piątek, 12 lutego 2021

MIŁOŚĆ CI WSZYSTKO WYBACZY

Święto Zakochanych

Miłość ci wszystko wybaczy

Smutek zamieni ci w śmiech

Miłość tak pięknie tłumaczy

Zdradę i kłamstwo i grzech



Choćbyś ja przeklął w rozpaczy

Że jest okrutna i zła

Miłość ci wszystko wybaczy

Bo miłość, mój miły, to ja



Gdy pokochasz tak mocno jak ja

Tak tkliwie, żarliwie tak wiesz

Do ostatka, do szału, do dna

To zdradzaj mnie wtedy i grzesz                                  

   Julian Tuwim „Miłość ci wszystko wybaczy”




                                       

  Do Polski obchody walentynkowe trafiły wraz z kultem Walentego z Bawarii i Tyrolu. Popularność uzyskały jednak dopiero w latach 90 tych XX wieku. W poprzednich latach zamieszczałam posty na temat Walentynek i wtedy miałam okazję przekonać się, że w tej materii ludzie dzielą się na 3 grupy:

a)celebrujący to święto

b)nie obchodzący ale mający życzliwy stosunek do tego dnia

c) traktujący 14 lutego jak każdy inny dzień i wyznający zasadę, że kochać należy przez cały rok.


    Nie miałam w życiu szczęścia w miłości, chociaż urodziłam się zaledwie kilka dni po 14 lutego, kiedy to obchodzone są Walentynki, powinnam mieć jakieś względy u patrona czyli Św. Walentego. W ciągu 66 lat życia 4 razy byłam mężczyzną zauroczona. W dwóch w tak młodym wieku, że nie nazywałam tego miłością. Natomiast dwóch następnych, choć zdawało sobie sprawę z moich uczuć, nie wykazali się delikatnością i przysłali mi swoje ślubne zdjęcia. Koszmar, bo która kobieta chce oglądać rywalki, z którymi się przegrało. Te przykre doświadczenia nauczyły mnie tego, że gdy żegnali się ze mną 3 faceci, których kochałam, mówiłam „tylko nie przysyłaj mi ślubnej fotografii”. Na szczęście dla mnie uszanowali życzenie. Kiedy nastało Święto Zakochanych nie było mężczyzny, który przysłałby mi walentynkę. Dlatego mogę uznać się za człowieka nieobchodzącego z życzliwością traktującego ten dzień ale także takiego, który uważa, że należy kochać przez 365 dni w roku i przez całe życie.

Wszystkim zakochanym i pragnącym się zakochać

składam życzenia, by ich marzenie o miłości się spełniło.

Ten post Wam właśnie dedykuję.



Płomieniem, który posiadł drewnianą chatę – pijanym

pocałunkiem wgryzł się w głąb strzechy.

Piorunem – który kocha wysokie drzewa – wodą

uwięzioną płasko – wyzwalaną przez niesyty wolności wiatr.

Włosami sosny – gładzonymi jego ręką – włosami

rozśpiewanymi w szaloną wdzięczną pieśń.

Ciemną głową topielicy – która palce rozsnuła

w poprzek fali – a uśmiech dała nieżywemu słońcu.

Wyciągnięta na brzeg – płakała długo i nie wyschła

aż dotąd, póki smutni ludzie nie zakopali jej w ziemi.

Płomieniem.

Halina Poświatowska „Czym jest miłość”.

                                                    

Lubie ci szeptać słowa, które nic nie znaczą --

Prócz tego, że się garną do twego uśmiechu,

Pewne, że się twym ustom do cna wytłumaczą —

I nie wstydzą się swego mętu i pośpiechu.

Bezładne się w tych słowach niecierpliwią wieści —

A ja czekam, ciekawy ich poza mną trwania,

Aż je sama powiążesz i ułożysz w zdania,

I brzmieniem głosu dodasz znaczenia i treści…

Skoro je swoją wargą wyszepczesz ku wiośnie —

Stają mi się tak jasne, niby rozkwit wrzosu —

I rozumiem je nagle, gdy giną radośnie

W śpiewnych falach twojego, co mnie kocha, głosu.

Bolesław Leśmian „Lubię szeptać ci słowa”.

                                                     

Na rozrzuconych poduszkach z rajskich, jawajskich batików

umieram słodko bez żalu, umieram cicho, bez krzyku. —

Czas za firanką ukryty porusza skrzydłem motyla,

a moje czoło znużone coraz się niżej przechyla…

Wreszcie dotykam Bieguna i śnieg mi taje wśród włosów,

a końcem lakierka dosięgam trawy szumiących Lianosów.

Leżę na ciepłych krajach, na gorejącym Równiku,

i na jedwabnych poduszkach z różnobarwnego batiku…

Wyciągam ręce ku Tobie, w Twoją najsłodszą stronę

i czuję na rękach gwiazdy nisko nad nami zwieszone…

Ogarniam Cię splątanego w pochmurny namiot niebieski,

i spada niebo z hałasem, jak belki, wiązania, deski,

obrzuca nas półksiężycem, słońcem, obłoków zwojem —

i tak spoczywam — okryta niebem i sercem Twojem…

Maria Jasnorzewska-Pawlikowska „Erotyk”


                                 

We wszystkich mowach i w języku duszy

Nad wszystkie są dwa słowa,

Jak w kroplach rosy po suszy,

W nich skarb żywota się chowa.

Jak dwie perełki w oceanie życia,

Jak dwie gwiazdeczki na niebie,

Świecą nam od powicia

Dwa słowa – kocham ciebie.

Józef Ignacy Kraszewski „Dwa słowa”



Miłość szczęśliwa. Czy to jest normalne,

czy to poważne, czy to pożyteczne —

co świat ma z dwojga ludzi,

którzy nie widzą świata?


Wywyższeni ku sobie bez żadnej zasługi,

pierwsi lepsi z miliona, ale przekonani,

że tak się stać musiało — w nagrodę za co? za nic;

światło pada znikąd —

dlaczego właśnie na tych a nie innych?

Czy to obraża sprawiedliwość? Tak.

Czy narusza troskliwie piętrzone zasady,

strąca ze szczytu morał? Narusza i strąca.


Spójrzcie na tych szczęśliwych:

gdyby się chociaż maskowali trochę,

udawali zgnębienie krzepiąc tym przyjaciół!

Słuchajcie, jak się śmieją — obraźliwie.

Jakim językiem mówią — zrozumiałym na pozór.

A te ich ceremonie, ceregiele,

wymyślne obowiązki względem siebie —

wygląda to na zmowę za plecami ludzkości!


Trudno nawet przewidzieć, do czego by doszło,

gdyby ich przykład dał się naśladować.

Na co liczyć by mogły religie, poezje,

o czym by pamiętano, czego zaniechano,

kto by chciał zostać w kręgu.


Miłość szczęśliwa. Czy to jest konieczne?

Takt i rozsądek każą milczeć o niej

 jak o skandalu z wysokich sfer Życia.

