadzieję, że Joasia nauczy się od tych kobiet pewności siebie, wiary we własne siły, walki o szczęście osobiste, a nie tylko wynikające z pracy na rzecz innych, z posiadania grona oddanych przyjaciół. Pozostałym kobietom życzę by nadal czuły się zakochane, spełnione, szczęśliwe w swym pociągu życia.

    Gdyby odeszły w siną dal dolegliwości spowodowane Reumatoidalnym Zapaleniem Stawów,zapewne jak ręką odjął odeszły by również zły nastrój i tęsknota za normalnością”. (Joasia)

    „ Doktorku-cofamy licznik i wtedy marzenia do spełnienia same się znajdą. Człowiek przecież nie dostaje od losu więcej niż jest w stanie unieść. To prawda, że na pewnym etapie swojego życia człowiek zostaje w swoim własnym towarzystwie. Nie narzekam. Mogę robić to co kocham, bo mam swoje pasje, na które kiedyś nie było czasu(w pandemii jest to szycie maseczek). Lubię też w samotności odpocząć od tłumu. Moją energią ciągle jestem w stanie obdarować młodsze pokolenia i zawsze jeszcze służyć pomocą”(Maria).

    „ Nie mogę pozwolić sobie na załamywanie rąk. Z szacunku dla moich dzieci, najbliższych i siebie samej”. Dotarło do mnie, że wcale nie jestem skazana na życie w samotności. Przecież jestem dobrym człowiekiem, pragnącym tylko przeżyć życie z godnością i miłością.”(Aurelia)

    Napełnienie serca miłością do samej siebie. Tego mam o wiele za mało.”(Jowita)

    Nosiłam w sobie sporo swoich i nie swoich win”(Ewa)

    Mój pociąg często jechał albo stawał bez mojej zgody i wiedzy. Decydowali o tym inni. Ja miałam tylko przytakiwać i zacisnąwszy usta i pięści, starać się, żeby tylko było dobrze. Lecz komu? Na pewno nie mnie. A przecież przez długi czas na to pozwalałam. W pewnym momencie zrobił się taki chaos, że mój pociąg się wykoleił. Długo zeszło na naprawę i renowację zarówno pociągu jak i torów. Za to teraz jedzie bez większych problemów, a gdy się pojawiają, szybko je rozwiązuję. Mój pociąg jest przestronny i radosny, otwarty na nowe doznania, pełen optymizmu i nadziei.” (Ania)

    Do mojego pociągu wsiadają nowi ludzie, inni wysiadają, ale to ja jestem maszynistą, kierownikiem i konduktorem tego składu. To ja ustalam emocjonalną trasę, którą chcę podążać.”(Dorota)

    To nie od liczby pasażerów, którzy dosiadają się na kolejnych stacjach, zależy jakość naszej podróży. Ważny jest bagaż, który zabieramy ze sobą, spokój ducha, by nie bać się kolejnych przystanków, dobry wzrok i otwarte okna.”(Joanna)

       Wybrane cytaty mówią nie tylko o autorkach ale przede wszystkim o tym, co zawiera książka zatytułowana „(Bez)ludna wyspa”. Miejsce, w którym snute są opowieści, to nie samotny skrawek lądu otoczony bezkresem wody. Ta wyspa tętni życiem, jest ono czasami naznaczone bólem i cierpieniem, czasami odbudowane ze zgliszczy, ale jest. Jak napisała Joasia „Cieszmy się życiem. Mamy je jedno” .

       Z ogromną przyjemnością poznałam te kobiety i mam nadzieję, że Ich życie teraz będzie takie jakie same chcą by było. Polecam zarówno kobietom jak i mężczyznom tę niepozorną książeczkę, która ma w sobie moc dawania nadziei, że najgorsze chwile też mijają, że choroba choć jest uciążliwością nie jest wyrokiem.

        Dziekuję autorce i Jej towarzyszkom, za chwile wzruszeń, refleksji, optymizmu i uśmiechu. Oby Wasze marzenia o dalszym ciągu "magicznych chwil" spełniły się już wkrótce.

       

    Daj światu swoje piękno

    pomimo

    że ktoś może uważać inaczej

    Znajdź oczy

    w których zobaczysz

    siebie w całym majestacie

    piękna i mądrości

    W inne nie warto zaglądać

    wierz mi”

    (Gabriela Kotas 8.03.2017)