Wspaniałe dziatki rodzą się bez jej pomocy 

Przenigdy nie zdołałaby zaludnić ziemi,

zdarza się przecież rzadko.


Niechaj ludzie nie znający miłości szczęśliwej

twierdzą, że nigdzie nie ma miłości szczęśliwej.

Z tą wiarą lżej im będzie i żyć, i umierać.

Wisława Szymborska „Miłość szczęśliwa”



Gdy domdlewasz na łożu, całowana przeze mnie,

Chcę cię posiąść na zawsze, lecz daremnie, daremnie.

Już ty właśnie — nie moja, już nie widzisz mnie wcale.

Oczy mgłą ci zachodzą, ślepną w szczęściu i szale!

Zapodziewasz się nagle w swoim własnym pomroczu,

Mam twe ciało posłuszne, ale ciało — bez oczu!…

Zapodziewasz się nagle w niewiadomej otchłani,

Gdziem nie bywał, nie śniwał, choć kochałem cię dla niej!.

Bolesław Leśmian Gdy domdlewasz na łożu”

                                                       



Chociaż raz

warto umrzeć z miłości.

Chociaż raz.

A to choćby po to,

żeby się później chwalić znajomym,

że to bywa.

Że to jest.

...Umrzeć.
Leżeć w cmentarzu czyjejś szuflady

obok innych nieboszczyków listów

i nieboszczek pamiątek

i cierpieć...

Cierpieć tak bosko

i z takim patosem,

jakby się było Toscą

lub Witosem.

...I nie mieć już żadnych spraw

i do nikogo złości.

I tylko błagać Boga,by choć raz,

choć jeszcze jeden raz

umrzeć z miłości.

Agnieszka Osiecka „Umrzeć z miłości”




Składałem ci wizyty

Okrutnie niezdobytej

Nerwowo, gorączkowo

Bredziłem chorą mową,

Wierszami cię męczyłem,

łamałem każde słowo,

Do krwi je w zębach gryzłem,

Dawałem rozgryzione,

Zgniecione, rozkrwawione,

Przebite każdym zmysłem:

Patrz”

Julian Tuwim „Ostry erotyk”




Pyłem księżycowym być na twoich stopach

wiatrem przy twej wstążce, mlekiem w twoim kubku,

papierosem w ustach, ścieżką pośród chabrów

ławką gdzie spoczywasz, książką którą czytasz.

Przeszyć cię jak nitka, otoczyć jak przestwór,

być porami roku dla twych drogich oczu

i ogniem w kominku, i dachem, co chroni

przed deszczem.

Konstanty Ildefons Gałczyński „Pyłem księżycowym”

                                                         

Jedno nieopatrzne słowo

owoc zazdrości,

uderzenie w twarz znienacka,

krzyk, ból, łzy,

a potem kroki,

trzaśnięcie drzwi,

wyszedłeś obrażony,

romans zakończony.

Iwona Zmyślona „Romans”



Jest miłość trudna
jak sól czy po prostu kamień do zjedzenia
jest przewidująca
taka co grób zamawia wciąż na dwie osoby
niedokładna jak uczeń co czyta po łebkach
jest cienka jak opłatek bo wewnątrz wzruszenie
jest miłość wariatka egoistka gapa
jak jesień lekko chora z księżycem kłamczuchem
jest miłość co była ciałem a stała się duchem
i ta co nie odejdzie - bo znów niemożliwa

Ks.Jan Twardowski „Miłość”


Jeśli mnie pokochasz,

będę westalką ogniska domowego,

Penelopą cierpliwą i wierną.

Gejzerem namiętności

i przyjacielem aż po grób.

Lecz Ty milczysz,

odchodzisz pośpiesznie

nie patrząc w moje załzawione oczy.

Iwona Zmyślona „Jeśli mnie pokochasz”


                                                    

Wierz mi są dusze dla siebie stworzone.

Niech je w przeciwną los potrąci stronę,

One wbrew losom, w tym lub w tamtym świecie,

Znajdą, przyciągną i złączą się przecie.

Aleksander Fredro „Śluby panieńskie”(fragm.)

*wykorzystano materiał ilustracyjny z Google Grafika. Mam nadzieję, że autorzy prac nie mają mi tego za złe.

piątek, 5 lutego 2021

BYĆ JAK WIELKI SZU!

 

                                         


       W dzieciństwie bardzo modne było porzekadło „kto gra w karty, ten ma łeb obdarty”. Nie wiem kto nauczył mnie pierwszych gier. Z pewnością zaczęło się od „Piotrusia” czyli 13-tej karty w talii, której żaden z graczy nie chciał wyciągnąć. Później była „Wojna”, gra dość prosta, chociaż jej nazwa brzmi złowrogo. Następną jaką pamiętam to „Makao”. Po nim był „Tysiąc”, a potem długo, długo nic. 

Irving Sinclair /scam/

 Nikt w rodzinie oficjalnie nie grał w „Pokera” , chociaż mojemu ojcu gra ta była znana, bo jako młody żonkoś dawał się ogrywać sąsiadom i omal długami z tego powstałymi nie doprowadził do rozwodu. Moja siostra też najprawdopodobniej znała reguły tej hazardowej gry, bo nie sądzę by na wagarach, na które zdarzało się jej chodzić, grywała tylko w te inne wymienione przeze mnie gry.

Rodzice moi świetnie grali w „Brydża”, takimi oto kartami

które przechowywane były w pudełku z eko-skóry bardzo podobnym do tego na zdjęciu, chociaż nasze nie było zapinane.

    Najlepszy był ojciec, który potrafił liczyć wszystkie karty a licytował rozważnie. Matka była większą ryzykantką i często lubiła iść na całość, chociaż posiadane w ręku karty nie pozwalały myśleć o wygranej. W brydża rodzinnie grywaliśmy często do czasu śmierci ojca. Później czwartym do brydża był szwagier, ale okazji do gry było coraz mniej. Ja w tej grze byłam najsłabsza i dziś po 20 latach przerwy nie umiałabym nawet zliczyć punktów i wziąć udziału w licytacji.

     Z brydżem kojarzy mi się „Wist”, bo pamiętam jak mama wspominała, że dziadkowie lubili w piątki chodzić do „Państwa Aptekarstwa” na partyjkę.

WIST – klasyczna gra karciana, wywodząca się z Anglii, pochodząca od wcześniejszej „Ruff and Honours”. Gra bardzo popularna w XVIII i XIX wieku, stała się protoplastą dzisiejszego brydża. Od wista wywodzi się cała klasa gier zwanych wistowymi. Bardzo ciekawie na temat wista napisano na: https://bonaludo.com/2015/09/27/graj-w-wista-jak-fileas-fogg/

Zasady gry: rozdający odsłania ostatnią rozdaną kartę, której kolor staje się atutowym. Następnie osoba siedząca na lewo od rozdającego rzuca dowolną kartę. Po niej zgodnie ze wskazówkami zegara, kładą karty pozostali gracze. Mogą oni położyć dowolną kartę ale istnieje obowiązek dokładania koloru. Jeżeli nie można dołożyć do koloru, można położyć dowolną kartę. Lewa to cztery kolejno położone karty, a zabiera ją gracz, który położył najstarszą kartę lub atu. Jeżeli uczyniło to kilku graczy, to lewę bierze ten, który położył najstarszą w kolorze atutowym. Celem gry jest wzięcie jak największej liczby lew, nie ma obowiązku bicia. Za każdą lewą powyżej sześciu otrzymuje się 1 punkt. Gra toczy się do momentu zdobycia przez jedną z par 5punktów(w ang. systemie punktowym) lub 7(w amer. systemie punktowym). Za niedołożenie do koloru otrzymuje się punkty karne (2 w amer. i 3 w ang. systemie punktacji), które przechodzą na rzecz przeciwników. 

PREFERANS -popularna na przełomie XIX i XX wieku gra podobna do wista. Talia 32 kartowa(7,8, 9,10, walet(niżnik w talii niemieckiej), dama(wyżnik w talii niemieckiej), król, as.; zazwyczaj 3 graczy.

Zasady gry: na początku gry każdy z graczy otrzymuje po 10 kart, a dwie karty odkładane są na stos(talon). Gra dzieli się na dwie fazy. W pierwszej(licytacja) gracze deklarują ile chcą ugrać w fazie drugiej. Cel gry różni się w zależności od wariantu, który przydzielany jest automatycznie, w zależności od wysokości licytacji. Po licytacji gracz samodzielny może dobrać z talonu dwie karty i wymienić je na dwie trzymane w ręku.

   O grze w preferansa możemy przeczytać w „Lalce” Bolesława Prusa i w książkach Sergiusza Piaseckiego, człowieka o bardzo ciekawym życiorysie i dorobku literackim znajdującym się do 1951 na cenzurowanym.

MARIASZ tradycyjna gra w karty powstała w Europie Środkowej i dająca początek niemieckiej grze 66 oraz grze "Tysiąc".Szczególnie popularna w I poł. XVIII stulecia( z tego wieku pochodzą niemieckie dokumenty w adresowanej do kobiet książce, poświadczające jej istnienie). Nazwa wzięła się od zgłaszanych w trakcie gry mariaszy-król z wyżnikiem(król z damą) jednego koloru. Gra doczekała się licznych wzmianek w literaturze polskiej np. "Pan Tadeusz " (Księga II-Zamek") Adama Mickiewicza: 

"Śmiech powstał w obu izbach. Sędzia z Bernardynem

Grał w mariasza i właśnie z wyświeconym winem

Miał coś ważnego zadać; już Ksiądz ledwie dyszał,

Kiedy Sędzia początek powieści usłyszał

I tak nią był zajęty, że z zadartą głową

I z kartą podniesioną, do bicia gotową,

Siedział cicho i tylko Bernardyna trwożył,

Aż gdy skończono powieść, pamfila położył."


    Wikipedia podaje nazwy 58 kategorii gier karcianych, natomiast na stronie polki.pl możemy znaleźć alfabetyczny spis gier karcianych, ale nazwy nielicznych pokrywają się z wikipedią: dureń,kanasta,oczko,remik. Podobno wist, preferans i blackjack należą do gier mniej popularnych. Tak jak wist kojarzy mi się z dziadkami, tak blackjack z kasynem, w którym nigdy nie byłam. Natomiast preferans znany mi jest z nazwy(podobnie jak:bezik, musik, bakarat,kanasta) ale nie z zasad. Jednak chętnie nauczyłabym się grać w "Wista" czy "Preferansa", bo są najbardziej podobne do zapomnianego przeze mnie brydża.

Kasper Pochwalski "Cyganki wróżące z kart"


   Największą znajomość kart zawsze miały Cyganki, które z nich wróżyły. Chociaż znana w PRL Józefina Pellegrini - Osiecka (aktorka, wokalistka i wróżbitka) twierdziła, że „ z kart się nie wróży, karty się czyta”, ale miała na myśli karty „Tarota”, które wielkością i przedstawionymi figurami odbiegają od tradycyjnej talii. 

karty do tarota

    Bardzo ciekawie o historii gry w karty, skupiając się na okresie międzywojennym opowiada autor strony  https://czasgentlemanow.pl/2015/02/miedzywojenna-kultura-gry-w-karty/. Swoje rozważają wzbogacając cytatami z poradników dobrego wychowania, bo" bez względu na to, czy się grało w karty na pieniądze, czy nie, była to zabawa towarzyska i należało zachować odpowiednie zasady postępowania".

Namiętność do gry w karty jest u nas tak wielką, że niema domu prawie, gdzieby w karty nie grano. Pokój do gry w karty posiada oświetlenie łagodne, świece na stolikach zielonych winne mieć małe jedwabne abażury, karty winny być nowe, szczoteczki i lichtarze błyszczące, sukno na stołach wyczyszczone, siedzenia dla wszystkich jednakowe i wygodne; kredek nie powinno brakować; w kubkach ozdobnych winny stać cygara i papierosy; eleganckie popielniczki winny się również znajdować pod ręką.”( M.Vanbun, M.Kurcewicz: Zasady i nakazy dobrego wychowania” , Warszawa 1928).

   Z chwilą zaprzyjaźnienia się z komputerem grywam w „Kierki”, ale szczególnych sukcesów na tym polu nie odnoszę. Od stycznia 2018 roku rozegrałam 5345 gier ale tylko co trzecia zakończyła się wygraną. Osobiście nie przepadałam za pasjansami, choć do ich układania używa się kart. Mają one jednego gracza, dlatego nie traktowałam ich jako gry. Moim ulubionym z wgranych do komputera pasjansów jest „Pająk”, ale nie mam osiągnięć na tym polu, ułożyłam 1320, z czego tylko 187 zakończyło się wynikiem pozytywnym. 

   Czy wy mieliście(macie) swoje ulubione gry karciane? Jeśli tak, to napiszcie o nich, ponieważ każda gra miewała oprócz oficjalnej także nazwę regionalną, którą warto poznać. Dopiero co zabawiałam Was sentencjami łacińskimi, a okazuje się, że gra w karty też może być inspiracją dla autorów "złotych myśli"

 "Życie przypomina grę w pokera. Nie masz wpływu na to, jakie dostajesz karty - ale tylko od ciebie zależy, jak rozegrasz partię"(Regina Brett)

"Życiowa gra polega nie tyle na tym, żeby mieć dobre karty, ile żeby dobrze rozegrać marne"(H.T.Lestle)

"Żyj myślą, że jutra może nie być, a każda godzina więcej się nie powtórzy. Bo życie jak gra w karty, w każdej chwili możesz przegrać wszystko".

     W życiu nie zawsze pochwalamy gry w karty, a już na pewno nie wszyscy, ale ciekawe jest, że karty są obecne w nim, co widać po powyższych przysłowiach.

   Niedługo pewne zjawiska będą nam znane tylko z literackich opisów

dzieł malarzy 

Gustave Caillebotte "Partyjka bezika" (1881)

  zdjęcia czy kadru filmowego.

   Dawniej gra w karty była znaczącym elementem życia towarzyskiego. Dziś wypiera ją konsola komputerowa, która jednak nie daje możliwości bliskiego obcowania z drugim człowiekiem oko w oko.Z chwilą zaprzyjaźnienia się z komputerem grywam w „Kierki”, ale szczególnych sukcesów na tym polu nie odnoszę. Od stycznia 2018 roku rozegrałam 5345 gier ale tylko co trzecia zakończyła się wygraną. Osobiście nie przepadałam za pasjansami i choć do ich układania używa się kart, nie traktowałam tego w tej kategorii. Moim ulubionym z wgranych do komputera pasjansów jest „Pająk”, ale nie mam osiągnięć na tym polu, ułożyłam 1320, z czego tylko 187 zakończyło się wynikiem pozytywnym. 

    Utrwalajmy w każdy możliwy sposób tamto życie, bo jest coraz mniej tych, którzy je znali, pamiętają i wspominają.

wtorek, 2 lutego 2021

"ROWEREM DO EUROPY"

  



 Dzisiaj o godzinie 7.00 czytając notkę autora "Kawiarenki" dowiedziałam się o śmierci wspaniałego człowieka, wielkiego Polaka, wybitnego sportowca RYSZARDA SZURKOWSKIEGO.

   Nawet ci,którzy nie interesowali się kolarstwem, oglądali Wyścig Pokoju, bo kiedy w nim uczestniczył, zawsze dostarczał wzruszeń i emocji. Pamiętam czasy, gdy dzieciaki na chodnikach rysowały kredą trasy, na których zawodnikami były kapsle z wklejonymi w środek papierowymi flagami poszczególnych państw. Po obejrzeniu w telewizji transmisji z kolejnego etapu, chłopcy i dziewczynki wychodzili na dwór i pochyleni nad tymi stworzonymi przez siebie trasami pstrykali kapslami, odgrywając ów wyścig. Wtedy nie mówiło się o "Szurko-manii", ale tak należałoby nazwać, to uwielbienie dla wyśmienitego kolarza, a po zakończeniu kariery zawodniczej, również trenera kadry kolarzy szosowych, między innymi Lecha Piaseckiego.

     Kiedy zwycięzcą wyścigu w 1956 został Stanisław Królak nie znałam uroku kolarstwa. Gdy triumfował w Wyścigu Pokoju Ryszard Szurkowski w latach: 1970, 1971,1973, 1975 byłam nastolatką, która podziwiała zmagania kolarzy, oglądając transmisję. Był 12-krotnym mistrzem Polski, 4-krotnym medalistą Mistrzostw Świata i 2-krotnym vice mistrzem  Igrzysk Olimpijskich.  Żaden inny Polak nie stawał na podium tyle razy co Ryszard Szurkowski. Z Polaków zwyciężali w Wyścigu jeden raz :Stanisław Szozda(1974), Lech Piasecki(1985) i Piotr Wadecki(2000).

      Sport polski poniósł ogromną stratę, my społeczeństwo również, bo coraz mniej jest wśród nas ludzi szlachetnych, skromnych, a tak bardzo twórczych(współautor książek o kolarstwie:Ryszard Szurkowski, Krzysztof Wyrzykowski "Kolarstwo"(1979); Ryszard Szurkowski, Krzysztof Wyrzykowski "Być liderem"(1983); Ryszard Szurkowski, Krzysztof Wyrzykowski, Kamil Wolnicki "Ryszard Szurkowski.Wyścig. Autobiografia".(2019)).



środa, 27 stycznia 2021

LEKCJA ŁACINY!

 


     Dla poprawienia nastroju sobie, a może i Wam, cofnę się pamięcią do lat 1974-78. Wśród licznych zajęć w ramach studiów, miałam lektorat z łaciny. Maleńka, szczuplutka, starsza pani Augustyniak, próbowała przekazać piękno języka, który dawno, dawno temu był  urzędowym, a teraz nazywany jest „martwym”. We współczesnym świecie, używają go:  nauczyciele łaciny,księża, lekarze i prawnicy. No i może nieliczne grono pasjonatów językowych, którzy znają po kilka języków, bo lubią się ich uczyć. Zawsze mówię, że nikomu niczego nie zazdroszczę, bo jeżeli ktoś coś ma, to zazwyczaj dzięki ciężkiej pracy, więc jeżeli chcę mieć to, co ten ktoś, to muszę pracować. W tym przypadku zazdroszczę poliglotom łatwości uczenia się danego języka, wytrwałości no i osiągnięcia celu.



   W procesie edukacji uczyłam się języka rosyjskiego, który zmorą stał się dla mnie dopiero na etapie licealnym. Na studiach lektorat z tego języka polegał przede wszystkim na oglądaniu filmów w wersji oryginalnej, wyświetlanych w Domu Kultury Rosyjskiej i Radzieckiej na ul. Foksal w Warszawie. Nie zbyt chętnie tam chodziłam, bo jak dla mnie było daleko i ciężko. Zawsze docierałam zmęczona i spocona. Niemniej jednak kiedy już dotarłam, to nigdy nie żałowałam, bo pomimo wydźwięku ideologicznego większości filmów, była to dobra kinematografia.


    Drugim językiem poznanym w podstawówce był niemiecki. Uczyłam się go ze strachu. Całe życie boję się, by nie powtórzył się 1939, a wtedy wyznawałam zasadę, że należy znać język swojego wroga. Z wymową miałam problemy, bo nie wiedziałam czy „ch” należy wymawiać miękko jak uczyła nauczycielka czy twardo jak kazała matka. Gramatykę znałam dobrze i nauczycielka w klasie VI-VIII, twierdziła, że „szprechała" bym doskonale, gdybym nie była leniwa i uczyła się słówek. Jak się ma ograniczone słownictwo, to nawet w języku ojczystym ma się trudności z wysławianiem. W czasie studiów posługiwanie się językiem niemieckim, ograniczało się do czytania tekstów zawodowych i poznawania słownictwa w tym zakresie.

   Wracając do łaciny, to lekcji ze szkoły średniej nie pamiętam. Dopiero zajęcia z panią Augustyniak sprawiły, że lubiłam ten język, chociaż tłumaczenie tekstów szło mi bardzo opornie. Do dziś jednak pozostał sentyment, a przetrwał w poznawaniu łacińskich sentencji, które uwielbiam. Proponuję zabawę, będziecie mogli sprawdzić, które z podanych poniżej zdań są Wam znane. Oto wybór moich ulubionych sentencji:

   AMOR VINCIT OMNIA

   BEATE VIVERE EST HONESTE VIVERE

  CAVE ME, DOMINE, AB AMICO,AB INIMICO VERO ME IPSE CAVEBO                                         

   DE GUSTIBUS ET COLORIBUS NON EST DISPUTANDUM

   LACRIMIS ADAMANTA MOVEBIS

   MAJOR SUM, QUAM CUI POSSIT FORTUNA NOCERE

   NON OMNIS MORIAR

   PER ASPERA AD ASTRA

   QUO VADIS

   SAPIENS SEMPER 

      Czy już wiesz ile znasz sentencji z tych podanych? A może masz swoją ulubioną, podaj ją w komentarzach. Dla tych, którzy mieli wątpliwości, czy dobrze przetłumaczyli, a nie mają pod ręką słownika "Łacińsko-polskiego.Polsko-łacińskiego", podaję polską wersję:

               Ad.1 Miłość zwycięża wszystko (akcent na „o” w słowie omnia)

                 Ad 2 Żyć szczęśliwie, znaczy żyć uczciwie(akcent na „i” w słowach vivere)

                 Ad.3   Strzeż mnie Boże od przyjaciół, od nieprzyjaciół sam się obronię(akcent na „o” w słowie domine)

                  Ad.4    O upodobania i kolory nie należy się spierać(akcent na u w gustibus i na drugie o w coloribus) 

                  Ad.5 Łzami skruszysz nawet diament(akcent na „a” w lacrimis)

                  Ad.6 Jestem mocniejszy od losu- nie może mi więc zaszkodzić

                  Ad.7 Nie wszystek umrę(akcent na „o”w słowie moriar)

                   Ad.8    Przez cierpienie do gwiazd. Przez cierpienie do sławy

                    Ad.9    Dokąd idziesz

                    Ad.10  Mędrzec zawsze szczęśliwy(akcent na „a' w wyrazie sapiens)

      Od czasu zakończenia edukacji minęło ponad 40 lat. Niewiele miałam okazji mówić w omówionych językach, dlatego wszystko praktycznie zapomniałam i dziś mogę mówić o znajomości danego języka w czasie przeszłym. 

środa, 20 stycznia 2021

"AUGUSTOWSKIE NOCE"

 

Maria Koterbska

   Wczoraj o godzinie 6 rano przeglądając WP dowiedziałam się, że zmarła Maria Koterbska.

Karolina Wożniak tak napisała:Maria Koterbska, słynna polska piosenkarka, nie żyje. Artystka zmarła w wieku 96 lat. O śmierci wokalistki poinformował prezydent Bielska-Białej Jarosław Klimaszewski.

"Chyba nie ma osoby, która nie kojarzyłaby piosenki "Serduszko puka w rytmie cza-cza". Utwór cieszył się swego czasu sporą popularnością - był nawet wykorzystywany w reklamach. Niestety artystka, która wykonywała ten hit, zmarła. Maria Koterbska została pożegnana w pięknych słowach przez prezydenta Bielska-Białej. Informację o śmierci potwierdził syn wokalistki, Roman Frankl, w rozmowie z Polskim Radiem."

"Z wielkim smutkiem przyjąłem wiadomość o śmierci wielkiej damy polskiej piosenki, wspaniałej osoby, wybitnej bielszczanki – Marii Koterbskiej" - czytamy we wpisie. "Legendarna artystka 13 lipca ubiegłego roku świętowała swoje 96. urodziny pełna optymizmu i pogody ducha. Taką też ją wszyscy zapamiętamy. Zapamiętamy też największe przeboje, jak 'Karuzela', 'Serduszko puka w rytmie cza-cza', 'Augustowskie noce;' i wiele innych"."W imieniu wszystkich bielszczan rodzinie Pani Marii i jej najbliższym składam wyrazy współczucia. Świat dziś wiele stracił… Dziękujemy za wszystko Pani Mario. Móc Panią znać, to był prawdziwy zaszczyt" - podsumował Jarosław Klimaszewski."

"Maria Koterbska urodziła się w Bielsku. W latach 50. była stałą bywalczynią niedzielnych audycji w audycji "Melodie świata" w Radiu Katowice. Stałym punktem programu były piosenki wokalistki.Gwiazda występowała również w Teatrze Satyryków, a występy w nim miały ogromne znaczenie w jej karierze. Piosenkarka współpracowała także z kabaretem Wagabunda, z którym koncertowała w Europie oraz w USA."

    Tak pożegnała piosenkarkę WP, w radio też o tym mówiono. Czy informację tę zamieściły telewizje, tego nie wiem. W "Faktach" ja przegapiłam wzmiankę o tej jakże popularnej w latach 1950-1980 wokalistce. 



   Dwa lata występów Marii Koterbskiej  w Teatrze Satyryków przyczyniły się do zmiany repertuaru, co wymagało innego operowania głosem. Z tego okresu pozostała piosenka „Wio koniku”, ale większość nagrań się nie zachowała. Jednak ich ślad można odnaleźć w „Wiązance przebojów z lat pięćdziesiątych”, którą współtworzyli Wojciech Młynarski i Tomasz Śpiewak.(1967).Od roku 1956 współpracowała z Kabaretem literatów „Wagabunda”, którego była współinicjatorką.Wystąpiła w filmach:”Skarb”(1948), „Irena do domu”(1955), „Sprawa do załatwienia”(1953).

Wikipedia podaje 18 tytułów Jej piosenek, ale nie wykazano wszystkich. Wydała  dwie płyty długogrające. Jej dyskografia, to płyty wydawane w latach 1960-2010: "Ulubione przeboje", "Ulubione piosenki", "Nie mówmy, że to miłość", "Maria Koterbska"(1972, 1980), "Jubileusz","Życie zdarza się raz", "40 piosenek Marii Koterbskiej".

   Uczestniczyła w III Międzynarodowym Festiwalu Piosenki w Sopocie, w Festiwalu Opolskim(jako wykonawczyni i jako jurorka), a także występowała na Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze. Gościła w wielu programach rozrywkowych „Zgaduj zgadula”, „Podwieczorek przy mikrofonie”. Pod koniec lat 70-tych występowała wraz ze swoim synem Romanem Franklem, a w roku 2007 wzięła udział w koncercie poświęconym Jackowi Lechowi.

   Została dwukrotnie odznaczona: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski w roku 1979 i Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski w roku 1999.

                                 


    Zanim zakochałam się w piosenkach Anny Jantar, to Maria Koterbska była jedną z tych, których piosenki nuciłam najchętniej. Mój obecny blog „Na karuzeli życia” swój tytuł zawdzięcza jej piosence „Karuzela”. Tytuł dzisiejszej notki także nawiązuje do wielkiego przeboju. Jeszcze przed piosenką "Futbol" Maryli Rodowicz, Maria Koterbska podkreślała umiłowanie Polaków do piłki nożnej w piosence "A mój chłopiec piłkę kopie".W roku 1952 Julian Sztatler zaśpiewał "Wio koniku", a potem przebój ten wykonywała Pani Maria.  Jako rodowita wrocławianka nie mogłam nie znać piosenki „Niebieskie tramwaje”(inny tytuł „Wrocławska piosenka”). A ileż to dziewcząt uważało się za „Brzydulę i rudzielca”, lub której serduszko nie pukało w rytmie „cha-cha”. Chrapkę na „Rudego rydza” miały nie tylko dziewczyny, ale tylko one wzdychały do „Chłopców z obcych mórz”, szeptały "Nie mówmy o miłości" lub spoglądając w lustro przyznawały, że "Uroda przemija w nas". Gdy za oknami robiło się mokro, szaro i dżdżyście lub słońce za bardzo paliło , przypominał nam się przebój „Parasolki”, bo sprzedawał je stary handlarz „w dziwnym mieście,w którym nigdy deszcz nie pada”. Kiedy w roku 1992 J. Józefowicz i J. Stokłosa w Teatrze Buffo wystawili „Do grającej szafy grosik wrzuć”, to dawno przed nimi wrzuciła go Maria Koterbska. 

    Jej syn Roman Frankl napisał książkę:" Maria Koterbska.Karuzela mojego życia", a wydał ją Państwowy Instytut Wydawniczy w 2008. Niestety jest to jedyna biografia artystki.

    Kultura polska utraciła kolejną wspaniałą osobę, której występy rozświetlały dni, a fani będą Ją wspominali jeszcze długo, po kres życia swego.

      ZEGNAM PANI MARIO I DZIĘKUJĘ ZA WZRUSZENIA, KTÓRYCH MI PANI DOSTARCZYŁA SWOIMI PIOSENKAMI. 


poniedziałek, 11 stycznia 2021

CZYŻEWSKA CZY JĘDRUSIK - starożytny spór o miano "najpiękniejszej", we współczesnym wydaniu.

  


    P
rzygotowując się do napisania postu o serialu „Osiecka” poczytałam trochę o ludziach, których znała, a w których wcielili się współcześni polscy aktorzy. Zapoznałam się z biogramem Elżbiety Czyżewskiej w Wikipedii. Znalazłam tam taki fragment:” Współpracowała z Ludwikiem René przy sztuce Don Juan(1964), gdzie grała Mirandę i przy Po upadku według autobiograficznego tekstu Arthura Millera, gdzie wcieliła się w postać Maggie (rola była pastiszem Marilyn Monroe). Na premierze sztuki obecny był sam Miller, który wracając ze Związku Radzieckiego wstąpił do Warszawy, aby obejrzeć sztukę. Po przedstawieniu gratulował Czyżewskiej. Do samej aktorki przylgnął wówczas przydomek „polskiej Marilyn Monroe”.
  Po śmierci Elżbiety Czyżewskiej w Gazecie.pl zamieszczono następującą informację:Po świetnie zagranej roli Marilyn Monroe w sztuce Artura Millera "Po upadku" często nazywano ją "polską Monroe". 

   Kilka dni później w teleturnieju "Va banque" było pytanie o to, kogo nazywano "polską Marilyn Monroe" i ze zdziwieniem usłyszałam, że prawidłowa odpowiedź brzmi :Kalinę Jędrusik. Ponieważ zdarzało się w polskich teleturniejach, że nie uznawano poprawnej odpowiedzi i uczestnicy musieli się odwoływać, więc uznałam, że i tym razem popełniono błąd. Po następnych kilku dniach przeglądając artykuły na Wirtualnej Polsce natrafiłam na artykuł Agnieszki Niemojewskiej w „Rzeczpospolitej” „ Kalina Jędrusik pierwsza skandalistka PRL”, gdzie dziennikarka napisała: Kalinę Jędrusik nazywano polską Marilyn Monroe, ona sama bez skrupułów podsycała wizerunek seksbomby. Ostentacyjnie eksponowała swą cielesność i łamała wszelkie normy społeczne. Kiedy grała lub śpiewała, to przede wszystkim emanowała zmysłowością.”

   Dziś znalazłam artykuł Łukasza Knap'e z 19.06.2017 roku pod tytułem”Odsłonięty dekolt z krzyżykiem. Powstaje film o Kalinie Jędrusik”. Oto fragment tekstu: ”Katarzyna Klimkiewicz ogłosiła, że nakręci film o Kalinie Jędrusik, jednej z najbardziej kontrowersyjnych i enigmatycznych gwiazd filmowych PRL-u. Nazywano ją demonem zmysłów, uosobieniem skondensowanego seksu, Wielką Gorszycielką i polską Marilyn Monroe. Akcja filmu będzie rozgrywać się 1963 roku, kiedy podczas Barbórki aktorka odsłoniła dekolt, na którym miała krzyżyk. Dostała wtedy zakaz występu w telewizji.” Nie wiem co prawda z jakich źródeł czerpali informacje dziennikarze, ale w 4 artykułach pojawia się ten sam przydomek w odniesieniu do dwóch polskich aktorek.

   Lubiłam obie aktorki. Elżbietę Czyżewską na dużym ekranie widziałam w filmie Andrzeja Wajdy „Wszystko na sprzedaż”, w którym wcieliła się w żonę Zbigniewa Cybulskiego. Większość filmów obejrzałam w telewizorze, a moimi ulubionymi są: Żona dla Australijczyka”(niby nie lubię dwa razy oglądać jednego filmu, ale z polskich jest kilka takich, które bawią mnie niezmiennie i to jest jeden z nich), „Giuseppe w Warszawie”, „Gdzie jest generał”, Mąż swojej żony”. Z filmów dramatycznych widziałam może 3-4 ale nie utkwiły mi w pamięci, natomiast choć lubię polskie seriale żadnego z 6, w których grała nie oglądałam („Układy”,”Prawo i porządek.Zbrodniczy zamiar.”(amer.),”Brygada ratunkowa”(amer.), „Seks w wielkim mieście”(amer.). „Klub profesora Tutki”, „Kapitan Sowa na tropie”).    Natomiast Kalinę Jędrusik poznałam najpierw w „Kabarecie Starszych Panów”. Czyli jako piosenkarkę, dopiero później rozpoznawałam ją w filmach:” Ziemia obiecana” na dużym ekranie(rola Zuckerowej w scenie z Danielem Olbrychskim, zohydziła mi praktycznie film,bo uważam, że nic nie wnosiła znaczącego). W telewizji obejrzałam ulubione: „Lekarstwo na miłość”, „Ewa chce spać”(te, które mogę obejrzeć co kilka lat i zawsze mnie bawią),”CK Dezerterzy”, „Niewinni czarodzieje”,”Dziewczęta z Nowolipek”.Niestety żadnej z Pań nie widziałam na deskach teatru.  Szczerze mówiąc uważam, że Elżbieta Czyżewska nie tylko z racji zagrania w sztuce Millera ma prawo by nazywano ją "polską Marilyn Monroe". Miller mąż amerykańskiej aktorki, mógł uznać, że polska aktorka świetnie zagrała byłą żonę,ponieważ wracając ze Związku Radzieckiego, wpadł do Warszawy i był na spektaklu. Nie natrafiłam na informację, że poznał osobiście czy też widział w jakiejkolwiek roli Kalinę Jędrusik, wątpliwe więc jest, że to ją by tak nazwał. Natomiast jest prawie pewne, że zrobił to Stanisław Dygat.

   Gdzie zatem leży prawda?   Każda z tych aktorek zapisała się znacząco w historii polskiego filmu, teatru czy telewizji. Której ów laur się należy? Być może na to pytanie odpowie film o Kalinie Jędrusik, choć nie wiadomo jeszcze jaki właściwie będzie miał tytuł „Bo we mnie jest seks” jak napisano na WP czy „Jesienna dziewczyna” jak donosi Onet film. Premiera podobno już w 2021 roku. W kinie się z Wami nie spotkam, raczej obejrzę go w TV.  I tak to za sprawą dziennikarskiej wiedzy(lub jej braku) Polska ma dwie „Marilyn Monroe”, kiedy tymczasem Ameryka tylko jedną.

Kalina Jędrusik

środa, 6 stycznia 2021

"JA JESTEM W PODRÓŻY"


 

   Obejrzałam 4  odcinki serialu „Osiecka”. Pierwszy miał dobre tempo, akcja toczyła się wartko. Przy kolejnych odcinkach było coraz gorzej, to co opowiedziano w trzech, można było zawrzeć w jednym, dzięki czemu widz nie miałby uczucia znużenia. Postanawiając napisać post na temat serialu, chciałam najpierw  poznać reakcje innych.

   Pierwszą recenzję znalazłam w „Gazecie wyborczej”,którą Jarek Szubrycht zatytułował „To nie jest serial dla młodych ludzi”. Zgadzam się z autorem, że widz, i to niekoniecznie młody może mieć problem z rozpoznawaniem  pierwowzorów osób,w które wcielają się aktorzy. Ja sama zastanawiałam się w czasie oglądania odcinka pierwszego, kim jest tajemniczy Stefan, do którego wzdycha młodziutka bohaterka serialu. W scenie restauracyjnej, gdzie przy stoliku siedzą: pan Jerzy, Cybulski, Kobiela, Hłasko, Osiecka, nie wiedziałam kim jest pan J,aż do momentu gdy Osiecka wypowiada „Andrzejewski zapłaci”. Wtedy jasnym się stało, że mowa o autorze „Popiołu i diamentu”. Myślę, że w kolejnych 9 odcinkach takich postaci znanych w PRL-u, ale już mniej ludziom urodzonym po roku 1980, będzie w tym serialu sporo. Tym bardziej, że po roku 1989 od czasu do czasu emitowano filmy nakręcane w Polsce Ludowej, ale tylko te najbardziej znane: trylogia „Sami swoi”, „Czterej pancerni i pies”, „Stawka większa niż życie” czy „Czarne chmury”. Skąd młodzi ludzie mają znać wielki kunszt aktorski Cybulskiego, Kobieli, Czyżewskiej i innych wybitnych aktorów z otoczenia Osieckiej. Jako absolwentka Wydziału Dziennikarstwa UW i Wydziału Reżyserii Łódzkiej Szkoły Filmowej, obracała się przede wszystkim w kręgu literatów i filmowców. 

   Tytuł kolejnej recenzji „Romansowała i imprezowała do upadłego” autorstwa Kaliny Mróz mnie rozbawił. Dowodzi on tego, że tak jak scenarzyści i twórcy serialu, dziennikarkę bardziej interesowało życie osobiste Osieckiej niż Jej dokonania literackie. To jest kolejny słaby punkt serialu. Zamiast ukazać wielokierunkowość zainteresowań poetki, nacisk położono na Jej relacje męsko-damskie. Czy w późniejszych już nie komunistycznych czasach, młodzi ludzie nie romansowali i nie imprezowali?

    Natomiast kuriozalne były dla mnie wypowiedzi krytyka filmowego Tomasza Raczka i przyjaciółki Osieckiej, Magdy Umer, którzy serial oceniają przez pryzmat tego, kto wyłożył pieniądze na jego realizację i gdzie jest emitowany, a nie o czym mówi i co zawiera.

Tomasz Raczek, tak się wyraził:

"Spróbowałem oglądać Osiecką na TVP1, ale nie dałem rady: to jakby dostać szarlotkę na zarzyganym talerzu. To moja emocjonalna reakcja na poczucie przykrości jakie miałem, oglądając ten serial w TVP. Po prostu odrzuciło mnie od ekranu. Miejsce, w którym serial jest prezentowany, czyli TVP, jest zaprzeczeniem wszystkiego, czym była twórczość Osieckiej. Stąd moja metafora. ”Zarzygany talerzyk” nie dotyczy twórców serialu, nie dotyczy aktorów, których szanuję, ale samej TVP.”

   Ja czegoś nie rozumiem, kiedy TVP emituje film o Zenku Martyniuku, to jest "cacy", a jak o Osieckiej, to już jest "be"? Przecież to ta sama telewizja, ten sam prezes Jacek Kurski. Czy słaby serial stanie się wybitnym, gdy wyemituje go inna stacja? Czy Magda Umer twierdząc, że obejrzy serial, gdy prezesem zostanie Jarosław Kurski, bo teraz nie pozwala jej na to światopogląd, ma pewność że pod rządami drugiego z braci, telewizja państwowa przestanie być tubą propagandową władzy? Kiedy czytałam wypowiedzi tych dwóch osób miałam wrażenie, że prywatne uprzedzenia wzięły górę nad profesjonalizmem i nie chodzi o serial, tylko o dowalenie Kurskiemu i TVP.

   Serial jest przeciętny, brakuje w nim tego najważniejszego elementu-ukazania talentu Agnieszki Osieckiej. W odcinku 1 poznajemy fragment Jej pamiętników, które prowadziła od 9 roku życia. W 2-gim, gdy wchodzi w środowisko STS-u (Studenckiego Teatru Satyryków) słyszymy jedną piosenkę z Jej tekstem "Kochankowie z ulicy Kamiennej", chociaż napisała dla STS-u ich 166 w latach 1954-72. W odcinku 4 śpiewane są:"Okularnicy" i "Mówiłam żartem". Czy w następnych, twórcy też ograniczą się do jednego utworu, np. w odcinku 5 będzie to przebój "Niech no tylko zakwitną jabłonie" w świetnej interpretacji Haliny Kunickiej? Za mało jest w serialu Agnieszki -poetki, a za dużo kobiety-skandalistki, bo za taką ją wielu uważało. Dobitnie o tym świadczy scena, w której rozmawia Ona z urzędnikiem SB, gdy pyta o możliwość powrotu Marka Hłasko do Polski lub Jej wyjazdu do Paryża. 

   Rozczarowana  opinią T. Raczka i M. Umer, poszukiwałam wypowiedzi Agaty Passent i jej ojca Daniela. Nie znalazłam ale nie byłam zdziwiona. Wykazali się wielką mądrością i kulturą osobistą- źle mówić nie chcieli, a dobrze nie mogli. Znalazłam natomiast artykuł Magdaleny Maksymiuk "Osiecka. Kolejna wersja październikowego pomnika". Bardzo mi się spodobała ta recenzja, bo omawiając mocne strony serialu jak i wskazując słabości podaje konkretne przykłady. "Osiecka, mimo dobrych chęci twórców, ale i świetnie obsadzonych głównych postaci,  jest  po prostu kolejną telewizyjną produkcją o życiu wybitnej jednostki. Tylko tyle i aż tyle.[...] Świetnie te niuanse charakteru i fizyczności chwyta fantastyczna Eliza Rycembel w roli młodej Osieckiej, a przeistaczając się w swoją bohaterkę, dba aby w pełnej krasie na ekranie zaprezentować te wszystkie sprzeczności młodego charakteru, które potem, po latach, doprowadzą i do ogromnego sukcesu i do zguby poetki. Wbrew pierwotnym obawom, aktorsko serial TVP okazuje się więcej niż poprawny. Ożywają legendy Cybulskiego, Bogumiła Kobieli, Marka Hłasko, Jerzego Andrzejewskiego czy Elżbiety Czyżewskiej. Ożywa także wspomnienie inteligentnej, zaangażowanej, debatującej zaciekle młodzieży, spotykającej się po klubach dyskusyjnych w celu roztrząsania zagadnień filozoficznych, geopolitycznych, kulturowych, zapamiętale czytających wszystko i wszędzie i mającej bardzo ukształtowane poglądy na ogrom tematów. Portret studenckiego życia, tak bardzo pełnego i bogatego,formującego światopoglądy i przyjaźnie na całe życie jest w "Osieckiej" zachwycający.[ ....] A jednak, Odnosi się wrażenie, że oglądamy kronikę, linearnie ułożone kalendarium, a nie spójną, mądrze zagospodarowaną historię wybitnej indywidualności. A przecież zwiastuny tego geniuszu gdzieś tam są, przewijają się. Słychać te wyjątkowe słowa Osieckiej, rytm jej myśli układany we frazy, w każdym wyrazie, słychać gorycz porażki,słodycz zakochania, desperacje niespełnionej miłości, temperament i ogień duszony czasami, w jakich przyszło jej przeżyć te najwspanialsze lata młodości. Brakuje w "Osieckiej" czegoś, co jest charakterystyczne dla samej bohaterki, co do dziś wywołuje ogromne emocje, budzi kontrowersje i sprawia, że chcemy wciąż więcej i więcej z jej życia i doświadczeń. Brakuje czułego narratora, wyjątkowego, nieodtwórczego spojrzenia. Telewizja natomiast wciąż widzi Osiecką jako jakąś wersję październikowego pomnika, który warto wspomnieć, ale nad którym nie warto się na dłużej i z refleksją pochylić." 

     Wyeksponowano Jej małżeństwa, romanse i flirty, a twórczość wspomina się tak przy okazji. W odcinku 1 młoda Osiecka wypowiedziała takie zdanie:"Ja teraz tworzę, nieszczęśliwa miłość, to bardzo ciekawe doświadczenie twórcze", i to być może jest klucz do prawdziwego poznania i przedstawienia osoby poetki. Jej utwory mówią o poszukiwaniu miłości i szczęścia, a liczne związki z mężczyznami były środkami dążenia do celu, a nie nim samym.Emocjonalnie silnie związana z ojcem, który był dla Niej autorytetem i dawał do pewnego momentu poczucie bezpieczeństwa, poszukiwała mniej lub bardziej świadomie mężczyzny odznaczającego się takimi właśnie cechami. 

   Serial obejrzę do końca, bo jestem ciekawa, jakie utwory wybrali autorzy do zilustrowania dorobku, tej niesamowicie wrażliwej, trochę przekornej, nieco chwilami złośliwej ale chyba bardzo nieszczęśliwej kobiety. Zastanawia mnie jak została przedstawiona przyjaźń z Jeremim Przyborą, bo ich korespondencja, byłaby fascynującą lekturą i przykładem zanikającej sztuki epistolarnej,której powinno się uczyć w dzisiejszych szkołach, tak jak dawniej kaligrafii. Młodzież wychowana na smsach i mailach ma ogromne trudności z pisaniem pięknym polskim językiem.

    Łudzę się nadzieją, że serial stanie się doskonałym pretekstem do przypomnienia filmów z udziałem Cybulskiego, Kobieli czy Czyżewskiej. Młodzi ludzie, urodzeni powiedzmy po roku 1980,  nie mieli okazji obejrzeć "Popiołu i diamentu", "Wszystko na sprzedaż" czy "Zezowatego szczęścia", a są to filmy wybitne,które przedstawione na oskarowej gali, mogłyby konkurować z produkcjami z całego świata.

   "Dlaczego skazano tę Osiecką, na tak zwykły, grubo ciosany serial? Ktoś tak zupełnie wyjątkowy, kto w istotny sposób wpłynął na całe pokolenia, kto żył pełnią życia, nie bojąc się konsekwencji, zasługuje może nie na pomnik - ten wciąż usłany jest na ulicy Francuskiej kwiatami od wielbicieli. Zasługuje jednak na produkcję, która nie będzie tylko odliczać kolejne dni życia bohaterki z perspektywy mniej lub bardziej przelotnych miłostek".(M.Maksymiuk "Osiecka"). 

   Mam wrażenie, że nie potrafimy stworzyć dobrego filmu(serialu) o silnych,inteligentnych, niepoddających się konwenansom kobietach. Co prawda w roku 1980 Janusz Majewski, na podstawie scenariusza Haliny Auderskiej nakręcił 12 odcinkowy serial "Królowa Bona" z wyśmienitymi kreacjami: Aleksandry Ślaskiej(Bona), Zdzisława Kozienia(Zygmunt Stary), Jerzego Zelnika(Zygmunt II August) i Anny Dymnej(Barbara Radziwiłłówna), ale dzisiejsi scenarzyści, reżyserzy czy producenci, nie lubią chyba sięgać do najlepszych wzorców. 

   Nie znam całego dorobku Osieckiej, ale cenię Ją za pracowitość, za melancholię skrywaną w duszy, a odbijającą się w oczach. Podziwiam umiejętność obserwacji ludzi i ich słabości, by szarą rzeczywistość przemienić w poetyckie strofy.

    Agnieszka Osiecka swą podróż zakończyła przedwcześnie, w wieku 61 lat. Gdyby nie choroba, mogłaby nas cieszyć swoimi tekstami jeszcze przez wiele lat. Dziś miałaby 85. W roku 2015 nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazała się biografia poetki, autorstwa Uli Ryciak "Potargana miłość". Dla tych, którzy po obejrzeniu serialu, będą czuli niedosyt, może być ona wspaniałą lekturą na zimowe wieczory.